Płaszów, 1943 rok. Każdy poranek zaczynał się tak samo. Komendant obozu wychodzi na balkon swojej willi. W dłoni trzyma sztucer. Metaliczny szczęk zam…

Płaszów, 1943 rok. Każdy poranek zaczynał się tak samo. Komendant obozu wychodzi na balkon swojej willi. W dłoni trzyma sztucer. Metaliczny szczęk zam...

Wrzesień 1944 roku. Amon Göth, komendant obozu koncentracyjnego Płaszów, zostaje aresztowany nie przez aliantów, lecz przez własną formację. Żandarmeria SS stawia mu zarzuty. Nie chodzi o osiem tysięcy zabitych więźniów, których śmierć obciążała jego konto.

Thumbnail

System nazistowski uznawał eksterminację Żydów za legalną politykę państwa. Götha oskarżono o coś znacznie gorszego w oczach Berlina: o kradzież mienia ofiar, handel na czarnym rynku i łamanie biurokratycznych procedur. Morderca był dla własnego systemu jedynie nieuczciwym księgowym. Droga Götha do władzy absolutnej rozpoczęła się na długo przed wojną.

Urodzony w 1908 roku w zamożnej rodzinie wydawców, wychowywał się w cieniu upadku cesarstwa. Traktaty wersalski i trianoński pozbawiły Austrię surowców i rynków, a Wiedeń stał się stolicą pokolenia żywiącego się upokorzeniem. W 1931 roku, mając dwadzieścia trzy lata, Göth wstąpił do zakazanej wówczas w Austrii partii nazistowskiej. Organizował tajne komórki, podkładał ładunki, uprawiał polityczną przemoc.

Gdy służby uderzyły w środowiska nazistowskie, uciekł do Niemiec, gdzie SS pod wodzą Heinricha Himmlera przekształciło się w kręgosłup państwa. Po Anschlussie wrócił do Wiednia jako triumfator. Nie był ideologiem ani teoretykiem rasowym. Cechowała go wyłącznie brutalna, ślepa skuteczność, która czyniła z niego idealne narzędzie do zadań, jakich inni unikali.

W lutym 1943 roku Göth objął komendę nad Płaszowem, obozem budowanym pod Krakowem na terenie dwóch żydowskich cmentarzy. Koparki wyrywały macewy z ziemi, a rozbite nagrobki posłużyły do budowy fundamentów baraków. Obóz powstał jako element operacji Reinhard, przemysłowego planu zagłady polskich Żydów, którego trzy główne ośrodki – Treblinka, Sobibór i Bełżec – pochłonęły ponad półtora miliona istnień. Płaszów stał się kluczowym węzłem logistycznym Generalnego Gubernatorstwa.

Przeszło przez niego około stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, a w szczytowych momentach przebywało w nim jednocześnie dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Stąd wagony ruszały dalej, głównie do komór gazowych Auschwitz. Göth odrzucił jednak dystans biurokratyczny typowy dla innych komendantów. Nie chciał raportów o egzekucjach.

Chciał widzieć agonię. Każdy poranek zaczynał się tak samo. Wychodził na balkon swojej willi, położonej na wzniesieniu nad placem apelowym. Służąca podawała kawę, a komendant opierał sztucer o balustradę.

Metaliczny szczęk zamka rozrywał ciszę. Wybierał ofiarę wśród więźniów idących do pracy, wstrzymywał oddech i strzelał. Ciało upadało na ziemię jak worek piasku, a celownik wędrował dalej. Nikt nie mógł pomóc rannemu, bo pomoc oznaczała natychmiastową egzekucję.

Reszta bloku stała w absolutnym bezruchu, patrząc na stygnące ciało, którego nie wolno było dotknąć. Ponad dwumetrowy wzrost czynił z Götha fizyczne zagrożenie, zanim jeszcze oddał strzał. Więźniowie żyli w permanentnym paraliżu. Nieprzewidywalność była metodą zarządzania.

Jeden ginął za zbyt wolne poruszanie się, drugi za to, że biegł zbyt szybko. Göth wyciągał z tłumu ludzi bez powodu. Zastrzelił mężczyznę, bo był zbyt wysoki, a potem oddał na niego mocz. Gdy wyniszczony głodem więzień nie opanował biegunki i zjadł własne odchody, komendant dobił go strzałem w tył głowy.

Wykorzystywał też psy, które tresował do rozszarpywania ludzi. Gdy zwierzęta przywiązały się bardziej do żydowskiego opiekuna niż do właściciela, Göth uznał to za zdradę ideologiczną i zastrzelił więźnia na miejscu. W gabinecie komendanta ofiary wieszano na hakach rzeźniczych głową w dół i szczuto psami. Bicie miało swoje protokoły, a pomyłka w odliczaniu uderzeń oznaczała powrót do zera.

