STANISŁAW MIKOŁAJCZYK: Miał być symbolem wolnej Polski. Dlaczego został zmuszony do ucieczki?

STANISŁAW MIKOŁAJCZYK: Miał być symbolem wolnej Polski. Dlaczego został zmuszony do ucieczki?

21 czerwca 1945 roku w Sali Kolumnowej Domu Związków Zawodowych w Moskwie ogłoszono wyrok w procesie szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Generał Leopold Okulicki, ostatni dowódca Armii Krajowej, otrzymał dziesięć lat więzienia. Jan Stanisław Jankowski, Delegat Rządu na Kraj, osiem lat. Kazimierz Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodowej, półtora roku.

Thumbnail

Na sali siedzieli korespondenci zagraniczni, więc świat poznał werdykt jeszcze tego samego wieczoru. Tego samego dnia w tym samym mieście kończyły się rozmowy o składzie nowego polskiego rządu. Przy stole siedział Stanisław Mikołajczyk, do listopada 1944 roku premier polskiego rządu w Londynie. Za siedem dni miał zostać wicepremierem rządu w Warszawie.

Jedna data, jedno miasto, dwa pomieszczenia. I pytanie, na którym opiera się cała ta historia: dlaczego w ogóle został tam wpuszczony? Jeśli decyzja o rozprawieniu się z jego środowiskiem zapadła wcześniej, to wszystko, co Mikołajczyk robił przez kolejne dwa lata, było graniem na cudzej szachownicy. Jeśli jednak nie zapadła, istniał moment, w którym coś jeszcze można było uratować.

Dwadzieścia osiem miesięcy później ten sam człowiek leżał na pace ciężarówki pod plandeką na drodze z Warszawy do Gdyni. Miał czterdzieści sześć lat. Poseł na Sejm, immunitet, który za chwilę miał mu zostać odebrany, i własna teczka w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Mikołajczyk urodził się 18 lipca 1901 roku w Holsterhausen w Westfalii, w rodzinie polskiego górnika.

Jego rodzina wróciła do Wielkopolski około 1911 roku. Ukończył szkołę podstawową, pracował w cukrowni, potem uczył się rolnictwa. Nie miał uniwersytetu ani gimnazjum ukończonego z wyróżnieniem. W 1918 i 1919 roku brał udział w powstaniu wielkopolskim, w 1920 roku w wojnie z bolszewikami.

Potem wrócił na wieś i gospodarował w Woli Książęcej. Do ruchu ludowego wstępował od najniższego szczebla. W 1930 roku został posłem na Sejm, w latach trzydziestych wszedł do ścisłego kierownictwa Stronnictwa Ludowego. Po wrześniu 1939 roku przez Węgry przedostał się do Francji, gdzie został wiceprzewodniczącym Rady Narodowej Rzeczypospolitej.

Od 1941 roku był ministrem spraw wewnętrznych i wicepremierem w rządzie generała Władysława Sikorskiego. Po tragicznej śmierci Sikorskiego w Gibraltarze 4 lipca 1943 roku Mikołajczyk został premierem. Odziedziczył sytuację bez wyjścia. Dwa i pół miesiąca wcześniej, 25 kwietnia 1943 roku, Związek Radziecki zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem po tym, jak Polacy poprosili Międzynarodowy Czerwony Krzyż o zbadanie grobów w Katyniu.

Od tego momentu premier Polski nie miał żadnego kanału komunikacji z Moskwą poza Brytyjczykami i Amerykanami. A Armia Czerwona maszerowała na zachód. Mikołajczyk zawsze negocjował z pozycji człowieka, który nie ma czym płacić. Odpowiedź na pytanie, po co Stalinowi był Mikołajczyk, zaczyna się w Jałcie.

Konferencja trwała od 4 do 11 lutego 1945 roku. Ustalono tam dwie rzeczy dotyczące Polski, które należy znać dosłownie. Po pierwsze, działający już w Polsce rząd tymczasowy miał zostać zreorganizowany na szerszej podstawie demokratycznej z udziałem działaczy demokratycznych z kraju i z zagranicy. Słowo „zreorganizowany” znaczyło, że punktem wyjścia jest zespół, który Moskwa już zainstalowała, a wszyscy inni mogą co najwyżej do niego dołączyć.

Po drugie, nowy rząd miał przeprowadzić „jak najszybciej” wolne i nieskrępowane wybory z udziałem partii demokratycznych i antynazistowskich. Bez terminu, bez kontroli, bez definicji, kto jest demokratyczny. Była jeszcze trzecia ustalona rzecz, której nie było w komunikacie. Polska wschodnia granica miała przebiegać mniej więcej wzdłuż linii Curzona, bez Wilna i bez Lwowa.

Mikołajczyk dowiedział się o tym w najgorszy możliwy sposób. 13 października 1944 roku w Moskwie rozmawiali Churchilla, Stalin i Mołotow z delegacją polską. Kiedy Polacy chcieli odłożyć sprawę granicy do konferencji pokojowej, Mołotow oznajmił im, że sprawa została zamknięta dawno temu, bo prezydent Roosevelt zgodził się na linię Curzona jeszcze w Teheranie. Amerykanie nie zaprzeczyli.

Człowiek, który przyleciał negocjować, dowiedział się przy świadkach, że przedmiot negocjacji został sprzedany rok wcześniej i nikt nie uznał za stosowne go o tym poinformować. Dwa miesiące wcześniej, 3 sierpnia 1944 roku, ten sam Mikołajczyk siedział na Kremlu naprzeciw Stalina i prosił o pomoc dla Warszawy. Powstanie trwało wtedy trzy dni. Pomoc w takiej formie, w jakiej była potrzebna, nie nadeszła.

