Najbogatszy Polak swoich czasów przez lata powtarzał w wywiadach jedno zdanie: że pierwszy milion na własny biznes dostał od ojca. Ta formuła brzmi jak zakończenie historii – bogaty ojciec, bogaty syn, sprawa zamknięta. Tyle że to zdanie jest jak zasłona, bo milion od ojca właściwie niczego nie wyjaśnia. Nie tłumaczy, jak w kraju, gdzie prywatny biznes budził podejrzenia, można było legalnie handlować z Zachodem.

Nie tłumaczy, dlaczego pierwszą wielką umową w wolnej Polsce była sprzedaż samochodów policji i nowo powstałym służbom specjalnym. I przede wszystkim nie tłumaczy jednej fotografii. Rok 2000. Na zdjęciu trzej mężczyźni: minister skarbu państwa, prezes jednego z największych koncernów telekomunikacyjnych Europy i on – doktor prawa międzynarodowego z Poznania, który ćwierć wieku wcześniej siedział w bibliotece, pisząc pracę o traktacie między dwoma państwami niemieckimi.
Jak człowiek od niemieckich traktatów znalazł się przy stole, przy którym zapadała decyzja o jednej z największych i najbardziej kontrowersyjnych prywatyzacji w historii Polski? Wokół Jana Kulczyka narosło tyle legend, zarówno złotych, jak i ciemnych, że prawdziwa historia gdzieś pod nimi zniknęła. W tej historii powracają trzy kluczowe elementy. Pierwszy to jedno słowo: Niemcy.
Drugi to nazwa pewnej instytucji: Urząd Ochrony Państwa. Trzeci to formuła, która brzmi niewinnie, wręcz patriotycznie: polski kapitał. Każdy z tych elementów wraca w najmniej oczekiwanym momencie. A na końcu pojawia się pytanie o to, kiedy dokładnie pojawił się pierwszy miliard.
Odpowiedź jest zupełnie inna, niż się wydaje – to nie był dzień, w którym ktoś otworzył wyciąg bankowy i policzył zera. Jan Jerzy Kulczyk urodził się 24 czerwca 1950 roku w Bydgoszczy. Data ta ma znaczenie symboliczne. To Polska w środku ery stalinowskiej, kilka lat po “bitwie o handel”, która oznaczała zdławienie prywatnych sklepów i warsztatów.
Kilka miesięcy po narodzinach chłopca państwo przeprowadziło reformę walutową, która dla wielu rodzin oznaczała utratę znacznej części oszczędności. Lekcja była jasna: pieniądz nie jest bezpieczny, a państwo może zabrać wszystko jednym aktem. Pół wieku później ten sam człowiek będzie kupował od państwa rzeczy, które nie będą już drobiazgami. Rodzina Kulczyków miała jednak coś, czego nie miała większość polskich rodzin: Henryka.
Ojciec Jana zbudował swoją pozycję po drugiej stronie żelaznej kurtyny, w Republice Federalnej Niemiec. Nie był zwykłym emigrantem. Henryk Kulczyk stał się jednym z czołowych działaczy gospodarczych polonii, przewodniczył Komitetowi Współpracy Gospodarczej Polonii Zagranicznej i założył Towarzystwo Popierania Kontaktów Gospodarczych z Polską Rzeczpospolitą Ludową. To nazwa, którą warto przeczytać dwa razy: stowarzyszenie wspierające kontakty z krajem komunistycznym, założone przez kapitalistę mieszkającego na Zachodzie.
To nie paradoks, tylko most między dwoma światami, które oficjalnie się nienawidziły, ale nieoficjalnie bardzo siebie potrzebowały. Zachód potrzebował rynków zbytu i taniej produkcji, PRL potrzebowała dewiz, technologii i towarów, których sama nie wytworzyła. Henryk Kulczyk znał oba brzegi. O dzieciństwie Jana Kulczyka wiadomo niewiele.
Uczył się w bydgoskim VI Liceum Ogólnokształcącym im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich, egzamin dojrzałości zdał w 1968 roku. Wybrał studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a dodatkowo ukończył handel zagraniczny na poznańskiej Akademii Ekonomicznej.
