W 1975 roku, w samym sercu Warszawy, dwóch oficerów Służby Bezpieczeństwa zaprosiło młodą aktorkę do hotelu MDM. Przedstawili się jako dziennikarze i wręczyli jej bukiet kwiatów. Weszła do środka po raz pierwszy o 15:07. Wyszła o 18:05.

Obserwujący ją funkcjonariusz zanotował w raporcie, że była bardzo zdenerwowana, co było widoczne na jej twarzy i w sposobie poruszania się. Ci dwaj mężczyźni nie byli dziennikarzami. Byli podpułkownikami SB – Stefanem Sołowiejem i Markiem Stokowskim – i przyszli złożyć jej propozycję, która miała zaważyć na jej życiu na długie lata. Bożena Dykiel urodziła się 26 sierpnia 1948 roku.
Dzieciństwo spędziła częściowo u babci w Grabowie pod Kolnem, a potem trafiła do zniszczonej Warszawy. To nauczycielka języka polskiego, wypatrzywszy jej talent, namówiła ją do zdawania do szkoły teatralnej. Dykiel dostała się za pierwszym razem. Tuż po studiach, w 1974 roku, zagrała Goplanę w głośnym spektaklu Adama Hanuszkiewicza „Balladyna” w Teatrze Narodowym – wjechała na scenę motocyklem, w kostiumie rodem z „Barbarelli”.
Ta rola uczyniła z niej aktorkę, o której mówi cała Warszawa. Wcześniej zwrócił na nią uwagę Andrzej Wajda, obsadzając ją w „Weselu”, a trzy lata później powierzył jej rolę Mady Müller w „Ziemi obiecanej”. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat i stała u progu wielkiej kariery. Życie towarzyskie artystów w połowie dekady Gierka toczyło się w salonach, w których bywali dyplomaci, dziennikarze i ludzie kultury.
Jednym z takich miejsc było mieszkanie drugiego sekretarza ambasady RFN, Franka Elbego. Chętnie zapraszał do siebie ludzi ze środowiska teatru i filmu. Dykiel zaczęła bywać w jego domu. Tego faktu wystarczyło, by zainteresowała się nią Służba Bezpieczeństwa, która od dawna prowadziła operację wymierzoną w tego niemieckiego dyplomatę, nadali mu kryptonim „Zesłaniec”.
Elbe był obiektem zainteresowania SB. W jego mieszkaniu pracowała jednak kobieta, która potajemnie donosiła, lub donosiła doniesienia o gościach – tajna współpracowniczka o pseudonimie „Danuta”. To ona zwróciła uwagę przełożonym na młodą aktorkę, która bywała na przyjęciach dyplomaty. Wkrótce potem do Dykiel przyszli oficerowie z kwiatami i zaprosili ją do hotelu.
Przez trzy godziny proponowali jej współpracę. Ona wyszła zdenerwowana. Później, bez żadnych podstaw wynikających z jej postawy, została zarejestrowana jako tajny współpracownik o pseudonimie „Alina”. Potem zaczęło się wielomiesięczne szantażowanie.
Jej życie poddano całkowitej inwigilacji. Czytano korespondencję – jej i jej rodziny. Wzywano ją na kolejne rozmowy. Gdy przestała się stawiać, grożono, że przywiezie ją milicjant.
W końcu przyszła do budynku MSW sama, choć trudno nazwać tę decyzję dobrowolną. W rozmowach, które prowadził głównie podpułkownik Sołowiej, w końcu wyszło na jaw, o co chodzi. Chciano, aby 26-letnia aktorka Teatru Narodowego zwabiła niemieckiego dyplomatę do mieszkania na dyspozycji ministerstwa. W mieszkaniu tym, w którym miało dojść do intymnych spotkań, zainstalowano by urządzenia rejestrujące.
Zdobytą w ten sposób kompromitację wykorzystano by do szantażowania żonatego mężczyzny. Dykiel miała stać się aktorką w filmie pornograficznym, nagrywanym ukrytą kamerą. Ona od razu zrozumiała, na czym polega cała operacja. Odmówiła.
Odmowa nie zakończyła jednak sprawy. Zaczęły się groźby zniszczenia kariery, odebrano jej nawet paszport na pewien czas, ostrzegając, że nie wyjedzie za granicę, gdy Teatr Narodowy będzie wyjeżdżał na występy. Obiecywano mieszkanie bez kolejki i lekcje angielskiego. Przez dwa lata żyła w przekonaniu, że wszystko, co mówi w domu, może być nagrywane.