24 listopada 1944 roku Mikołajczyk podał się do dymisji, bo nie uzyskał w londyńskim rządzie większości dla zgody na linię Curzona. Premierem został Tomasz Arciszewski. Mikołajczyk odszedł, bo uznał, że trzeba oddać wschód, żeby uratować resztę. Reszta rządu nie była przekonana.

Wtedy przegrał ten spór we własnym obozie. Pół roku później wracał do niego z drugiej strony. 16 marca 1945 roku przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego otrzymali zaproszenie na rozmowy z dowództwem sowieckim, z gwarancją bezpieczeństwa. Rozmowy miały dotyczyć wejścia podziemia do otwartego życia politycznego.

Stawili się w Pruszkowie. Zostali aresztowani i przewiezieni do Moskwy, na Łubiankę. Było ich szesnastu. Przez kilka tygodni Moskwa odpowiadała aliantom, że nic nie wie o takich ludziach.

Proces zaczął się 18 czerwca 1945 roku i skończył 21 czerwca. Zarzuty dotyczyły działalności na tyłach Armii Czerwonej, nielegalnych radiostacji i sabotażu. Wyroki były jak na moskiewskie standardy niskie, bo o to właśnie chodziło. Nie chodziło o wyroki, ale o to, by Polskie Państwo Podziemne zostało publicznie nazwane organizacją przestępczą przed zagranicznymi dziennikarzami na tydzień przed utworzeniem nowego rządu.

Dwóch z szesnastu nie wróciło z Moskwy. Generał Okulicki zmarł w więzieniu w grudniu 1946 roku, a Jankowski w więzieniu we Włodzimierzu w marcu 1953 roku, na dwa tygodnie przed końcem wyroku. Rozmowy o rządzie trwały od 17 do 21 czerwca. Proces trwał od 18 do 21 czerwca.

To nie przypadek rozciągnięty na tygodnie. To te same cztery dni. Mikołajczyk nie mógł nie wiedzieć. Proces szesnastu był jedną z głównych spraw dyplomatycznych tamtej wiosny.

Mikołajczyk przyjeżdżał do Moskwy jako człowiek, który pół roku wcześniej był premierem rządu, któremu ci ludzie podlegali. Podjął decyzję świadomie, znając cenę. Uznał, że jeśli nie wejdzie do rządu, w Polsce nie będzie żadnej legalnej siły politycznej poza komunistami, a Zachód umyje ręce. Lepiej mieć przyczółek w Warszawie, jakikolwiek, niż mieć rację w Londynie.

Miał alternatywę – zostać w Londynie i zachować czystą pozycję. Rząd Arciszewskiego właśnie to zrobił. Wiemy, co z tego wyniknęło. 5 lipca 1945 roku Stany Zjednoczone i Wielka Brytania cofnęły uznanie rządu londyńskiego i uznały rząd warszawski.

Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej powstał 28 czerwca, a uznanie zachodnie przyszło 5 lipca, siedem dni później. Po co Stalin potrzebował Mikołajczyka? Dokładnie po to: jego nazwisko w składzie rządu było warunkiem, by Waszyngton i Londyn mogły powiedzieć, że postanowienia jałtańskie zostały spełnione, i przestać się tą sprawą zajmować. Bez Mikołajczyka rząd warszawski byłby zespołem narzuconym przez jedno mocarstwo.

Z Mikołajczykiem stał się rządem uznanym międzynarodowo. To nie jest nieoficjalna wersja ani przypuszczenie. To sekwencja dat, którą każdy może zweryfikować. Nie wynika z tego jednak automatycznie, że wszystko, co nastąpiło potem, było od początku do końca zaplanowane.

Przez następne dwa lata członkowie Polskiej Partii Robotniczej zachowywali się jak ludzie, którzy naprawdę się boją. A boją się tylko ci, którzy nie znają wyniku. 28 czerwca 1945 roku powstał rząd. Premierem został Edward Osóbka-Morawski, wicepremierami Władysław Gomułka i Stanisław Mikołajczyk.

Mikołajczyk otrzymał też tekę ministra rolnictwa i reform rolnych. Kilka osób z jego zaplecza politycznego weszło do rządu. Kluczowe ministerstwa – bezpieczeństwa publicznego, obrony narodowej i Ziem Odzyskanych – były poza zasięgiem Mikołajczyka. Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego kierował Stanisław Radkiewicz, armią marszałek Michał Rola-Żymierski, a Ziemiami Odzyskanymi, czyli największą operacją przesiedleńczą w historii kraju, Władysław Gomułka.

W takim układzie wicepremier może być przegłosowywany tak często, jak mu na to pozwolą. Zostało mu Ministerstwo Rolnictwa. Na papierze to wymarzone stanowisko dla lidera ruchu ludowego. W praktyce było puste w jedynej dziedzinie, na której mu zależało.

Reforma rolna została przeprowadzona bez niego i przed nim. Dekret PKWN wydano 6 września 1944 roku, gdy Mikołajczyk był jeszcze premierem w Londynie. Rzecz, o którą ruch ludowy walczył przez dwadzieścia lat, zrobili ludzie nienależący do ruchu, zanim Mikołajczyk postawił stopę w kraju. Ludzie przychodzili do jego biur z zupełnie innych powodów.

Przynosili listy nazwisk. Kogo zatrzymano, kogo pobito, kto nie wrócił do domu. Prosili wicepremiera o interwencję w ministerstwie, do którego nie miał dostępu. Mikołajczyk pisał listy.