W PRL prawo było jedną z niewielu dziedzin otwierających drogę do kariery poza taśmą fabryczną i aparatem partyjnym, a handel zagraniczny należał do sektora całkowicie kontrolowanego przez państwo. Połączenie obu tych kierunków dawało coś, czego nie miał prawie nikt: zrozumienie przepisów lepsze niż urzędnik po drugiej stronie biurka oraz wiedzę o tym, jak funkcjonuje wymiana z Zachodem. W 1975 roku Kulczyk obronił doktorat z nauk politycznych i prawa międzynarodowego. Temat rozprawy: traktat o podstawach stosunków między NRD a RFN z 21 grudnia 1972 roku.
Promotorem był profesor Alfons Klafkowski, jeden z najwybitniejszych polskich ekspertów prawa międzynarodowego. Dla Polski ten temat nie był akademicką ciekawostką: dwa lata wcześniej PRL i RFN podpisały układ w Warszawie, w którym Bonn uznało granicę na Odrze i Nysie. Kto rozumiał niemieckie prawo i niemiecką politykę, rozumiał jeden z najważniejszych kierunków, w którym patrzyła Warszawa. Potem Kulczyk prowadził badania w Instytucie Zachodnim w Poznaniu, zajmując się tematyką niemiecką.
W międzyczasie ułożyło się jego życie prywatne: na początku lat 70. ożenił się z Grażyną, również prawniczką, która później sama stała się jedną z najsłynniejszych polskich bizneswoman i kolekcjonerek sztuki. W 1977 roku urodziła się ich córka Dominika, kilka lat później syn Sebastian. Gdyby historia skończyła się w tym miejscu, mielibyśmy biografię szanowanego poznańskiego intelektualisty, ale pensja pracownika naukowego w PRL nie była drogą do fortuny.
Na przełomie lat 70. i 80. w polskim prawie pojawiła się jednak szpara – mała, prawie niewidoczna dla zwykłego obywatela, ale przez nią przeszło całe pokolenie przyszłych milionerów. Władze, szukając pieniędzy na spłatę narastających długów zaciągniętych w latach rządów Gierka, pozwoliły na utworzenie w Polsce przedsiębiorstw z udziałem kapitału zagranicznego, zakładanych głównie przez Polonię.
Tak narodziły się firmy polonijne: prywatne spółki w kraju oficjalnie budującym socjalizm, których właściciele mieszkali na Zachodzie, a które miały przynosić dewizy i brakujące na rynku towary. Kto był idealnym kandydatem do założenia takiej firmy? Henryk Kulczyk, czołowy działacz gospodarczy polonii z RFN. A kto był idealnym człowiekiem na miejscu, w Polsce?
Ktoś, kto zna przepisy lepiej niż urzędnicy, kto rozumie handel zagraniczny i komu ojciec ufa bezgranicznie: syn, doktor prawa. Na początku lat 80. Jan Kulczyk założył jedną z pierwszych spółek joint venture w Polsce, a następnie Intercoolpol. Źródła różnią się co do dokładnej daty: jedne podają rok 1981, inne 1982.
Firma zajmowała się imporem wyrobów chemicznych, eksportem materiałów budowlanych, handlem środkami czystości – w tym słynnym płynem do mycia rąk BHP – a także drewnianymi domkami letniskowymi i akumulatorami samochodowymi. Ta lista brzmi jak przypadkowy asortyment, ale to był sens tej działalności: w gospodarce niedoboru biznesu nie budowało się wokół jednego genialnego produktu, tylko wokół dostępu. Kto miał pozwolenia, kontakty i dewizy, mógł handlować wszystkim, czego aktualnie brakowało. A w PRL brakowało prawie wszystkiego.
Nad firmami polonijnymi czuwała Polsko-Polonia Izba Przemysłowo-Handlowa Interpolcom. Jan i Henryk Kulczyk zasiadali w jej władzach, a Jan z czasem zastąpił ojca i został prezesem. Dziennikarze, którzy latami analizowali listy osób związanych z Izbą, zauważyli coś uderzającego: nazwiska przedsiębiorców, którzy w latach 80. zakładali firmy polonijne, w dużej mierze pokrywają się z listą najbogatszych Polaków kolejnych dekad.
Ryszard Krauze, Jerzy Starak, Zbigniew Niemczycki, Jan Wejchert – niemal cała późniejsza elita biznesowa III Rzeczpospolitej przeszła przez ten sam świat. Jedni widzą w firmach polonijnych pierwszą szkołę wolnego rynku, inni system kontrolowany przez władze, w którym przyszłe fortuny rodziły się za ich zgodą. Tak czy inaczej, kto był w tym świecie w latach 80. , startował w wyścigu lat 90.
z wyraźną przewagą. Jan Kulczyk rzeczywiście powtarzał w wywiadach, że pierwszy milion na własny biznes dostał od ojca. W niektórych publikacjach pojawia się informacja, że chodziło o dolary, ale jaka dokładnie to była suma, w jakiej walucie i formie – tego w publicznie dostępnych dokumentach nie znajdziemy. To legenda założycielska.
