Korespondent wojenny Wasilij Grossman czekał na powrót sowieckiego pułku myśliwskiego po walce z Niemcami w rejonie Homla na Białorusi. Po udanym ataku na niemiecką kolumnę myśliwce wylądowały. W chłodnicy samolotu dowódcy pułku utkwiły ludzkie szczątki. Skrzydłowy trafił ciężarówkę z amunicją, która rozerwała się dokładnie w chwili, gdy prowadzący nad nią przelatywał.

Dowódca wyciągał je pilnikiem. Przywołany lekarz przyjrzał się krwawej masie i nazwał ją „aryjskim mięsem”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Grossman, który z wojną na taką skalę zetknął się po raz pierwszy, zapisywał swoje przeżycia bez wyuczonej latami obojętności.
Jego relacje pokazują, jak człowiek może przywyknąć do wszystkiego. Znieczulica i dehumanizacja stawały się drugim imieniem wojny. „Ta wojna tu w Rosji jest we wszystkich swych formach okropna. Trzeba wyłączyć wszystkie ludzkie myśli i uczucia” – pisał w liście do rodziny pod koniec 1941 roku niemiecki żołnierz Aloy Schoyer.
Coraz częstsze oswajanie się z cierpieniem powodowało bezduszność po obu stronach frontu. Front Wschodni od pierwszych dni miał totalny i wyjątkowo brutalny charakter. Jedna z pierwszych makabrycznych historii miała miejsce w Starej Rusie. Sowieccy partyzanci podłożyli ładunek wybuchowy w budynku, w którym zakwaterowano kilkudziesięciu niemieckich żołnierzy.
Zdetonowali go, gdy wszyscy znajdowali się w środku. Wybuch zabił ponad 50 osób, a kilkunastu ciężko ranił. Niemcy odpowiedzieli natychmiast i bezwzględnie. Nie interesowało ich śledztwo ani rzeczywista odpowiedzialność.
W Starej Rusie przebywał akurat niemiecki chirurg Hans Kilian, który nie brał udziału w walkach. To, co zobaczył, opisał później we wspomnieniach. „Na skrzyżowaniu mimowolnie spoglądam w górę i widzę, że z balkonu zwisają ciała trzech powieszonych mężczyzn. Gustl również je zauważył.
Skurczony ze strachu jedzie dalej. Ten okropny obraz prześladuje nas. Ale jadąc dalej, widzimy, że na każdej latarni dyndają ciała wisielców” – relacjonował Kilian. Zapytany sierżant meldował: „Środki odwetowe, to wszystko przestępcy.
Wyciągnięto ich z więzień i dla odstraszenia publicznie powieszono”. Niemcy w bezwzględny sposób dehumanizowali także sowieckich jeńców. „Rosyjskie świnie”, „azjatycki motłoch” – takie określenia padały we wspomnieniach żołnierzy. Los radzieckich jeńców był dramatyczny.
Kilian obserwował w okolicach Demiańska marsz tysięcy czerwonoarmistów. „Jeńcy maszerują z prędkością 2 km/h. Milczący i otępiali, bezwolni jak zwierzęta. Na 20 000 jeńców wystarczy ośmiu strażników.
Nikt nie ucieka” – pisał. Ci, którzy nie mieli już sił iść dalej, padali, a pozostali rzucali się na nich, zrywali rośliny i zbierali korzonki, wpychając je do toreb. Pogardę potęgował wygląd jeńców – zmęczeni, brudni, głodni. „Żarli trawę niczym bydło” – pisał w liście do domu jeden z niemieckich strażników pilnujących jeńców.
Gdy mijali pole ziemniaków, rzucali się na ziemię, rozgrzebywali ją palcami i jedli surowe kartofle. Najgorsze miało dopiero nadejść w miejscach odosobnienia, które Niemcy nazywali obozami jenieckimi. Stłoczeni na niewielkim terenie, pozbawieni żywności, wody i warunków sanitarnych, tkwili tam dniami i tygodniami, aż wielu umierało z głodu, chorób i wyczerpania. Jeden z takich obozów znajdował się w Rawie Ruskiej, gdzie funkcjonował też obóz dla jeńców francuskich.
