17 lipca 2003 roku, w wiedeńskiej restauracji, najbogatszy Polak siada do obiadu z Władimirem Auganowem – człowiekiem, przez którego kontakty siedem l…

17 lipca 2003 roku, w wiedeńskiej restauracji, najbogatszy Polak siada do obiadu z Władimirem Auganowem – człowiekiem, przez którego kontakty siedem l...

17 lipca 2003 roku w jednej z wiedeńskich restauracji pięciu mężczyzn zasiadło do obiadu, który zaczął się o czternastej i skończył cztery godziny później. Po jednej stronie stołu siedział najbogatszy Polak, Jan Kulczyk. Naprzeciwko niego Władimir Ałganow, człowiek, przez którego kontakty siedem lat wcześniej ze stanowiska odszedł premier Rzeczypospolitej. Dwanaście lat później, w tym samym mieście, Kulczyk położy się na stole operacyjnym do planowanego zabiegu i już z niego nie wstanie.

Thumbnail

Między tymi dwiema wiedeńskimi datami mieści się cała historia polskiej prywatyzacji, dostępu do władzy i ceny, jaką państwo płaci za to, że nie umie liczyć. Aby zrozumieć, skąd wziął się człowiek, który w 2003 roku siedział naprzeciwko byłego oficera radzieckiego wywiadu, trzeba cofnąć się o pół wieku. Jan Kulczyk urodził się 24 czerwca 1950 roku w Bydgoszczy. Całe jego dorosłe życie do czterdziestego roku życia upłynęło w państwie, w którym prywatna własność na dużą skalę była praktycznie nielegalna.

Studiował prawo w Poznaniu, zrobił doktorat z prawa międzynarodowego, ale najważniejszą postacią tej historii był jego ojciec. Henryk Kulczyk prowadził interesy z Zachodem, konkretnie z RFN. W Polsce Ludowej, żeby cokolwiek sprowadzić do kraju, potrzeba było trzech rzeczy naraz: partnera po drugiej stronie granicy, konta dewizowego i zgody urzędu. Henryk Kulczyk miał wszystkie trzy.

Pierwszy milion jego syna nie wziął się więc z genialnego pomysłu, ale z infrastruktury odziedziczonej po ojcu, listy nazwisk i umiejętności rozmawiania z polskim urzędnikiem. Janem Kulczykiem interesowały się jednak również służby. Wiadomo, że były próby zarejestrowania go jako tajnego współpracownika, a zainteresowanie obejmowało też jego siostrę Marię. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zorganizowało w tym celu osobną operację o kryptonimie Quoda, nadzorowaną przez Henryka Jasika, jednego z najbardziej znanych oficerów polskiego wywiadu.

W tle pojawił się też tajny współpracownik o pseudonimie Koryn, który w latach osiemdziesiątych był bliskim znajomym rodziny, zapraszanym na spotkania towarzyskie. W 1988 roku napisał o Janie Kulczyku zdanie, które okazało się rentgenowskim obrazem całej jego przyszłej kariery: że w sferach kierowniczych polskich ministerstw oraz w kręgach przemysłowych RFN traktowany jest z uznaniem jako człowiek potrafiący prowadzić negocjacje w tworzeniu nowych form współpracy. Teczka operacji Quoda do dziś nie została opublikowana. Antoni Macierewicz publicznie stwierdził, że Kulczyk był agentem służb PRL, ale na poparcie tych słów nigdy nie przedstawiono dowodów.

Rejestracja przez służbę to nie to samo co współpraca. Mamy tu poszlaki, zainteresowanie na wysokim szczeblu i udokumentowaną próbę werbunku, ale nie mamy dowodu współpracy. Po 1989 roku Kulczyk nie potrzebował już służb, bo miał coś skuteczniejszego: telefony. W kraju, w którym wolny rynek pojawił się z dnia na dzień, wygrywał nie najzdolniejszy, ale ten, kto już wcześniej miał zagranicznego partnera, dostęp do dewiz i umiejętność rozmawiania z urzędnikiem.

Kulczyk miał to wszystko odziedziczone i przećwiczone przez całe lata osiemdziesiąte. Jego pierwszą wielką transakcją było wyłączne przedstawicielstwo Volkswagena w Polsce. Jako przedstawiciel koncernu sprzedał Ministerstwu Spraw Wewnętrznych trzy tysiące samochodów dla policji bez przetargu. Nie chodziło o jakość aut ani o potrzeby policji, która rozpaczliwie potrzebowała nowych wozów.