Nie dała się złamać. Nie przyjęła ani złotówki, nie podpisała niczego poza zobowiązaniem do zachowania tajemnicy o samej rozmowie. Nawet sama zrezygnowała z opłaconego wyjazdu do Bułgarii, za który zapłaciła sto tysięcy złotych, żeby nie dać im kolejnego narzędzia nacisku. Nękanie ustało dopiero, gdy Frank Elbe opuścił Polskę.
Sprawa straciła sens, a dokumenty zamknięto. Ona nie wygrała – po prostu przestała być potrzebna. Wiele lat później publicznie powiedziała o tej sprawie niewiele. Że chciano złamać jej życie mimo że nic im nie zrobiła.
I że myśli o tym z obrzydzeniem. Dodała też słynne zdanie, że nigdy nie nadawała się na Matę Hari. W tym jednym zdaniu zawierała się cała jej pogarda dla propozycji i dla wyobraźni tych, którzy ją wymyślili. W 2015 roku, na antenie TVP1, w programie publicystycznym, zaatakowała prezydenta Komorowskiego i jego obóz.
Wypominała reformę emerytalną, podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat, traktowanie twórców kultury, a także policję, która według niej nie chroni obywateli, ale ich ściga. Zakończyła zdaniem, które obiegło cały kraj – że to ludzie, którzy nie kochają Polaków. Internet podzielił się na zwolenników i przeciwników. Ona sama zapewniała później, że jest bezpartyjna i nie popiera żadnej partii.
W tym samym roku, w innej rozmowie, mówiła jednak o prawie kobiet do decydowania o własnym ciele, o edukacji seksualnej i o tym, że nie chce, żeby ktokolwiek rządził jej łonem. Każda strona politycznego sporu wycinała z jej słów to, co jej pasowało. W 2021 roku przyszła do porannego studia telewizyjnego jako ambasadorka kampanii społecznej przeciwko depresji i stygmatyzacji osób chorych. Przyjechała z okularami na baterie, które miały rzekomo leczyć depresję poprzez pulsujące światło.
Tłumaczyła, że przyczyną choroby jest niedobór litu i że organizm sam powinien go wytwarzać. Mówiła też o pandemii jako o globalnym spisku bogatych przeciwko ludziom. Fundacja natychmiast zakończyła z nią współpracę, a stacja usunęła nagranie ze swojej strony internetowej. Nie było żadnego oświadczenia, żadnej dyskusji.
Nagranie po prostu zniknęło. Przez całą karierę, aż do ostatniego odcinka serialu „Na Wspólnej”, który wyemitowano w kwietniu 2025 roku, nie usunięto jej z żadnego programu z powodu jej poglądów. Z serialu odeszła sama, po 22 latach grania w nim, ze względu na zdrowie – przeszła operację wszczepienia zastawki aortalnej w 2021 roku, a jej stan się pogarszał. Nie została wyrzucona, nie została skreślona, jej postać nie umarła.
Pisano dla niej sceny, licząc, że wróci. Odpowiedź na pytanie, kto próbował uciszyć Bożenę Dykiel, jest prosta i zarazem przerażająca. 5 maja 1975 roku w hotelu MDM dwóch podpułkowników SB działało w operacji „Zesłaniec”. Chcieli złamać kobietę i wykorzystać ją do szantażu.
Ona powiedziała: nie. Powtarzała to przez dwa lata, bez świadków, bez nadziei, że ktokolwiek się o tym dowie. Próbowali i przegrali. Zmarła 12 lutego 2026 roku w wieku 77 lat.
Pogrzeb odbył się 25 lutego 2026 roku na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie, z honorami państwowymi. Po mszy w kościele przy placu Teatralnym, zaledwie kilkadziesiąt metrów od sceny, na którą pół wieku wcześniej wjechała motocyklem, jej ciało spoczęło w grobie rodzinnym. Tłumy przyszły pożegnać aktorkę, którą przez dekady znała cała Polska. Dykiel nie chciała umrzeć na scenie, jak Tadeusz Łomnicki.
Chciała odejść we własnym łóżku, z poczuciem dobrze wykonanej pracy. I tak właśnie się stało.