Holendrzy przetrwali pięcioletnią okupację, głód i bombardowania. Ale gdy wojna wreszcie się skończyła, na ulicach holenderskich miast zaczęło się coś…

Holendrzy przetrwali pięcioletnią okupację, głód i bombardowania. Ale gdy wojna wreszcie się skończyła, na ulicach holenderskich miast zaczęło się coś...

W wyniku wojny Holandia utraciła około jednej trzeciej majątku narodowego. Do strat zaliczano nie tylko zniszczone pola i fabryki, lecz także tysiące domów i mieszkań. Choć skali zniszczeń nie można było porównywać z Europą środkowo-wschodnią, wielu historyków uznaje, że pod względem strat materialnych i ludzkich to właśnie Holandia była najbardziej doświadczonym krajem zachodniej Europy. W 1945 roku ludność kraju zmniejszyła się o około dwieście tysięcy osób – tyle właśnie osób zginęło podczas wojny.

Thumbnail

Połowę tej liczby stanowiła społeczność żydowska. Od dwudziestu do trzydziestu tysięcy ludzi zginęło w wyniku bombardowań z obu stron, także alianckich. Jeszcze w marcu 1945 roku alianci zbombardowali jedną z dzielnic Hagi, myląc ją z terenami, na których znajdowały się wyrzutnie rakiet V2. Liczbę zabitych członków holenderskiego ruchu oporu szacowano na kilkadziesiąt tysięcy.

Wielu zginęło w obozach, więzieniach lub podczas robót przymusowych. Poważne straty Holandia poniosła też w żegludze – utracono większość z ponad ośmiuset statków, a śmierć poniosło wielu marynarzy. Holenderski przemysł po wojnie produkował ledwie połowę tego, co przed 1939 rokiem. Władze Holandii, w porozumieniu z aliantami, planowały nawet aneksję części terytorium Niemiec w ramach rekompensaty, z takimi miastami jak Kolonia czy Akwizgran.

Autorski plan inżyniera budowlanego Fritza Bakkera Schuta nigdy jednak nie wszedł w życie. Zamiast tego Holandii przydzielono obszar o wielkości prawie siedemdziesięciu kilometrów kwadratowych, ale w 1960 roku wrócił on niemal w całości w granice RFN, a na mocy nowego układu Niemcy wypłacili Holandii odszkodowanie w wysokości dwustu osiemdziesięciu milionów marek. Holenderscy żołnierze nie brali zbyt aktywnego udziału w wyzwalaniu własnego kraju. Jedną z największych jednostek walczących u boku aliantów była Brygada imienia Księżniczki Ireny, w skład której wchodziło około pół tysiąca ludzi, głównie emigrantów, którzy opuścili Holandię w 1940 roku.

Za wolność Holendrów ginęli więc przede wszystkim inni – Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, a wreszcie Polacy. Wszyscy oni mają dziś w Holandii swoje miejsca pamięci. Wraz z końcem wojny rozpoczęło się rozliczenie kolaborantów. Z tamtych dni zachowało się wiele intrygujących i brutalnych fotografii przedstawiających masowe upokarzanie wszystkich, którzy współpracowali z Niemcami lub choćby byli o taką współpracę podejrzewani.

Najbardziej znęcano się nad tak zwanymi moffenmeiden, czyli kobietami lekkich obyczajów, które utrzymywały kontakty towarzyskie, seksualne czy polityczne z Niemcami. Zakładano, że wszystkie jawnie sprzyjały okupantowi. Nierzadko znęcano się nad kobietami w oparciu o niesprawdzone informacje. Kobiety były publicznie molestowane, a te, które trafiły do obozów internowania, doświadczały dalszych upokorzeń.

Na ulicach holenderskich miast golono im głowy lub farbowano włosy na pomarańczowo, zmuszano do upokarzających marszów, opluwano, rysowano im swastyki na czołach. Wiele z tych kobiet cierpiało nie ze swojej winy. Nikt nie brał pod uwagę ich skrajnie trudnej sytuacji materialnej ani tego, że część z nich była do kontaktów seksualnych zmuszana, a inne robiły to, pomagając w ten sposób rodzinom. Wystarczyło, że ktoś widział kobietę rozmawiającą z Niemcem, by stała się podstawą do oskarżenia.

Nie można też wykluczać motywów osobistych. Pod szyldem kolaboracji seksualnej do jednego worka wrzucono około stu czterdziestu tysięcy dziewcząt. Masowy samosąd tłumu nie brał pod uwagę okoliczności łagodzących i chętnie dawał upust swojej złości, wyżywając się na kolaborantkach i tych, które o kolaborację podejrzewano. Kolaboracja seksualna uchodziła bowiem za najgorszą formę współpracy z wrogiem.

Zjawisko zemsty wymknęło się jednak spod kontroli – był to masowy, brutalny pogrom. Obok kolaboracji i wyzysku kolonialnego stanowi on czarną kartę w historii Holandii XX wieku. Późniejsze badania historyków dowiodły, że obok sporej liczby rzeczywistych kolaborantek były też kobiety, które najzwyczajniej naiwnie zakochiwały się w niemieckich żołnierzach, a nawet rodziły im dzieci. Motywy tych młodych dziewcząt nie miały podłoża politycznego.