Chodziło o wniosek, jaki wyciągnął z tego cały rynek: ten człowiek ma dojścia. Od tego momentu głównym aktywem Kulczyka nie były pieniądze ani firmy, ale przekonanie rynku, że jeśli chcesz coś załatwić z polskim państwem, warto zadzwonić do niego. Potem przyszły browary. Kulczyk wszedł w prywatyzację polskiego przemysłu piwowarskiego, z której powstała Kompania Piwowarska, właściciel marek Lech, Tyskie i Żubr.

Tu po raz pierwszy w pełni ujawniła się jego metoda. Państwo chciało sprzedać duży zakład, kupcem był zagraniczny koncern, ale politycznie sprzedaż obcemu była problemem. Wtedy pojawiał się polski przedsiębiorca, który występował jako reprezentant rodzimego kapitału. Rząd mógł powiedzieć wyborcom, że nie sprzedał wszystkiego, zagraniczny inwestor dostawał to, po co przyszedł, a pośrednik brał udział za to, że tam stał.

Historia browarów skończyła się tym, że pakiet Kulczyka zamienił się w blisko trzy procent akcji globalnego giganta SAB Miller, przez lata najcenniejszy pojedynczy składnik jego majątku. Metodę zastosowano też do czegoś, czego dotknął każdy kierowca. 7 listopada 1992 roku powstała spółka Autostrada Wielkopolska, założona przez Kulczyka i Andrzeja Patalasa, z jednym celem: zbudować i eksploatować zachodni odcinek płatnej autostrady A2. Umowa koncesyjna z 1997 roku przewidywała budowę i zarządzanie odcinkiem od Świecka do Strykowa, około 360 kilometrów.

W 1999 roku rząd wycofał się z części umowy, a spółka budowała i eksploatowała krótszy odcinek. Wszystko działało do 1 września 2005 roku, kiedy nowelizacja ustawy o autostradach płatnych zlikwidowała podwójne opłaty i kierowcy ciężarówek z winietą dostali prawo bezpłatnego przejazdu. Dla koncesjonariusza to była katastrofa, bo z bramek zniknęły najbardziej dochodowe pojazdy. Państwo postąpiło uczciwie i ustaliło mechanizm rekompensaty, tak by wewnętrzna stopa zwrotu pozostała na tym samym poziomie.

Sedno sprawy tkwiło w szczególe. Do wyliczenia rekompensaty spółka użyła badania ruchu i przychodów z 1999 roku, a nie najnowszego z 2004 roku. Starsze badania zakładały znacznie wyższy poziom ruchu i rentowności, a im bardziej optymistyczna prognoza, tym więcej państwo musiało dopłacić. Efekt był taki, że rekompensaty przekroczyły dochód, jaki spółka realnie mogłaby wygenerować z opłat od ciężarówek.

W sierpniu 2012 roku polskie władze same zgłosiły Komisji Europejskiej, że wypłaciły koncesjonariuszowi za dużo. W 2014 roku Komisja wszczęła dochodzenie, a latem 2017 roku wydała decyzję: Autostrada Wielkopolska ma zwrócić Polsce około 895 milionów złotych nienależnej pomocy publicznej, co z odsetkami dało miliard 367 milionów złotych. Spółka odwołała się do sądu UE w Luksemburgu, ale 24 października 2019 roku sąd oddalił skargę, a Polska przystąpiła do postępowania po stronie Komisji, przeciwko własnej częściowo spółce. Odzyskane pieniądze trafiły do Krajowego Funduszu Drogowego.

Ta historia nie była opowieścią o kradzieży, ale o wyborze arkusza kalkulacyjnego. Jedna decyzja, czy użyć danych z 1999 czy 2004 roku, i przez dziesięć lat po stronie państwa nie było nikogo, kto by te decyzje zakwestionował. Wielkie pieniądze nie znikały w walizkach, znikały w formułach i tabelach, których nikt nie czytał. Rok 2000 przyniósł największą prywatyzację w dziejach Polski: Telekomunikację Polską.