Listy szły do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i albo wracały, albo nie wracały wcale. On sam też był obserwowany. Mikołajczyk nie liczył jednak na rząd. Liczył na wybory.

22 sierpnia 1945 roku powstało Polskie Stronnictwo Ludowe. Nazwa nie jest przypadkowa. W kraju działało już Stronnictwo Ludowe odbudowane pod okiem komunistów. Mikołajczyk nie mógł go przejąć, więc zbudował obok drugie, z inną nazwą i całą przedwojenną legendą ruchu ludowego po swojej stronie.

Został prezesem, a honorowym prezesem Wincenty Witos. I teraz liczby, bo one tłumaczą wszystko, co wydarzy się potem. W ciągu kilku miesięcy PSL miało prawie 800 tysięcy członków. To była największa legalna partia w Polsce.

Polska Partia Robotnicza miała w tym samym czasie wielokrotnie mniej. Struktury PSL sięgały do poszczególnych wsi, bo ruch ludowy miał tam swoje koła, swoich ludzi i swoje kółka rolnicze od dwudziestu lat, a wojna ich nie wymazała. Od listopada 1945 roku ukazywała się „Gazeta Ludowa”, dziennik PSL. Redaktorem naczelnym był Zygmunt Augustyński.

Gazeta miała dwa problemy. Pierwszy to cenzura, która wycinała teksty i konfiskowała nakłady. Drugi to przydział papieru, który kontrolowało państwo. Można mieć 300 tysięcy chętnych czytelników i nie móc drukować gazety, bo nie dadzą papieru.

To tańszy i skuteczniejszy sposób uciszenia kogoś niż zamknięcie redakcji. Jesień 1945 roku. Wieś w Wielkopolsce albo na Rzeszowszczyźnie. Takich zebrań były setki.

Świetlica, remiza albo szkoła. Ławki zsunięte pod ścianę. Lampa naftowa na stole, bo prąd jest w mieście, nie tutaj. Ludzie stoją w paltach, bo w sali jest zimno i widać oddech.

Pachnie mokrą wełną i dymem. Ktoś z powiatu czyta deklaracje. Ludzie zapisują się dziesiątkami. Składki płacą od razu gotówką, monetami kładzionymi na stole.

Wychodzą w ciemnościach, idą do domu polną drogą. Niektórzy z nich zostaną zastrzeleni w drodze powrotnej, bo równolegle z tym wszystkim dzieje się coś drugiego. 21 kwietnia 1945 roku w Krakowie zastrzelono Narcyza Wiatra, działacza ruchu ludowego i komendanta Batalionów Chłopskich na okręg krakowski. We wrześniu 1945 roku porwano i zamordowano Władysława Kojdera, jednego z przywódców ruchu ludowego na Rzeszowszczyźnie.

Ciał szukano tygodniami. W żadnej z tych spraw sprawcy nie zostali wówczas pociągnięci do odpowiedzialności. Trzeba powiedzieć wprost: w latach 1945–1946 w Polsce ginęli ludzie z różnych powodów i z rąk różnych sprawców. Działała bezpieka.

Działało zbrojne podziemie, które czasem traktowało członków PSL jak zdrajców za to, że weszli w układ z komunistami. Działały zwykłe gangi kryminalne. Część morderstw działaczy ruchu ludowego do dziś nie ma ustalonego sprawcy w sensie prawnym. Ale trend w statystykach jest jednoznaczny.

To PSL było partią, która traciła ludzi, i właśnie o PSL chodziło. Po każdym takim wydarzeniu prasa państwowa pisała, że sami są sobie winni. W styczniu 1946 roku PSL zbiera się na kongres w Warszawie. Sala jest pełna.

Mikołajczyk przemawia ze sceny. Owacja trwa długo. To ostatni moment tej historii, w którym wszystko wygląda jeszcze jak normalna polityka. W tym samym czasie zaczyna działać metoda, którą warto nazwać po imieniu.

Skoro nie można rozwiązać PSL, można je zwielokrotnić. W 1946 roku powstaje PSL „Nowe Wyzwolenie”. Grupa z tą samą nazwą w nazwie, z tym samym adresatem, tylko lojalna wobec władzy. Wyborca na wsi dostaje dwie listy z podobną nazwą i ma się w tym połapać.

To działa taniej niż aresztowania i nie prowokuje żadnej noty dyplomatycznej. Czy komuniści wiedzieli od czerwca 1945 roku, że Mikołajczyka trzeba będzie usunąć? Wystarczy spojrzeć, co robili wiosną 1946 roku, żeby zobaczyć, że ich zachowanie nie wygląda jak wykonanie gotowego planu. Wygląda jak szukanie drogi, bo najpierw próbowali go kupić.

Początek 1946 roku. Rozmowy o wspólnej liście wyborczej. Pomysł jest prosty. Wszystkie ważne partie idą do wyborów razem, na jednej liście, a mandaty dzielą między siebie z góry, przed głosowaniem.

Wybory przestają być ryzykiem. Komuniści zaproponowali taką listę. Mikołajczyk nie zgodził się na proponowany podział i zażądał, by PSL dostało 75 procent mandatów. Rozmowy się skończyły.