Ale najciekawsze jest co innego: nawet gdyby to był milion dolarów, nie był to najcenniejszy dar ojca. W PRL pieniądze bez pozwolenia były prawie bezużyteczne. Henryk Kulczyk dał synowi trzy rzeczy naraz: kapitał, status zagranicznego partnera, bez którego nie można było założyć firmy polonijnej, oraz kontakty – znajomości budowane przez dekady po obu stronach żelaznej kurtyny. Milion można wydać w rok.
Sieci kontaktów nie można wydać. Rok 1988. Polska jest wyczerpana strajkami, sklepy świecą pustkami, inflacja zjada pensje. W grudniu Sejm uchwala ustawę o działalności gospodarczej, nazywaną od nazwiska ministra przemysłu ustawą Wilczka, która wchodzi w życie na początku 1989 roku.
Jej duch można streścić w jednym zdaniu: co nie jest zabronione, jest dozwolone. I właśnie w tym roku, jeszcze w PRL, Jan Kulczyk zostaje oficjalnym dealerem Volkswagena w Polsce. W tym momencie zamyka się pierwsza pętla tej historii: ojciec robiący interesy w RFN, doktorat o traktacie między dwoma państwami niemieckimi, praca w instytucie zajmującym się sprawami niemieckimi, lata spędzone na rozumieniu niemieckiego prawa, niemieckiej polityki i niemieckiego sposobu prowadzenia negocjacji – a wszystko to nagle się składa. Największy niemiecki producent samochodów potrzebuje partnera w Polsce, a Kulczyk zostaje tym partnerem.
Firma Kulczyk Tradex z Poznania, założona w 1991 roku, zostaje generalnym importerem Volkswagena i Audi, a od 1996 roku także Porsche. Ten biznes pozostał w rękach Kulczyka przez dwie dekady – dopiero na przełomie 2011 i 2012 roku grupa Volkswagen odkupiła go od niego, a media szacowały wartość transakcji na około 700 milionów złotych. Dealerstwo oznaczało też jednak coś więcej niż sprzedaż: stały kontakt z niemiecką centralą, jej standardami, raportami i procedurami. Kulczyk uczył się od środka, jak myśli wielka zachodnia korporacja.
Ta wiedza okazała się bezcenna kilka lat później. Prawdziwym przełomem było jednak zdobycie klienta większego niż wszyscy prywatni kierowcy razem wzięci. W 1990 roku w wolnej już Polsce rozwiązano Służbę Bezpieczeństwa, a na jej miejsce powołano Urząd Ochrony Państwa. Nowe państwo potrzebowało wszystkiego – także samochodów.
W 1991 roku zapadła decyzja o zamówieniu 3000 aut dla policji i UOP. Wartość kontraktu, liczona w złotych po denominacji z 1995 roku, szacowana jest na około 150 milionów złotych. To była pierwsza wielka umowa Kulczyka w III Rzeczpospolitej i od razu pierwszy poważny temat do kontrowersji. Krytycy od lat podkreślają, że auta trafiły do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych bez przetargu.
Część publikacji wspomina jednak o przetargu wygranym przez firmę Kulczyka, a procedura ta dzisiaj trudna jest do jednoznacznego ustalenia. Trzeba też dodać, że w 1991 roku w Polsce nie było jeszcze ustawy o zamówieniach publicznych – pierwsza powstała dopiero w 1994 roku. Brak przetargu mógł oznaczać nadużycie albo zwykły fakt, że nikt jeszcze nie spisał zasad. W tej szarej strefie wygrywali ci, którzy stali najbliżej drzwi: wiedzieli, gdzie są pieniądze, kto podejmuje decyzje i jak do nich dotrzeć.
Kulczyk wyciągnął z tego lekcję, która ukształtowała całą jego dalszą drogę: największym klientem w postkomunistycznej Polsce nie jest żaden prywatny kierowca ani prywatna firma. Największym klientem jest państwo. W 1991 roku, tym samym, w którym policja zamówiła samochody, Kulczyk założył spółkę, która stała się sercem jego imperium: Kulczyk Holding. Nazwa mówi wszystko.