Popularna wersja mówi, że Kulczyk ograł państwo, wszedł do transakcji bez własnych pieniędzy i wyszedł z miliardem zysku. To nieprawda. 4 lipca 2000 roku Rada Ministrów zgodziła się na sprzedaż 35 procent akcji konsorcjum France Telecom i Kulczyk Holding, a 12 października transakcję wykonano. Spółki zależne przekazały na konto Ministerstwa Skarbu Państwa równowartość 18 miliardów 620 milionów złotych za 490 milionów akcji, czyli 38 złotych za jedną akcję.

Tego dnia na giełdzie akcja kosztowała 21 złotych 70 groszy. W dniu podpisania umowy kurs wynosił 33 złote 90 groszy. Kupujący zapłacili wyraźnie powyżej ceny rynkowej, prawie dwa razy tyle, ile akcja była warta w dniu, w którym pieniądze wpłynęły na konto państwa. To nie jest transakcja, w której ktoś ograł państwo.

To transakcja, w której państwo dostało więcej, niż rynek był gotów dać. Gdzie więc był interes Kulczyka? W triku na polski kapitał. Kiedy zapadła decyzja o sprzedaży France Telecom, pojawiły się głosy, by nie oddawać Francuzom kontroli nad polskim telekomem.

Wtedy do gry wszedł Kulczyk, który w negocjacjach ustalił, że w ramach sprzedawanych 35 procent sam przejmie około 13,6 procent, oficjalnie po to, żeby sami Francuzi nie mieli kontroli. Skąd wziął pieniądze, nie ujawnił. W 2005 roku France Telecom odkupił jego udziały, spłacając zaciągnięty przez niego kredyt, a on zainkasował około 40 milionów euro. To dużo, ale to nie jest miliard.

To była zapłata za pięć lat pełnienia funkcji polskiego akcjonariusza w spółce, która politycznie nie mogła być w stu procentach francuska. Państwo samo zapłaciło prywatnemu człowiekowi za to, żeby nie wyglądać na przegranego. Kulczyk nie był problemem polskiej prywatyzacji. Był rozwiązaniem, które sama sobie wymyśliła, bo nie potrafiła powiedzieć wyborcom prawdy.

Często powtarzana liczba 4,3 miliarda złotych za 35 procent akcji to błąd przeliczenia. 18 miliardów 620 milionów złotych według kursu z tamtego czasu to mniej więcej 4,3 miliarda dolarów. Ktoś kiedyś pomylił waluty i pomyłkę przepisano setki razy. Organy ścigania przez lata wyjaśniały, jak France Telecom i Kulczyk Holding znalazły się w transakcji.

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało byłego prezesa i wiceprezesa Kulczyk Holding pod zarzutem korupcji, ale to były zarzuty, nie wyroki. Potem do tej historii wszedł oficer obcego wywiadu. Wróćmy do Wiednia. Auganow był rosyjskim dyplomatą w Polsce, uważanym przez polskie służby za oficera wywiadu.

Na przełomie 1995 i 1996 roku jego kontakty z urzędującym premierem doprowadziły do dymisji szefa polskiego rządu. Siedem lat później siada z nim do obiadu najbogatszy Polak. Zeznań złożonych przed komisją śledczą ds. PKN Orlen wynika, że w spotkaniu uczestniczyli biznesmen Aleksander Żagiel, jego wspólnik Andrzej Kuna, Jan Kulczyk, Auganow oraz doradca Kulczyka Marek Modecki.

Oficjalnym tematem była energia elektryczna. Modecki w imieniu Kulczyka i spółki Polenergia poszukiwał kontaktów z decydentami nowego rosyjskiego koncernu państwowego, bo Polenergia od lat bezskutecznie starała się o zgodę na pośrednictwo w sprzedaży prądu przez Polskę na zachód i południe Europy. Auganow zajmował w tym koncernie kluczową pozycję. Istnieją jednak dwie notatki ujawnione w październiku 2004 roku, załączniki do pisma szefa Agencji Wywiadu Zbigniewa Siemiątkowskiego, sporządzone po jego spotkaniu z Kulczykiem 31 lipca 2003 roku, dwa tygodnie po Wiedniu.