To jeden z najbardziej spornych momentów całej sprawy. Pierwsza wersja, przychylna Mikołajczykowi: żądanie 75 procent było odzwierciedleniem realnych proporcji poparcia i jedynym sposobem, by wspólna lista nie stała się pułapką. Skoro PSL ma 800 tysięcy członków, nie ma powodu, by brać jedną piątą mandatów. Druga wersja, nieprzychylna: Mikołajczyk postawił warunek, o którym wiedział, że jest nie do przyjęcia, żeby zerwać rozmowy i iść do wyborów samodzielnie, licząc na miażdżące zwycięstwo.

Tym samym dał komunistom pretekst, by przestać się z nim liczyć. Nie da się rozstrzygnąć, która wersja jest prawdziwa. Wynika z faktów tylko tyle, że obie strony wierzyły wtedy, że mają szansę wygrać, i obie postanowiły grać o wszystko. Z tą różnicą, że jedna z nich miała urny, komisje, milicję i Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

Potem pojawia się referendum. Ustawa o głosowaniu ludowym przechodzi przez Krajową Radę Narodową w kwietniu 1946 roku. Data: 30 czerwca. Pomysł jest sprytny z dwóch powodów.

Po pierwsze, odwleka wybory, bo skoro naród jest pytany o ustrój w referendum, wybory mogą poczekać. Po drugie, referendum jest testem. Można sprawdzić siłę przeciwnika bez dawania mu ani jednego mandatu. Są trzy pytania.

Pierwsze: czy jesteś za zniesieniem Senatu? Drugie: czy jesteś za utrwaleniem w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego opartego na reformie rolnej i unarodowieniu podstawowych gałęzi gospodarki, z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej? Trzecie: czy jesteś za ustaleniem zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej? Trzecie pytanie.

W 1946 roku na tych ziemiach mieszkają już miliony osadników, w tym ludzie wysiedleni zza Buga. Głosowanie przeciw oznaczałoby głosowanie przeciw własnemu domowi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zagłosuje inaczej niż „tak”. Drugie pytanie jest sklejone z dwóch rzeczy: z reformy rolnej, którą chłopi popierali, i z nacjonalizacji, do której mieli mieszane uczucia.

Też trudno powiedzieć „nie”. Zostaje pierwsze: Senat. Sprawa drugorzędna. Hasło kampanii rządowej brzmi „trzy razy tak”.

I wtedy Mikołajczyk robi coś, co jedni uważają za arcydzieło, a inni za błąd. PSL wzywa do głosowania „nie” na pierwsze pytanie i „tak” na pozostałe. Logika jest czysto arytmetyczna. Skoro nie da się przeprowadzić uczciwych wyborów, zamieńmy jedno pytanie w plebiscyt.

Kto postawi „nie” przy pierwszym punkcie, jest nasz. Referendum przestaje być referendum o Senacie, a staje się liczeniem głów. Obie strony to rozumiały i od tego momentu grały nie o Senat, ale o liczby. Kampania trwa dwa miesiące i jest bardzo nierówna.

Po jednej stronie radio, plakaty „trzy razy tak” na każdej ścianie, wiece organizowane przez zakłady pracy w godzinach pracy, kolumny młodzieży z transparentami, aparat administracyjny od wojewody do sołtysa. Po drugiej stronie gazeta z ograniczonym przydziałem papieru, ulotki drukowane chałupniczo, zebrania w remizach i słowo przekazywane z rąk do rąk. Tuż przed głosowaniem w całym kraju aresztowano tysiące działaczy PSL. Zatrzymania trwały krótko – kilka dni, tydzień – i nie chodziło w nich o wyroki.

Chodziło o to, żeby ludzie, którzy mieli pilnować urn, byli w miejscu, w którym nie mogą ich pilnować. Prosta arytmetyka. Jeśli w obwodzie nie ma obserwatora opozycji, protokół z tego obwodu mówi dokładnie to, co ma mówić. 30 czerwca 1946 roku, niedziela.

Lokal wyborczy w szkole. Stoły ustawione w podkowę, urna zapieczętowana woskiem. Kolejka ciągnie się na podwórze. Wchodzą całymi rodzinami w odświętnych ubraniach, bo to pierwsze powszechne głosowanie od 1935 roku.

W komisji siedzi obserwator PSL, jeśli go wpuszczono i jeśli nie zatrzymano go po drodze. Wiele osób w ogóle nie idzie za parawan. Głosują jawnie, przy stole, bo przy stole widać, że nie masz nic do ukrycia. Państwo formalnie tego nie nakazywało.

Po prostu tak było bezpieczniej i wszyscy o tym wiedzieli. Wieczorem urny są plombowane. Komisje obwodowe liczą głosy i sporządzają protokoły. Kopie protokołów zabierają obserwatorzy PSL i wysyłają do Warszawy.

A potem protokoły idą wyżej. I tu następuje sprawa, o której w Polsce przez czterdzieści lat nie można było mówić głośno, bo dokumenty leżały w Moskwie. Do Polski przyjechała grupa specjalistów z sowieckiego aparatu bezpieczeństwa, wyspecjalizowanych w fałszowaniu dokumentów. Kierował nią oficer nazwiskiem Aaron Palkin.

Grupa pracowała w Warszawie, a jej zadaniem było przerabianie protokołów z komisji obwodowych. Wymiana kartek, przepisywanie liczb, fałszowanie podpisów i pieczęci tak, by wynik odpowiadał temu, który miał zostać ogłoszony. Wiemy o tym z dokumentów sowieckich, które weszły do obiegu naukowego dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego, po 1991 roku. Za wykonanie zadania ludzie z tej grupy zostali nagrodzeni.