Holding nie sprzedaje towarów. Holding jest właścicielem innych firm. To moment, w którym Jan Kulczyk przestaje być handlowcem, a zaczyna być inwestorem. Handlowiec zarabia na marży od każdego sprzedanego auta, musi sprzedawać coraz więcej i ma swój sufit.
Inwestor kupuje udział w czymś, co samo zarabia pieniądze, a potem czeka, aż to coś będzie warte więcej. W Polsce lat 90. do sprzedania było naprawdę wszystko: fabryki, banki, huty, browary, telefony. I tu powstaje problem kluczowy dla zrozumienia wszystkiego, co wydarzyło się później.
Kto miał pieniądze na kupno polskich przedsiębiorstw? Polacy dopiero wychodzili z gospodarki niedoboru, wielkich polskich fortun nie było. Pieniądze mieli inwestorzy zagraniczni, ale społeczeństwo, które właśnie odzyskało suwerenność, patrzyło na wykup polskich zakładów przez obcokrajowców z wielką podejrzliwością. Politycy bali się, że każda sprzedaż obcokrajowcom zostanie im wypomniana w wyborach.
Powstał pat: obcokrajowcy mają pieniądze, ale brakuje im politycznej akceptacji; Polacy mają akceptację, ale brakuje im pieniędzy. Kto mógł odblokować tę sytuację? Ktoś, kto jest Polakiem, zna polskie realia, przepisy i polityków, a jednocześnie od lat robi interesy z Zachodem, mówi językiem zachodnich korporacji i ma ich zaufanie. Tak narodziła się formuła “polski kapitał”.
Najlepiej widać to na przykładzie, który Polacy mają codziennie w lodówkach: piwa. Po 1989 roku polski rynek piwa zmienił się w błyskawicznym tempie, a zachodnie koncerny ruszyły na podbój kraju: Żywiec związał się z Heinekenem, Okocim z Carlsbergiem. Kto nie miał potężnego partnera, ryzykował zniknięcie z rynku. Kulczyk wszedł na ten rynek przez dwa browary.
Pierwszy to poznański Lech – w 1993 roku, gdy ministerstwo decydowało o jego prywatyzacji, większościowym udziałowcem została spółka należąca do Kulczyka. Drugi to Tyskie, jeden z najstarszych browarów w Polsce i Europie. Obok Kulczyka pojawił się zagraniczny gigant – południowoafrykański koncern South African Breweries, który w połowie lat 90. wszedł do Lecha, a w 1996 roku razem z Kulczykiem sięgnął po browar w Tychach.
W 1999 roku połączenie Lecha i Tyskiego stworzyło Kompanię Piwowarską, największego producenta piwa w Polsce. Kontrolę przejął koncern południowoafrykański, a Kulczyk zachował znaczący pakiet – dopiero w 2009 roku zamienił swoje prawie 30 procent udziałów na akcje globalnego koncernu SABMiller warte wówczas ponad miliard dolarów. Krytycy widzą w tym schemacie stały wzorzec: Kulczyk wchodzi do prywatyzacji jako przedstawiciel krajowego kapitału, jego obecność ma gwarantować, że spółka zostanie w polskich rękach, politycy mogą spokojnie mówić wyborcom “nie sprzedajemy obcokrajowcom, sprzedajemy polskiemu przedsiębiorcy”, a gdy emocje opadają, kontrolę przejmuje zagraniczny koncern. Zwolennicy i sam Kulczyk odpowiadali, że polskie browary potrzebowały ogromnych inwestycji, nowoczesnych technologii i zaplecza marketingowego, których w kraju nie było; zagraniczny partner przynosił pieniądze i know-how, a polski zapewniał, że transakcja w ogóle mogła dojść do skutku.
Lech i Tyskie do dziś pozostają najpopularniejszymi markami piwa w Polsce. Kulczyk zmienił jednak swoją pozycję: z ostatniego ogniwa łańcucha, sprzedawcy cudzego produktu, stał się pierwszym ogniwem – tym, bez którego zagraniczny koncern nie może nawet usiąść do rozmów z polskim rządem. Pozycji pośrednika między państwem a globalną korporacją nie da się tak łatwo skopiować. W tej samej dekadzie Kulczyk rozprzestrzeniał swoje inwestycje na zupełnie różne branże.