Według pierwszej, Auganow miał wyrażać pretensje, że Rafineria Gdańska nie została sprzedana Rosjanom, i miał powiedzieć Kulczykowi, że minister skarbu Wiesław Kaczmarek i były prezes Nafty Polskiej Maciej Gierej wzięli za to 5 milionów dolarów. Obaj zaprzeczyli. To był zarzut w notatce służbowej relacjonującej cudze słowa przekazane przez trzecią osobę, nie dowód. Druga notatka, sporządzona przez oficera wywiadu, zawierała wątek, że były szef UOP Gromosław Czempiński chciał otrzymać milion dolarów za pomoc Kulczykowi przy prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej, a Kulczyk nie chciał zapłacić, co było źródłem pogorszenia ich stosunków.

Zastanawiająca jest sama struktura zdarzenia: prywatny przedsiębiorca spotyka się za granicą z oficerem obcego wywiadu, a polskie państwo dowiaduje się o tym z drugiej ręki, bo ten człowiek uprzejmie przyszedł do szefa polskiego wywiadu. Nie ma dowodów, by ktokolwiek kazał mu jechać do Wiednia. Inicjatywa wyszła od jego własnego doradcy w interesie jego własnej spółki. Po tej sprawie Kulczyk stał się w polskiej polityce toksyczny.

Żaden minister nie chciał już zdjęcia z człowiekiem, którego nazwisko padało w jednym zdaniu z nazwiskiem Ałganowa. Kulczyk wyszedł na rynki zagraniczne, do Afryki. Jego grupa kupiła od Shella 45 procent udziałów w licencji OML42 w delcie Nigru, inwestowała w Tanzanii, Gwinei Równikowej, Gabonie, Kongo i Namibii. To nie była chciwość, ale emigracja modelu biznesowego.

Jego metoda działała najlepiej tam, gdzie państwo jest słabe, potrzebuje kapitału i nie ma technologii. Kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej i jej instytucje krzepły, Kulczyk po prostu poszukał sobie innych krajów. Rok 2014 przyniósł aferę podsłuchową. Rozmowa Kulczyka z lobbystą Piotrem Wawrzynowiczem została zarejestrowana w warszawskim pałacyku Sobańskich i ujawniona przez Telewizję Republika w lutym 2015 roku.

Rozmawiali o sprzedaży Ciechu i potencjalnych oferentach. Pada tam zdanie o tym, że podniesienie ceny o złotówkę na akcji zmienia wartość transakcji o 34 miliony złotych. To była rozmowa o publicznym majątku prowadzona przy prywatnym stole, bez dramatyzmu, dwóch ludzi liczących, ile warta jest jedna złotówka różnicy. Telewizja Republika ujawniła też informację, że osobowe źródło o pseudonimie Prefekt, czyli biznesmen Marek Falenta, donosiło, że przedstawiciele kierownictwa Ministerstwa Skarbu Państwa mogli przyjąć korzyść majątkową od pełnomocnika Kulczyka w związku z transakcją zbycia akcji Ciechu, a cena była zdaniem analityków o kilkaset milionów niższa od wartości rynkowej.

Meldunek operacyjny nie jest dowodem, to zapis tego, co powiedział jeden człowiek jednemu funkcjonariuszowi. Czerwiec 2014 roku. Skarb Państwa ogłosił sprzedaż pakietu Ciechu, polskiej grupy chemicznej. Do przetargu stanęła jedna firma: KI Chemistry ze spółek Kulczyk Investments.

Państwo sprzedało około 20 milionów akcji po 31 złotych za akcję, łącznie za 619 milionów 160 tysięcy złotych, a po wezwaniu spółka Kulczyka stała się właścicielem ponad 51 procent akcji. Biura maklerskie wyceniały akcje wyżej, bo spółka po restrukturyzacji zaczęła przynosić zyski. Państwo sprzedawało firmę dokładnie w momencie, w którym przestała przynosić straty. W 2015 roku zaniżoną cenę potwierdziła Najwyższa Izba Kontroli.

W kwietniu 2015 roku prokuratura wszczęła śledztwo. Kolejność wydarzeń bywa w internecie przekłamywana. Latem 2015 roku CBA przeszukało biura giełdy, a 29 lipca 2015 roku Jan Kulczyk zmarł w Wiedniu w wyniku powikłań po operacji. Dopiero w kwietniu i czerwcu 2016 roku agenci weszli do siedzib Kulczyk Holding i Ciechu.