To nie plotka i nie wersja jednej strony. To papierologia wytworzona przez tych, którzy fałszowali, dla własnych przełożonych. Fałszowano też na niższych szczeblach. Unieważniano głosy, podmieniano całe protokoły, dopisywano nieobecnych, a obserwatorów PSL zatrzymywano na kilka godzin, akurat na czas liczenia.

W niektórych obwodach protokoły przywożono do powiatu już wypełnione. 12 lipca 1946 roku ogłoszono wyniki. Na pierwsze pytanie „tak” miało odpowiedzieć 68 procent głosujących, na drugie 77, na trzecie 91. A teraz prawdziwe liczby, zrekonstruowane później z zachowanych dokumentów.

Na pierwsze pytanie „tak” odpowiedziało około 27 procent, na drugie około 42, na trzecie około 67. Różnica na pierwszym pytaniu to ponad czterdzieści punktów procentowych. To nie korekta, nie manipulacja i nie nieprawidłowości w niektórych obwodach. To odwrócenie wyniku o sto osiemdziesiąt stopni.

I jeszcze jedna liczba, o której mało kto pamięta. Nawet trzecie pytanie, o granice na Odrze i Nysie, przy uczciwym liczeniu dało mniej niż 70 procent, a nie 91. Sfałszowano wszystko, nawet tam, gdzie fałszowanie nie było konieczne, bo skoro wynik ma być dobry, musi być dobry wszędzie. Jest jeszcze Kraków.

W Krakowie autentyczne liczby zdążyły wypłynąć, zanim maszyna mogła je poprawić. Okazało się, że ponad 80 procent głosujących nie powiedziało „tak” na pierwsze pytanie. Wynik krakowski przez lata funkcjonował jako jedyny punkt odniesienia, na który można było się powołać. PSL złożyło protest.

Opierał się na kopiach protokołów zebranych przez własnych obserwatorów w obwodach w całym kraju. Protest odrzucono. Czy referendum zostało sfałszowane? Tak, wiemy to z trzech niezależnych źródeł: z raportów zbieranych przez PSL, z autentycznych wyników krakowskich i – co jest najbardziej obciążającym dowodem – z dokumentacji sowieckiej grupy, która przeprowadziła to oszustwo i rozliczyła się z niego przed Moskwą.

I jeszcze jedna rzecz, która zmienia całą perspektywę. Fałszerstwo na taką skalę kosztuje. Trzeba sprowadzić ludzi z Moskwy. Trzeba przerobić dziesiątki tysięcy dokumentów.

Trzeba mieć pewność, że nikt w tym łańcuchu nie zacznie mówić. Nikt nie decyduje się na taką operację, jeśli spodziewa się uczciwie wygrać. Fałszerstwo referendum jest najlepszym dowodem na to, że w czerwcu 1946 roku Polska Partia Robotnicza wiedziała, że w uczciwym głosowaniu przegra, i to nie o włos. Więc kiedy pytam, czy Mikołajczyk był od początku tylko podpisem, odpowiedź jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje.

Jako podpis był potrzebny w czerwcu 1945 roku, ale rok później był już kimś innym. Był realnym ryzykiem, wymiernym w procentach. I dlatego przestano traktować go jak partnera do przegłosowania, a zaczęto jak problem do usunięcia. Co na to Zachód?

Londyn i Waszyngton wiedzieli. Ich dyplomaci w Warszawie mieli własne raporty, mieli kontakt z PSL i wiedzieli, jak wyglądało liczenie głosów po referendum. Po wyborach ze stycznia 1947 roku wysłano noty przypominające, że Jałta obiecywała wolne i nieskrępowane wybory. Tylko noty.

Żadnej z tych not nie towarzyszyło żadne narzędzie, którym można by je poprzeć. Wojska sowieckie stacjonowały w Polsce. Zachód nie miał zamiaru robić z tego sprawy warte kłótni z Moskwą rok po zakończeniu wojny. Mikołajczyk wchodził do tego rządu, licząc, że gwarancje jałtańskie coś znaczą.

Lipiec 1946 roku pokazał mu, ile te gwarancje są warte w praktyce. Wtedy nie przegrał głosowania. Wtedy przegrał założenie, na którym zbudował całą swoją strategię. Od lipca 1946 roku wszystko, co się działo, było przygotowaniem do stycznia 1947 roku.

I to przygotowanie było znacznie brutalniejsze niż samo referendum. Kraj podzielono na 52 okręgi. W 10 z nich listy PSL unieważniono w całości. Nie poprawiono, nie skrócono, ale skreślono.

Powód był formalny: wady wniosku, nieważne podpisy poparcia, kandydaci określeni jako wrodzy państwu. W tych dziesięciu okręgach mieszkało kilka milionów ludzi, którzy w dniu wyborów nie mieli na kogo głosować. Komisje mogły skreślać z list wyborców osoby uznane za współpracowników okupanta lub członków nielegalnych organizacji. Odwołania były czysto teoretyczne.

W czasie kampanii aresztowano tysiące działaczy PSL. Niektórych wypuszczono po wyborach, niektórych nie. Ponad sto osób z tej partii zginęło. Mordy opisywano w prasie jako porachunki gangów.

I wreszcie gazeta. Zygmunt Augustyński, redaktor naczelny „Gazety Ludowej”, został aresztowany w 1946 roku. Sąd skazał go w 1947 roku na piętnaście lat więzienia. Piętnaście lat za redaktora.

19 stycznia 1947 roku, niedziela wyborcza. Jest zimno. W wielu miastach ludzie idą do lokali kolumnami, z zakładów pracy i ze wsi, z transparentami i orkiestrą. Głosowanie jawne jest już praktycznie regułą.