Pod koniec 1995 roku powstała Polska Telefonia Cyfrowa, przyszły operator sieci Era, z udziałem holdingu Kulczyka na poziomie niespełna 5 procent. Obok, z udziałem ponad czterokrotnie większym, stanął partner, którego można było się spodziewać: niemiecki Deutsche Telekom. Na początku 1996 roku konsorcjum zdobyło jedną z dwóch pierwszych licencji na cyfrową telefonię komórkową w Polsce, a jesienią tego samego roku Era wystartowała. Równolegle Kulczyk sięgnął po ubezpieczenia, budując pozycję w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta, które przekształcił w największą prywatną grupę ubezpieczeniową w kraju.
W każdej z tych historii powtarza się ten sam wzorzec: polski partner znający teren, zagraniczny partner przynoszący kapitał i technologię oraz państwo, które w tle rozdaje licencje, pozwolenia i pakiety akcji. Kulczyk budował też swoją pozycję instytucjonalnie. W 1992 roku współtworzył Polską Radę Biznesu, elitarną organizację największych prywatnych przedsiębiorców. Był także współzałożycielem Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej – znów wraca Niemcy: doktor, który w latach 70.
studiował stosunki między dwoma państwami niemieckimi, w latach 90. budował instytucjonalny most między polskim i niemieckim biznesem. W listopadzie 1992 roku z inicjatywy Kulczyka i Andrzeja Patalasa powstała spółka Autostrada Wielkopolska, która w 1997 roku podpisała z rządem umowę koncesyjną na budowę i eksploatację płatnych odcinków autostrady A2 do granicy z Niemcami. Treść tej umowy przez lata pozostawała tajna, co do dziś budzi pytania o warunki, na jakich państwo związało się z prywatnym koncesjonariuszem na dekady.
Do końca lat 90. Kulczyk stał się instytucją: dla zagranicznej korporacji był naturalnym pierwszym telefonem, dla polskiego polityka wygodnym partnerem, dla mediów symbolem nowej polskiej prosperity. Wszystkie elementy układanki były gotowe, ale brakowało celu, który byłby wart tego wszystkiego. Tym celem była Telekomunikacja Polska Spółka Akcyjna – monopolista, właściciel prawie całej telefonii stacjonarnej w kraju, jedna z najcenniejszych firm w tej części Europy.
W 1997 roku rząd rozpoczął jej prywatyzację. W listopadzie 1998 roku TPSA zadebiutowała na warszawskiej giełdzie – w ofercie publicznej inwestorzy kupili 15 procent akcji za ponad 3 miliardy 100 milionów złotych, co było największą prywatyzacją od uruchomienia handlu na polskim rynku kapitałowym. Ale giełda to był dopiero pierwszy etap: państwo chciało znaleźć inwestora strategicznego, który kupi duży pakiet, przyniesie pieniądze i technologię. Zagraniczna korporacja chciała kupić polskiego monopolistę, ale potrzebowała polskiego partnera – kogoś sprawdzonego, kto już raz pokazał przy browarach, że potrafi przeprowadzić taką transakcję.
4 lipca 2000 roku Rada Ministrów podjęła decyzję: 35 procent akcji Telekomunikacji Polskiej miało trafić do konsorcjum France Telecom, francuskiego państwowego giganta telekomunikacyjnego, i Kulczyk Holding. 25 lipca porozumienie zostało parafowane. Cena: 38 złotych za akcję. I tu jest opisany na początku moment: trzej mężczyźni przy stole – minister skarbu państwa Emil Wąsacz, prezes France Telecom Michel Bon i Jan Kulczyk, doktor od niemieckich traktatów, ćwierć wieku po obronie doktoratu, niespełna 20 lat po tym, jak w stanie wojennym wyłączono telefony.
Minister dostaje miliardy do budżetu i może powiedzieć, że w transakcji uczestniczy polski przedsiębiorca. Francuzi dostają wejście na jeden z najobiecujących rynków telekomunikacyjnych Europy Środkowej. Kulczyk dostaje miejsce w transakcji, o jakiej 10 lat wcześniej żaden prywatny polski przedsiębiorca nie mógł nawet marzyć. 12 października 2000 roku konsorcjum przekazało na konto Skarbu Państwa kwotę 18 miliardów 620 milionów złotych, czyli ponad 4 miliardy dolarów, w zamian za 490 milionów akcji TPSA.