Z czasem zaczęto je rehabilitować, a część z nich po latach udzielała wywiadów historykom i dziennikarzom. Jednym ze skutków wojny była także utrata Holenderskich Indii Wschodnich. Holendrzy nie uznali proklamacji niepodległości Indonezji z sierpnia 1945 roku. Już rok później Jawa i Sumatra znalazły się ponownie pod holenderską kontrolą, ale dominacji kolonialnej sprzed wojny nie dało się już utrzymać.

Przez kilka lat organizowano konferencje holendersko-indonezyjskie w sprawie nowego statusu regionu, nie brakowało też zmagań wojennych, na które reagować musiała Rada Bezpieczeństwa ONZ. Przełom nastąpił w 1949 roku podczas konferencji w Hadze, gdy zagwarantowano częściową niepodległość tak zwanym Stanom Zjednoczonym Indonezji, których głową państwa nadal miała być królowa Holandii. Holendrzy w Indonezji nadal wzniecali jednak bunty i powstania. W 1954 roku Indonezja zerwała unię personalną z Holandią, a napięte stosunki trwały do 1962 roku.

Wtedy to Holandia, pozbawiona wsparcia Stanów Zjednoczonych, zrezygnowała z ostatnich posiadłości kolonialnych i przekazała je Indonezji. Wielu Holendrów wróciło do Europy. Dziewięć lat później Indonezję odwiedziła królowa Juliana, co stało się symbolicznym końcem wieloletniego sporu. Skala publicznych samosądów nie szła w parze z sądowymi wyrokami śmierci nad kolaborantami.

Na śmierć skazano osiemnaście osób, z czego wyroki wykonano na pięciu. W kraju było jednak znacznie więcej kolaborantów niż kilkunastu polityków – liczba ta sięgała dziesiątek tysięcy ludzi aktywnie zaangażowanych we współpracę z okupantem. Wojenne holenderskie sądy stanęły przed dylematem moralnym, ponieważ nawet policja i sądownictwo były zamieszane w kolaborację. Władza sądownicza musiałaby więc w znacznej mierze osądzić samą siebie.

W potoku powojennych problemów i wobec ogromnej skali zjawiska rozprawy sądowe zaczęto lekceważyć. Większość kolaborantów nawet nie stanęła przed sądem. Wielu internowano, by następnie ich uwolnić. Łagodne wyroki wydano wobec około czterdziestu tysięcy osób, ale w kraju zapanowała atmosfera miłosierdzia i pojednania narodowego, dlatego w wielu przypadkach nie było praktycznie żadnej kary.

W późniejszych latach odżywały sprawy dawnych kolaborantów, głównie służących w SS, a media czasem je nagłaśniały, trudno jednak mówić o prawdziwym rozliczeniu. Królowa Wilhelmina, witana niczym symbol zwycięstwa, wróciła do kraju w 1945 roku. Trzy lata później, w obliczu napięć z Indonezją oraz z powodów zdrowotnych, zdecydowała się abdykować na rzecz córki Juliany. W 1960 roku opublikowała wspomnienia, a zmarła dwa lata później.

Juliana w chwili wstąpienia na tron miała czterdzieści jeden lat. Holendrzy ją uwielbiali, choć od czasu do czasu przypominała się przeszłość jej męża, niemieckiego arystokraty Bernharda. Uwielbienie dla Juliany zostało wystawione na poważną próbę w latach pięćdziesiątych, gdy przy królowej pojawiła się samozwańcza uzdrowicielka Greet Hofmans, która miała wyleczyć ze ślepoty jedną z córek królowej. Problemy zaczęły się, gdy Hofmans, zdobywszy zaufanie nowej królowej, zaczęła wtrącać się do polityki i przekonywać Julianę do koncepcji skrajnie pacyfistycznych.

Znachorka omal nie rozbiła małżeństwa Juliany z Bernhardem, potrafiąc nastawiać na dworze jednych przeciwko drugim. Światowe media okrzyknęły ją holenderską Rasputinem. Z dworu usunięto ją dopiero po ingerencji rządu, gdy sprawa stała się medialna i zaczęła nosić znamiona skandalu. Niesmak jednak pozostał, a historycy i dziennikarze do dziś wracają do tej historii.

Juliana panowała do 1980 roku, gdy abdykowała na rzecz najstarszej córki Beatrycze. Zmarła w 2004 roku, krótko przed swoimi dziewięćdziesiątymi piątymi urodzinami. W tym samym roku zmarł jej mąż Bernhard. Inaczej potoczyły się losy trzech premierów.

Hendrikus Colijn, który w przededniu wojny stracił urząd, początkowo zachęcał Holendrów do współpracy z Niemcami. Jego postawa zmieniła się w 1941 roku, gdy być może uznał, że Niemcy nie będą w stanie wygrać wojny walcząc na dwóch frontach. Za wspieranie ruchu oporu i kontakty z Brytyjczykami wywieziono go do Niemiec, gdzie był więziony i internowany. Colijn nie doczekał końca wojny – zmarł w niewoli niemieckiej w 1944 roku.