Kto idzie za parawan, robi to sam, w ciszy sali. Wynik zostaje ogłoszony. Blok Demokratyczny dostaje 80 procent głosów i 394 mandaty. Polskie Stronnictwo Ludowe dostaje 10 procent i 28 mandatów w 444-osobowym Sejmie.

Partia, która pół roku wcześniej miała 800 tysięcy członków, dostaje 28 mandatów. 5 lutego 1947 roku Sejm wybiera Bolesława Bieruta na prezydenta. W lutym uchwalono też ustawę o amnestii. Z podziemia wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, w tym wielu, którzy w kolejnych latach trafili do więzień na podstawie danych, które sami podali.

Mikołajczyk pozostaje posłem. Ma mandat, ma immunitet i ma partię, która rozpada mu się w rękach. Przez cały 1947 rok formalnie niczego nie traci. Nadal jest posłem, nadal może podróżować po kraju, a „Gazeta Ludowa” nadal wychodzi, tyle że jest coraz cieńsza.

Liczba członków spada z prawie 800 tysięcy do około 200 tysięcy w ciągu roku. Poseł z 28-osobowego klubu wchodzi do sali sejmowej, gdzie 394 miejsca należą do drugiej strony. Zabiera głos. Jego głos jest zapisany w stenogramie i niczego nie zmienia.

Wraca do biura, w którym telefon jest na podsłuchu, a korespondencja czytana. Ludzie z prowincji przynoszą listy nazwisk – uwięzionych i zaginionych. Wychodzą z niczym, bo on już nie ma jak pomóc. Żeby ocenić, czy groźba aresztowania była realna, trzeba spojrzeć na to, co działo się wokół.

Węgry, luty 1947 roku. Béla Kovács, sekretarz generalny Partii Drobnych Rolników – węgierski odpowiednik tego, co robił Mikołajczyk – zostaje aresztowany przez władze sowieckie mimo immunitetu parlamentarnego. Wywieziony do Związku Radzieckiego, wrócił dopiero po latach. Węgry, wiosna 1947 roku.

Premier Ferenc Nagy z tej samej partii wyjeżdża na urlop do Szwajcarii. Jego syn zostaje w kraju. Nagy podaje się do dymisji z zagranicy i nigdy nie wraca. Bułgaria, 23 września 1947 roku.

Nikola Petkow, lider Bułgarskiego Ludowego Związku Rolniczego, zostaje powieszony po odebraniu mu immunitetu i aresztowaniu na sali parlamentu. Petkow ginie 23 września. Mikołajczyk ucieka w nocy z 20 na 21 października. Cztery tygodnie różnicy.

We wrześniu 1947 roku odbyła się też konferencja w Szklarskiej Porębie, gdzie powstało Biuro Informacyjne Partii Komunistycznych i Robotniczych, czyli Kominform. Sedno tej konferencji było jedno: koniec fazy przejściowej, koniec koalicji, koniec udawania pluralizmu. Od tej pory każda partia komunistyczna w regionie miała ten sam harmonogram. Czy ktoś naprawdę planował aresztować Mikołajczyka w październiku 1947 roku?

Fakty są takie. W październiku 1947 roku kierownictwo Polskiej Partii Robotniczej zdecydowało o odebraniu Mikołajczykowi immunitetu parlamentarnego i postawieniu go przed sądem. Akt oskarżenia budowano wokół zarzutu kontaktów zagranicznych i działania na szkodę państwa – ten sam wzorzec, który zastosowano w Sofii wobec Petkowa. Dokładny przebieg posiedzeń, na których to ustalono, znamy tylko we fragmentach.

Część dokumentacji z tego kręgu nigdy nie została udostępniona w całości. Mikołajczyk dowiedział się o decyzji, zanim została wykonana. I tu zaczyna się spór, bo ktoś mu powiedział – kto? Nie ma jednej odpowiedzi.

Są trzy tropy. Pierwszy, najlepiej udokumentowany. Ambasady zachodnie. Ambasador amerykański w Warszawie Stanton Griffis opisał lata później we własnym pamiętniku, że to jego misja zorganizowała wyjazd Mikołajczyka z Polski.

W tym samym czasie Brytyjczycy mieli własne kanały w Warszawie i w wielu relacjach to brytyjska ambasada, jej samochód i jej ludzie odpowiadają za pierwszy etap ucieczki. Te dwie wersje nie zostały do dziś pogodzone. Pewne jest, że obie ambasady były w to zaangażowane. Podział ról pozostaje sporny.

Drugi trop. Informacja miała pochodzić od kogoś z polskiego aparatu władzy. To istnieje tylko w narracjach i wspomnieniach spisanych wiele lat później. Nie ma dokumentu, który to potwierdza.

Trzeci trop. Po prostu to wyliczył. Petkow wisiał od miesiąca. Kovacs był w Związku Radzieckim.

Nagy siedział w Szwajcarii. Redaktor jego gazety dostał piętnaście lat. Nie potrzebujesz przecieku, żeby zrozumieć taki ciąg. Noc z 20 na 21 października 1947 roku.

Warszawa. Październik jest zimny i wilgotny. Nad Wisłą stoi mgła. Nawierzchnia jest mokra.

Mikołajczyk wychodzi z domu bez bagażu, który zwracałby uwagę. Wsiada do samochodu. Dalej czeka ciężarówka. Kładzie się na podłodze między skrzyniami towaru.