Francuski podoficer Paul Roszew nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył, gdy przyprowadzono sowieckich jeńców. „Było niedzielne popołudnie, kiedy stałem się świadkiem zdarzenia, które przypominało senny koszmar. Rosjanie szli piątkami, trzymając się za ręce, jakby żaden z nich nie był w stanie iść o własnych siłach. Określenie chodzące szkielety było tu rzeczywiście odpowiednie.
Ich twarze nie były nawet żółte, były zielone. Padali rzędami po pięciu. Niemcy rzucali się na nich i bili kolbami karabinów i batami”. Wojna to także nieustanny splot nerwów dla lekarzy frontowych, zwłaszcza chirurgów.
Jednym z nich był Hans Kilian, który po wojnie spisał wspomnienia wydane w Polsce pod tytułem „Chirurg na wojnie”. Jego relacje miejscami wybielają własną postać, ale opisy zabiegów i warunków pracy odsłaniają brutalną codzienność frontu. Tuż po rozpoczęciu operacji Barbarossa w okolicach Dyneburga Kilian operował ciężko rannego żołnierza. „Na noszach leży młody, jasnowłosy chłopak.
Górna część ciała jest lekko uniesiona. Ranny nie mówi ani słowa. Na jego twarzy nie drga ani jeden mięsień” – opisywał. Franz Mulbach, 20 lat, grenadier pancerny, miał postrzał w odcinku szyjnym kręgosłupa.
„Nie mogę się ruszyć” – odpowiedział z wysiłkiem. Był sparaliżowany od szyi w dół. Mimo wielogodzinnej walki o życie nie udało się go uratować. Niemieckim lekarzom brakowało nie tylko leków, ale i podstawowych narzędzi, igieł, nici chirurgicznych, środków dezynfekcyjnych.
Nocą operowano przy słabym świetle lamp, także pod ostrzałem artyleryjskim. Szpitale polowe szybko się przepełniały. Tam, gdzie brakowało łóżek, ranni leżeli na słomie, czekając na swoją kolej albo na śmierć. Kilian wspominał sowiecki nalot przeprowadzony w momencie załadunku żołnierzy do samolotu transportowego.
Byli to ludzie, których już operował, powoli wracali do zdrowia i za kilka godzin mieli wyruszyć na przepustkę do domu. „Zajechały sanitarki. Wnoszą rannych na noszach. Krew kapie na podłogę” – pisał.
Jeden z lekarzy wykrzyknął ze zgrozą: „Ależ to są nasi ranni”. Operowali w milczeniu, przepełnieni rozpaczą. „To zdarza się nam już trzeci raz. A najgorsze jest to, że często żołnierze, których przywożono do nas z powrotem, są do tego stopnia załamani takim wydarzeniem, że popadają w zupełną apatię, nic nie mówią, nie jedzą, odwracają się od świata i umierają, bo chcą umrzeć” – relacjonował jeden z lekarzy.
Gdy nadeszła pierwsza jesień wojny, pojawiły się kolejne problemy. Niesprzyjające warunki pogodowe i nieustanny ostrzał utrudniały ewakuację rannych. Wojskowe ciągniki i ambulanse grzęzły w błocie. Odcinek zaledwie 50 km potrafiono pokonywać nawet 8 godzin.
Gdy liczba rannych rosła, zrezygnowano z transportu wyłącznie ambulansami – rannych układano na tyłach ciężarówek, co pozwalało zebrać dwa razy więcej ludzi kosztem bezpieczeństwa i opieki medycznej. W skrajnie trudnych warunkach pracowali sanitariusze. W sytuacjach, gdy rannych można było ewakuować tylko pod osłoną ciemności, czterem sanitariuszom przeniesienie jednego człowieka często zajmowało całą noc. Tragiczne warunki panowały także u Sowietów.
Grossman odwiedził szpital polowy pod Smoleńskiem, gdzie na polance przebywało około 900 rannych. „Okrwawione szmaty, kawałki ciał, jęki, zduszone zawodzenie, setki oszołomionych, przepełnionych cierpieniem oczu. Młoda rudowłosa doktorka straciła głos. Operowała przez całą noc” – opisywał.