Wojnę przeżył natomiast Dirk Jan de Geer, premier, który objął stanowisko niemal równo z wybuchem wojny. Odwołany ze stanowiska i okrzyknięty zdrajcą przez królową Wilhelminę, po opuszczeniu Londynu wrócił do Holandii i nakłaniał do kolaboracji. Po wojnie de Geer był pogardzany i oskarżany o brak honoru. W 1947 roku sąd skazał go na rok więzienia w zawieszeniu – karę symboliczną.

De Geer żył przez kolejne lata w pogardzie i zapomnieniu, zmarł w 1960 roku w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat. Ostatni z premierów, Pieter Gerbrandy, który został szefem rządu po ucieczce de Geera, cieszył się zaufaniem królowej do końca wojny. Po zakończeniu konfliktu próbował odnaleźć się w polityce, ale bez większych sukcesów. Jeszcze w 1945 roku podał się do dymisji i skupił na działalności prawniczej.

Później zasiadał w parlamencie i był nawet członkiem komisji badającej sprawę Greet Hofmans. Stanowczo sprzeciwiał się niepodległości Indonezji, ale wiek robił swoje i wycofał się z działalności publicznej. Zmarł w Hadze w 1961 roku. Henri Winkelman, jeden z dowódców obrony Holandii w 1940 roku, został internowany przez Niemców po tak zwanym dniu goździka, gdy odmówił złożenia przysięgi na honor, że nie będzie przeciwstawiał się Niemcom.

Za tę postawę resztę wojny spędził w niemieckiej niewoli. Po wojnie odszedł ze służby, pozostał jednak doradcą wojskowym oraz autorytetem w dziedzinie nadawania niektórych państwowych odznaczeń. Zmarł siedem lat po wojnie. Arthur Seyss-Inquart, najważniejszy niemiecki dygnitarz nadzorujący okupację Holandii, odpowiadał za terror wobec ludności cywilnej, deportacje Żydów oraz wywożenie Holendrów do przymusowych prac w Niemczech.

Podczas procesu norymberskiego, za zbrodnie w Polsce i Holandii, został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano 16 października 1946 roku. Podobnie potoczyły się losy jego konkurenta Hansa Rautera, który spacyfikował strajk w Amsterdamie w 1941 roku i odpowiadał za stosowanie terroru w Holandii. Po wojnie trafił przed oblicze holenderskiego sądu w Hadze i został skazany na rozstrzelanie.

Egzekucję wykonano w marcu 1949 roku. Najważniejszym z kolaborantów był Anton Mussert. Aresztowano go w Hadze 7 maja 1945 roku w biurze partii NSB, a zdarzenie to uwieczniono na fotografii. Krótko później stanął przed specjalnym trybunałem w Hadze.

Wyrok mógł być tylko jeden – za zdradę stanu oraz aktywną współpracę z okupantem skazano go na śmierć. Królowa Wilhelmina nie przychyliła się do prośby o ułaskawienie. Musserta rozstrzelano w jednej z miejscowości pod Hagą, gdzie wcześniej wykonywano wyroki na członkach ruchu oporu, na trzy dni przed jego pięćdziesiątymi drugimi urodzinami. Dziś Mussert pozostaje jedną z najbardziej intrygujących postaci w historii Holandii.

Historycy poświęcili mu kilka książek, a jego postać często wraca na łamy mediów. Niektórzy próbują umniejszać jego zaangażowanie po stronie Niemców, argumentując, że nie należał do grona fanatycznych antysemitów i że potrafił sprzeciwiać się Niemcom, chcąc utrzymać Holandię poza granicami Rzeszy. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie on pozostał symbolem holenderskiej kolaboracji. Inaczej potoczyły się losy jego konkurenta w NSB, Rosta van Tonningen.

Jeszcze w 1944 roku wstąpił do Waffen-SS, a później do jednostki Landstorm Nederland. 8 maja 1945 roku schwytali go żołnierze kanadyjscy. Trafił do więzienia pod Hagą, ale procesu się nie doczekał – popełnił samobójstwo niecały miesiąc po aresztowaniu. Jego żona, Florentine Rost van Tonningen, zyskała miano babci holenderskich nazistów.

Losy ostatniego z kolaborantów, pierwszego dowódcy holenderskiego SS Johannesa Feldmeijera, także zasługują na uwagę. W 1943 roku Niemcy chcieli nim zastąpić coraz bardziej krnąbrnego Musserta, który nie poparł integrowania Holandii z Wielką Rzeszą. Feldmeijer lubił wygłaszać płomienne żołnierskie mowy, a niektóre teksty publikował na łamach tygodnika Storm, czasopisma wydawanego dla holenderskich esesmanów. W 1945 roku został wyznaczony na dowódcę jednostki Landstorm Nederland, ale w praktyce funkcji tej nie zdążył objąć.

W drodze na front alianci ostrzelali jego samochód, w wyniku czego holenderski kolaborant zginął na miejscu.