Przykryty plandeką. W taką noc plandeka jest sztywna od wilgoci i śmierdzi impregnatem. Silnik pracuje nierówno. Pakę trzęsie na każdej dziurze, a na drodze z Warszawy w 1947 roku dziur zostało tyle, ile zostawiła wojna.

Człowiek leżący na deskach czuje każdą z nich w kręgosłupie. To około 350 kilometrów z Warszawy do Gdyni. Na tamtych drogach, tamtymi ciężarówkami, to jazda na całą noc i kawałek dnia. Po drodze są punkty kontrolne.

Nie wiemy, ile razy ciężarówkę zatrzymano, ani czy w ogóle zatrzymano. Relacje różnią się w szczegółach. Wiadomo, gdzie to się zaczęło i gdzie się skończyło. Koniec jest w porcie w Gdyni.

Czeka tam statek. „Baltavia”, jednostka brytyjskiej linii obsługującej trasę Gdynia–Londyn. Mikołajczyk zostaje ukryty na pokładzie. Statek wypływa z portu 21 października 1947 roku, wywożąc z Polski byłego premiera rządu polskiego, byłego wicepremiera rządu warszawskiego i urzędującego posła na Sejm Ustawodawczy.

Kilka dni później Mikołajczyk jest w Londynie. Polski nie zobaczy już do końca życia. Reakcja w kraju była szybka i jednotonowa. Prasa państwowa napisała o ucieczce w ciągu kilku dni.

Użyte słowo brzmiało: „dezercja”. Poseł na Sejm Ustawodawczy porzucił mandat, obowiązki i wyborców, robiąc to w towarzystwie zagranicznych dyplomatów i na obcym statku. Sejm pozbawił go mandatu. Organizowano zebrania w zakładach pracy i gminach, na których uchwalano rezolucje potępiające go.

Zauważcie, jak wygodnie to wszystko się układa. Przez półtora roku głównym zarzutem wobec Mikołajczyka było „agent obcych mocarstw”. Zarzut trzeba było udowodnić, a dowodów brakowało. Potem on wyjechał ambasadzką ciężarówką i brytyjskim statkiem, i zarzut sam się udowodnił.

Bez sądu, bez świadków, bez procesu, który mógł się nie udać. Ta obserwacja jest zresztą jednym z filarów wersji, do której za chwilę dojdziemy: że jego ucieczka była władzy na rękę. W kolejnych tygodniach z kraju wyjechało więcej osób z kierownictwa PSL, w tym Kazimierz Bagiński i Stefan Korboński. Partię przejęli ci działacze PSL, którzy chcieli współpracować z władzą.

Kierownictwo objął Czesław Wycech. 27 listopada 1949 roku PSL połączyło się ze Stronnictwem Ludowym, tworząc Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, które przez następne czterdzieści lat grało dokładnie tę rolę, jaką mu wyznaczono. Trzy wersje ucieczki. Pierwsza, oficjalna, pochodząca od władz z października 1947 roku.

Mikołajczyk uciekł za granicę, żeby uniknąć odpowiedzialności. Porzucił własną partię i własnych ludzi, a jego ucieczka dowodzi, że działał na rzecz obcych ośrodków. Ta wersja ma swoją wewnętrzną logikę. Wyjechał z kraju ciężarówką obcej ambasady i odpłynął obcym statkiem.

Za granicą został natychmiast przyjęty przez zachodnich polityków. Z punktu widzenia prokuratora to kompletny dowód kontaktów z obcymi mocarstwami. Te same kontakty, które miały być treścią aktu oskarżenia. Druga wersja, nieoficjalna, powtarzana do dziś i najbardziej niewygodna: pozwolono mu uciec.

Ktoś w aparacie bezpieczeństwa celowo odwrócił wzrok, bo martwy lub osądzony Mikołajczyk był dla władzy mniej użyteczny niż zbieg. Argumenty za tą wersją brzmią mocno. Mikołajczyk był pod stałą obserwacją. Człowiek jego kalibru nie mógł być pilnowany byle jak, a jednak przejechał 350 kilometrów ciężarówką przez kraj z punktami kontrolnymi i portem jako obiektem szczególnie chronionym, po czym wsiadł na statek, który spokojnie odpłynął.

Do tego wyszło to władzy na dobre. Proces byłego wicepremiera oznaczałby zagranicznych dziennikarzy jako świadków i pytania o referendum, a ucieczka załatwiła sprawę w jeden dzień i dostarczyła gotowy zarzut. A teraz kontrargumenty. Po pierwsze, w żadnym z ujawnionych dokumentów nie ma rozkazu, by go przepuścić.

Jest decyzja o odebraniu immunitetu i przygotowaniu sprawy, ale nie ma dokumentu o „operacji wypuścić”. Po drugie, sprawność aparatu w 1947 roku bywa dziś przeceniana. To była instytucja rozbudowana w pośpiechu, obsadzona częściowo przez niedoświadczonych ludzi, z fatalnym obiegiem informacji. Przez polskie porty w tamtych latach przechodzili ludzie od dawna poszukiwani.

Dziura w takim systemie nie musi być otworzona celowo. Po trzecie, argument czysto praktyczny. Jeśli chcesz kogoś wypuścić po cichu, nie potrzebujesz ciężarówki, plandeki i obcego statku. Wystarczy paszport i pociąg.

Sposób, w jaki wyjechał Mikołajczyk, jest sposobem człowieka, który zakłada, że jeśli go znajdą, to go zatrzymają. Trzecia wersja, też nieoficjalna. Żadnego aresztowania właściwie nie planowano, a cała sprawa z immunitetem była presją, która miała wypchnąć go z kraju. Tu kontrargument ma długość jednego zdania i brzmi: Nikola Petkow, 23 września 1947 roku.