Ministerstwo Finansów podawało wówczas, że 2 miliardy 400 milionów dolarów trafiło na specjalny rządowy rachunek walutowy w Narodowym Banku Polskim, przeznaczony między innymi na spłatę odsetek od zagranicznych pożyczek i wcześniejszy wykup długu. 942 miliony dolarów miały posłużyć do wcześniejszego wykupu obligacji Brady’ego, będących pozostałością po restrukturyzacji starych polskich długów zagranicznych. Pieniądze ze sprzedaży firmy, której telefony wyłączono w stanie wojennym, pomogły spłacić długi zrodzone w epoce tych samych władz. Historia zatoczyła koło, a w jego centrum stanął człowiek, którego ojciec założył stowarzyszenie popierające kontakty gospodarcze z PRL.
Po transakcji państwo zachowało nieco ponad 35 procent głosów, pracownicy mieli 15 procent, a konsorcjum francusko-polskie 35 procent. Ile z tego należało do Kulczyka? Źródła się różnią: autorzy książki o Kulczyku podają podział 25 procent dla Francuzów i 10 procent dla Kulczyka, inne źródła mówią o udziale około 13,5 procent. Przy ostrożniejszym szacunku 10 procent całej spółki to około 140 milionów akcji, co przy cenie 38 złotych daje pakiet wart ponad 5 miliardów złotych; przy wyższym szacunku byłoby to około 7–7,5 miliarda.
Pamiętajmy: 3000 aut dla policji za około 150 milionów to było 9 lat wcześniej. Skąd wzięły się pieniądze na ten pakiet – publicznie dostępne źródła nie wyjaśniają tego jednoznacznie. Od tego momentu nazwisko Kulczyk na stałe związało się z liczbami mającymi dziewięć i więcej zer. Rok 2001.
Konsorcjum dokupiło od Skarbu Państwa dodatkowe 12,5 procent akcji, osiągając 47,5 procent TPSA. Rok później Kulczyk Holding wycofał się z Telekomunikacji Polskiej, sprzedając swoje akcje France Telecom. Francuski koncern, który później zmienił nazwę na Orange, ostatecznie stał się właścicielem większości akcji polskiego operatora. Krytycy mówili wprost: polski kapitał posłużył jako przepustka, dzięki której politycy mogli twierdzić, że nie oddają strategicznej spółki w obce ręce, a spółka, która miała pozostać pod polskim wpływem, trafiła do zagranicznego koncernu kontrolowanego przez francuskie państwo.
Kulczyk konsekwentnie utrzymywał, że nie zarabiał na prywatyzacji, lecz na inwestowaniu w polskie firmy, że był inwestorem, który wniósł kapitał i podjął ryzyko, a nie pośrednikiem sprzedającym dostęp do polityków. W tym miejscu wraca drugi kluczowy element: Urząd Ochrony Państwa. Kilka lat wcześniej pojawił się w tej historii jako klient kupujący samochody, teraz wraca nie jako instytucja, lecz jako osoba. Generał Gromosław Czempiński, legenda polskiego wywiadu, oficer, który w 1990 roku kierował słynną operacją “Samum”, podczas której polscy oficerowie wywiadu ewakuowali z Iraku amerykańskich agentów.
W latach 1993–1996 szef UOP, a po odejściu ze służby jeden z najbardziej poszukiwanych doradców biznesowych w Polsce, zasiadający w kilkunastu radach nadzorczych i obecny przy największych prywatyzacjach. Wokół niego rozgorzał jeden z najgłośniejszych sporów tamtych lat. Prasa opisywała kłótnie Czempińskiego z Kulczykiem o pieniądze – o prowizję za pomoc w doprowadzeniu do wyboru konsorcjum France Telecom i Kulczyk Holding w prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej. W różnych przekazach pojawia się kwota około miliona, czasem w złotych, czasem w dolarach.
Sprawa ujrzała światło dzienne w 2004 roku podczas prac sejmowej komisji śledczej ds. Orlenu. Od 2006 roku w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach trwało śledztwo w sprawie nieprawidłowości w prywatyzacjach. Pod koniec listopada 2011 roku zatrzymano w tej sprawie kilka osób, w tym generała Czempińskiego, ale jego zarzuty dotyczyły prywatyzacji LOT i warszawskiego Stoen, nie telekomunikacji.