W sierpniu 1943 roku Göth sformalizował terror, wprowadzając system decymacji. Gdy więzień uciekł, jego grupa formowała szereg i rozpoczynało się głośne odliczanie. Dziesiąty występował z szyku i kat strzelał natychmiast. Matematyka gwarantowała dziesięć procent śmiertelności przy każdym incydencie, niszcząc solidarność i jakąkolwiek strategię przetrwania.

Publicznie powieszono szesnastoletniego więźnia, który śpiewał rosyjską pieśń. Inżynier zawisł za komentarze pod adresem strażników. Göth osobiście nadzorował likwidację gett. W Krakowie, w marcu 1943 roku, wszedł między kamienice z pistoletem i batem.

Zabijał za wolny krok, za starość, bez powodu. Dzieci klasyfikowano jako jednostki nieprodukcyjne o zerowej wartości. Dokumenty potwierdziły, że komendant osobiście zastrzelił około pięćdziesięcioro małych dzieci, oddzielając je od rodziców. We wrześniu 1943 roku w Tarnowie, w ciągu jednego poranka, jego ludzie posortowali osiem tysięcy ludzi według kategorii produkcyjnych.

Göth osobiście zastrzelił wówczas od trzydziestu do dziewięćdziesięciu kobiet i dzieci. Dziesięć tysięcy osób wywieziono do Płaszowa, cztery tysiące do Auschwitz, a podróż przeżyło mniej niż połowa. W 1944 roku, podczas akcji sanitarnej, tysiące nagich więźniów przesuwało się przed komisją w rytm wiedeńskich walców Straussa. Tysiąc czterysta osób wysłano do Auschwitz, a tysiąc sto uduszono na hakach w obozowym krematorium.

System pozwalał Göthowi zabijać, ale nie pozwalał mu kraść. Mienie zamordowanych Żydów należało prawnie do Rzeszy. Göth ignorował przepisy, przejmując meble, futra, biżuterię i alkohol. Część łupów trafiała na czarny rynek, reszta do Brnilica, gdzie w luksusie finansowanym z majątku po zmarłych mieszkała jego kochanka.

W lipcu 1946 roku Amerykanie przekazali Götha stronie polskiej. Najwyższy Trybunał Narodowy postawił mu pięć zarzutów: zabijanie więźniów przez bicie i szczucie psami, udział w likwidacji gett w Krakowie i Tarnowie, likwidację obozu w Szebniach oraz grabież mienia. Obrona opierała się na twierdzeniu, że Göth jedynie wykonywał rozkazy. Trybunał odrzucił tę linię, wskazując, że żaden rozkaz nie nakazywał strzelania do ludzi z balkonu ani szczucia psami.

Wyrok zapadł 5 września 1946 roku. Göth został uznany winnym morderstwa, co pozbawiło go ochrony wynikającej ze statusu jeńca wojennego. Karą była śmierć przez powieszenie. Egzekucję zaplanowano w więzieniu Montelupich w Krakowie.

Dostęp ograniczono do stu oficjalnych osób. Niemieccy jeńcy wojenni zbudowali szubienicę. Skazany poprosił o kawę, a następnie o kapłana. Szedł na szafot z nienaturalnym spokojem, z głową uniesioną wysoko.

Gdy stanął na podest, samodzielnie poprawił pętlę na szyi. Kat wybił oparcie, ale lina była zbyt długa. Göth dotknął stopami ziemi i żył. Kat podciągnął ciało i spróbował ponownie.

Mechanizm znów zawiódł. Dopiero trzecia próba, po skróceniu liny, zamknęła proces. Lekarz stwierdził zgon o dziesiątej dwadzieścia jeden, trzynaście minut po wejściu na taboret. Człowiek, który przez lata doprowadzał do perfekcji systemowe zabijanie, umierał w sposób niezdarny i rozwleczony.

Ciało spalono, a prochy rozrzucono nad Wisłą. Nie pozostał po nim żaden grób ani fizyczny punkt odniesienia. Göth pozostałby prawdopodobnie anonimową postacią w archiwach, gdyby nie przypadek. W 1980 roku australijski pisarz Thomas Keneally wszedł do sklepu z galanterią skórzaną w Beverly Hills, gdzie za ladą stał Leopold Pfefferberg, ocalały z Płaszowa.

Pfefferberg przez trzydzieści pięć lat szukał kogoś, kto opisze historię jego wybawcy Oskara Schindlera. Tak powstała książka, która w 1993 roku stała się filmem Stevena Spielberga. Ralpha Fiennesa obsadzono w roli Götha, a aktor przybrał trzynaście kilogramów, by upodobnić się do komendanta. Podczas zdjęć plan odwiedziła ocalała więźniarka.

Na widok aktora w mundurze SS zaczęła się niekontrolowanie trząść. Ciało rozpoznało oprawcę po pół wieku. Film zdobył siedem Oscarów i uczynił z Götha pierwszą na liście Amerykańskiego Instytutu Filmowego postać złoczyńcy opartą na autentycznej osobie.

Dzięki niemu miliony widzów na świecie poznały twarz człowieka, który dla swojego systemu był jedynie nieuczciwym księgowym.