Wyrok wykonany. Wcześniej też mówiono, że to tylko presja. I druga nazwa, bliższa. Zygmunt Augustyński dostał piętnaście lat za redagowanie gazety.

Trudno zakładać, że jego wydawcy mieli trafić do Szwajcarii. Najbliższa prawdy odpowiedź to ani spisek, ani przypadek. Decyzja o rozprawieniu się z Mikołajczykiem była realna i zapadła. Nie ma powodu, by sądzić, że ktoś ją cofnął, ale między decyzją a jej wykonaniem stanęło zwykłe administracyjne opóźnienie, opór kilku osób, które wolały nie brać na siebie aresztowania posła bez formalnego odebrania immunitetu, oraz wyjątkowo dobrze przygotowana operacja dwóch obcych ambasad.

Do tego dochodzi coś, czego nie można przecenić. Nikt na miejscu nie wiedział, że tej nocy jest powód, by zajrzeć na pakę ciężarówki. Czego brakuje, by rozstrzygnąć to definitywnie? Trzech rzeczy: pełnych protokołów posiedzeń kierownictwa partii komunistycznej z października 1947 roku wraz z załącznikami; pełnej dokumentacji operacyjnej Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego dotyczącej obserwacji Mikołajczyka w tygodniach poprzedzających ucieczkę, z raportami dziennymi, bo pokazałyby, w którym momencie obserwacja się urwała i czy ktoś to zauważył; oraz korespondencji sowieckich doradców przy MBP z Moskwą z tego samego okresu.

Dopóki te trzy zestawy nie zostaną położone obok siebie, wersja o świadomym przepuszczeniu pozostaje możliwa, ale niepotwierdzona. Co się stało z tymi, którzy zostali? Augustyński, piętnaście lat. Działacze PSL z powiatów – procesy, wyroki.

PSL wchłonięte w 1949 roku, „Gazeta Ludowa” zamknięta w 1947 roku. Ludzie, którzy w 1946 roku podpisywali protesty wyborcze jako obserwatorzy, mieli te podpisy w swoich teczkach. Po drugiej stronie zestawienia: ucieczka była dla reżimu prezentem propagandowym. Przez następne czterdzieści lat w polskich podręcznikach i prasie Mikołajczyk był człowiekiem, który uciekł.

I to jedno słowo załatwiało dyskusję o referendum, wyborach, 800 tysiącach członków i dziesięciu unieważnionych okręgach. Trudno wygrać spór o rzetelność wyborów, kiedy przeciwnik może zacząć każdą odpowiedź od wskazania, że twój lider wyjechał w ciężarówce. Co robił potem? Osiedlił się w Stanach Zjednoczonych i kierował PSL na emigracji.

Stał na czele Międzynarodowego Związku Chłopskiego. W 1948 roku wydał w Nowym Jorku książkę o tym, co wydarzyło się w Polsce. To jego relacja, świadectwo stronnicze, nie dokument bezstronny. Zmarł 13 grudnia 1966 roku w Waszyngtonie.

Miał 65 lat. Pochowano go w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku, w tym krótkim oknie, gdy stało się to możliwe, jego prochy sprowadzono do Polski. Spoczął w Poznaniu, kilkadziesiąt kilometrów od gospodarstwa w Woli Książęcej, z którego pięćdziesiąt lat wcześniej zaczynał politykę.

I z powrotem do dwóch sal w Moskwie z 21 czerwca 1945 roku. Po co go tam wpuszczono? Odpowiedź brzmi: po jego podpis. Widać to z kalendarza, nie z intencji.

Rząd powstał 28 czerwca. Uznanie zachodnie przyszło 5 lipca, siedem dni później. A proces szesnastu skończył się w tym samym tygodniu, w tym samym mieście, przed tymi samymi korespondentami. Mikołajczyk był potrzebny jako dowód, że w Warszawie powstało coś więcej niż jednowładztwo jednej partii.

Ale nie wynika z tego, że wszystko było zaplanowane z góry. Gdyby tak było, nie sprowadzono by specjalistów z Moskwy do fałszowania protokołów. Nie odwracano by wyniku pierwszego pytania o czterdzieści punktów. Nie unieważniano by list w dziesięciu okręgach.

Nie zabijano by stu osób w czasie kampanii wyborczej. Takich rzeczy nie robi się przeciw komuś, kogo się kontroluje. Takie rzeczy robi się przeciw komuś, kto naprawdę mógł wygrać. I dlatego obie najczęściej słyszane odpowiedzi są zbyt proste.

To, że dał się użyć jako figowiec i nic nie znaczył, jest nieprawdą, bo gdyby nic nie znaczył, nie warto byłoby fałszować referendum na taką skalę. To, że mógł wygrać, gdyby był twardszy, też jest nieprawdą, bo między nim a zwycięstwem nie stały argumenty, ale urny, komisje i ludzie z Moskwy z gumkami. W kategoriach politycznych ucieczka była porażką, a władza zagrała nią przeciw niemu po mistrzowsku. Cztery tygodnie wcześniej w Sofii powieszono człowieka, który robił dokładnie to samo w tym samym roku i został w kraju.

Pozostaje pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi. Czy człowiek, który wsiadł do samolotu do Warszawy w czerwcu 1945 roku, wiedząc o wyrokach ogłoszonych w Moskwie w tym samym tygodniu, zrobił rzecz odważną, czy rzecz, której nie należało robić? Bo od odpowiedzi na to pytanie zależy reszta tej historii.