Wielkim problemem był tyfus. W pierwszym roku operacji Barbarossa Niemcy nie dysponowali skutecznymi środkami do odszawiania. Żołnierze spali na słomie znalezionej w ziemiankach i prowizorycznych schronach na zajętych terenach, co sprzyjało epidemiom. Kolejnym utrapieniem była dyzenteria, która osłabiała całe oddziały.
Kilian wspominał epidemię w Dyneburgu w 1941 roku – choroba nie omijała prawie nikogo, także chirurgów. Choroby zbierały żniwo także na pobojowiskach. Rozkładające się ciała i zniszczona infrastruktura sanitarna tworzyły idealne warunki dla kolejnych zakażeń. Żołnierz Hans Roth opisywał w dzienniku jedno z takich miejsc pod Kijowem.
„Pośród zniszczeń leżą setki zwłok. Ciała żołnierzy znienawidzonego wroga zalegają w wielkich stosach. Zwłoki są poczerniałe i opuchnięte od upału. Straszny, żrący odór rozkładu przepełnia cały las” – zapisał.
Udział w bitwach powodował załamania nerwowe, szok i utratę zmysłów. Sierżant Hans Roth tak opisał sowieckie natarcie podczas walk pod Kijowem: „W tym piekielnym spektaklu można postradać zmysły. Na wpół oszalali przykucamy w swoich okopach. I wtedy nadchodzą te czerwone diabły, krzycząc: Ura!
Czy to ci sami ludzie? Twarze mają powykrzywiane, nie do poznania, nienawiść i niezmierzona złość”. Po ataku zapisał: „Mam rozdartą koszulę, dłonie i kolana pokrwawione. Do cholewy lewego buta przywarł kawałek zmiażdżonego mózgu.
Muszę zwymiotować. Kręci mi się w głowie i dostaję dreszczy nerwowej febry”. Frontalne, często chaotyczne ataki sowieckich żołnierzy prowadzone bez wsparcia artylerii czy osłony pancernej kończyły się masakrą. Niemiecka propaganda wykorzystywała ten obraz, kreując wizerunek nieudolnej chłopskiej armii, niezdolnej do nowoczesnej wojny.
Dehumanizacja przeciwnika ułatwiała przekraczanie kolejnych granic. Jeden z żołnierzy SS przechodzący przez pole bitwy po jednym z takich starć relacjonował: „Wszędzie leżą dziesiątki tysięcy rosyjskich zwłok. Często stosy splątanych ciał są wysokie na metr lub wyższe, tak jakby karabin maszynowy kosił ich fala po fali. Gdziekolwiek rozkładamy obóz, najpierw musimy polać wszystkie zwłoki w okolicy niegaszonym wapnem albo benzyną”.
Okrucieństwo wojny widać także we wspomnieniach sowieckich żołnierzy. Porucznik Aleksander Szumilin podczas intensywnej wymiany ognia z Niemcami dostrzegł w oddali postać, która szła powoli, jakby nie słyszała wybuchów. „Przy każdym uderzeniu wszystko, co żywe na ziemi, momentalnie się kuliło. A tam idzie żywy człowiek.
Patrzyłem na ścieżynę jak zaczarowany i nie wierzyłem własnym oczom”. Gdy postać podeszła blisko, Szumilin zobaczył, że żołnierz nie ma dolnej szczęki. „Dolna żuchwa i część gardła do samego obojczyka były wyrwane. Kiedy robił wdech, krew bulgotała i puszczała bąble w rozerwanym gardle.
Patrzyły na mnie straszne, nieludzkie oczy pełne szaleństwa i śmiertelnego smutku śmierci. Patrzcie, mówiły oczy. Co ze mną zrobiliście, panowie oficerowie? ” – wspominał.
Te relacje to zaledwie kropla w morzu tego, co działo się na froncie wschodnim. Umieranie w cierpieniu, amputacje, kalectwo, załamania nerwowe i strach zbyt często schodzą na drugi plan, gdy opowiadamy o manewrach, dowódcach i liniach frontu. Wspomnienia Hansa Kiliana, wydane nakładem wydawnictwa Znak Horyzont pod tytułem „Chirurg na wojnie”, pozwalają zobaczyć wojnę oczami człowieka, który każdego dnia walczył o życie rannych.