Kiedy przeszukiwano jego firmy, Kulczyka nie było już na świecie od ośmiu miesięcy. Zarzuty postawiono urzędnikom, nie jemu. CBA zatrzymało sześć osób, w tym byłego wiceministra skarbu i byłego prezesa giełdy. Prokuratura Krajowa mówiła o niedopełnieniu obowiązków, niesporządzeniu rzetelnej wyceny i poświadczeniu nieprawdy.

Pytanie brzmiało nie: jak on to zrobił, ale: dlaczego po drugiej stronie stołu nikt nie policzył. Śmierć Kulczyka natychmiast wywołała spekulacje, ale żadne postępowanie nie ustaliło niczego poza powikłaniami po zabiegu. Jedna scena z tamtego dnia mówi o nim więcej niż teorie. W ciągu godziny od informacji o jego śmierci akcje spółek, w których był głównym inwestorem, straciły na wartości blisko 234 miliony złotych, a w ciągu tego samego dnia niemal całkowicie stratę odrobiły.

Rynek wycenił śmierć jednego człowieka na 234 miliony złotych, a potem uspokoił się, bo struktura zbudowana przez niego działała nawet bez niego. Po jego śmierci nie było rozpadu imperium. W 2018 roku Dominika i Sebastian Kulczykowie poinformowali o podziale spadku, zaplanowanym wcześniej przez samego Jana Kulczyka. Majątek wyceniano wtedy na około 14 miliardów złotych.

Sebastian przejął Ciech, Autostradę Wielkopolską, Polenergię, Serinus Energy, udziały w koncernie piwowarskim i kopalnie złota w Namibii. Dominika wzięła część wycenianą na 4,5 miliarda złotych w gotówce, a około jedna trzecia majątku pozostała wspólna jako zabezpieczenie dla kolejnych pokoleń. Z czasem Polenergia trafiła do Dominiki Kulczyk, a w 2023 roku Sebastian sprzedał udziały w spółkach autostradowych. Cały majątek Kulczyka zbudowany był na jego osobistej zdolności bycia pomostem między państwem a kapitałem.

Ten model nie dawał się przekazać, bo nie można odziedziczyć numeru telefonu do ministra. Spadkobiercy przekształcili więc majątek oparty na relacjach w majątek oparty na aktywach: fundusz, technologie, energię odnawialną. Z perspektywy Jana Kulczyka to był ostateczny sukces jego planu: zbudował strukturę, która przestała potrzebować jego samego, jego relacji, nazwiska i przeszłości. Kto więc naprawdę rządził Polską w latach dziewięćdziesiątych?

Nie Jan Kulczyk. Nie mógł uchwalić ustawy, zmienić stawek ani podpisać koncesji. Robili to ludzie, których wybierano, i urzędnicy, którym płacono pensje. On zajmował puste miejsce między państwem, które chciało sprzedać, a kapitałem, który chciał kupić.

Państwo nie umiało wycenić własnego majątku, kapitał nie rozumiał kraju, a polityk potrzebował kogoś, kogo mógł pokazać wyborcom jako dowód, że nie sprzedał wszystkiego obcym. Puste miejsca w gospodarce nigdy nie zostają puste. We wszystkich tych sprawach zawinił nie spryt jednej strony, ale brak drugiej. W każdej transakcji ktoś reprezentował interes prywatny kompetentnie, z doradcami i prognozą finansową, a interes publiczny reprezentował ktoś, kto nie miał ani tych narzędzi, ani czasu, ani czasem motywacji.

Gdyby usunąć z tej historii Kulczyka, na jego miejscu stanąłby ktoś inny, bo to nie była wada charakteru jednego człowieka, ale konstrukcja państwa. Gdzieś istnieje albo już nie istnieje teczka operacji Quoda, której nikt nigdy nie opublikował. Nie wiadomo, czy się powiodła, ani kim był człowiek, który jadał z Kulczykami kolacje i pisał o nich raporty jako Koryn. Ale do zrozumienia drugiej połowy tej historii nigdy nie były potrzebne tajne akta.

Wystarczyły komunikat ministerstwa, raport Najwyższej Izby Kontroli i wyrok sądu w Luksemburgu. Wszystko było jawne, wszystko było dostępne. Nikt tylko tego nie czytał.