Sąd, po rozpoznaniu zażalenia obrony, uznał, że zatrzymanie generała było niepotrzebne. Wątek telekomunikacyjny pojawił się pół roku później: na początku czerwca 2012 roku w tym samym śledztwie zatrzymano dwóch byłych szefów Kulczyk Holding, których po postawieniu zarzutów zwolniono za wysokim kaucją. Media pisały wówczas, powołując się na nieoficjalne informacje, że chodziło o niegospodarność i przyjęcie łapówki około miliona złotych podczas prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej. Należy jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze: w żadnym z tych wątków nie postawiono zarzutów samemu Janowi Kulczykowi. Po drugie: polskie sądy przez lata nie wydały istotnych wyroków w sprawach prywatyzacyjnych; akt oskarżenia w sprawie LOT i Stoen trafił do sądu dopiero pod koniec 2019 roku, a proces ruszył w listopadzie 2022 roku, ponad dwie dekady po opisanych wydarzeniach. Zatrzymanie nie jest wyrokiem, a zarzut nie jest dowodem, a opowieść o prowizji, nawet powtarzana latami, nie zastąpi orzeczenia sądu. Od 2002 roku Jan Kulczyk przez wiele lat zajmował pierwsze miejsce na liście najbogatszych Polaków tygodnika “Wprost”.
Tylko raz spadł niżej: w 2007 roku, po rozwodzie z Grażyną Kulczyk, znalazł się na 12. miejscu. W 2013 roku amerykański “Forbes” sklasyfikował go na 384. miejscu na liście najbogatszych ludzi świata i oszacował jego majątek na 3,5 miliarda dolarów.
Kiedy jednak dokładnie przekroczył pierwszy miliard? Miliard złotych czy dolarów? Według jakiego rankingu? Odpowiedź brzmi: pierwszy miliard nie był dniem, w którym Jan Kulczyk otworzył wyciąg bankowy i policzył zera.
Taki dzień nie istnieje w żadnych dokumentach. Majątek człowieka takiego jak on to nie są pieniądze leżące na koncie, tylko akcje spółek, których wartość zmienia się z każdym notowaniem giełdowym, z każdą transakcją, z każdą decyzją rządu. Prawdziwym pierwszym miliardem był moment zmiany skali: moment, w którym człowiek zaczynający od handlu wszystkim, czego brakowało w PRL, a potem od 3000 samochodów, zaczął liczyć w miliardach. Ten moment ma datę: lato 2000 roku, stół, zdjęcie, 35 procent Telekomunikacji Polskiej, pakiet dla polskiego partnera wart sam w sobie kilka miliardów złotych.
Dwa lata później rankingi tylko potwierdziły to, co już się wydarzyło: doktor z Poznania został najbogatszym człowiekiem w Polsce. Co zostaje z tej historii, gdy zdejmiemy z niej legendy? Po pierwsze, wiedza wyprzedziła pieniądze. Zanim Kulczyk sprzedał pierwsze auto, spędził lata na rozumieniu prawa, handlu zagranicznego i Niemiec.
Gdy drzwi się otworzyły, był jedną z niewielu osób w Polsce, które wiedziały, co jest po drugiej stronie. Po drugie, najcenniejsza była pozycja pośrednika – między Zachodem a PRL, między prywatnym biznesem a państwem, między zagraniczną korporacją a polskim politykiem. Po trzecie, ta sama pozycja, która dawała ogromną przewagę, rodzi fundamentalne pytania o granicę między znajomościami a wpływami, między przedsiębiorczością a wykorzystywaniem dostępu, którego inni nie mieli. Jan Kulczyk mówił, że pierwszy milion dostał od ojca.
To prawda, ale niepełna. Dostał coś więcej niż milion: dostał most, ale drogę z tego mostu do miliarda przeszedł sam. Ta historia nie kończy się jednak na pierwszym miliardzie – w lipcu 2003 roku Kulczyk spotkał się w Wiedniu z Władimirem Ałganowem, byłym oficerem służb sowieckich i rosyjskich, którego nazwisko Polacy zapamiętali ze sprawy Olina; rok później raporty wywiadu o tym spotkaniu trafiły do sejmowej komisji śledczej ds. Orlenu i rozpętała się polityczna burza.
W 2005 roku Kulczyk wyjechał do Londynu, skąd budował imperium sięgające Afryki i Ameryki Południowej – energetyka, surowce, wielkie inwestycje na innych kontynentach. Wiedeń pojawi się w jego życiu jeszcze raz, latem 2015 roku, po raz ostatni. Ale to już zupełnie inna historia.