Janusz Gajos należy do grona najwybitniejszych polskich aktorów. Sześciokrotny zdobywca Orła, pięciokrotny laureat Wiktora, gwiazda na łódzkiej Alei Gwiazd. Po śmierci Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka to właśnie jego Wojciech Marczewski nazwał największym żyjącym aktorem polskim. Przez pół wieku budował jednak wokół siebie strukturę, o której niemal nikt nie wiedział.

Nie jedną tajemnicę, lecz całą architekturę bólu, tworzoną warstwa po warstwie, rolą po roli, małżeństwem po małżeństwie. Janusz Gajos urodził się 23 września 1939 roku w Dąbrowie Górniczej, zaledwie 23 dni po wybuchu drugiej wojny światowej. Rodzice nazwali go Januszem na cześć szlachcica z opery Moniuszki „Halka”. To był pierwszy paradoks w jego życiu: arystokratyczne imię dla dziecka z robotniczej rodziny z miasta kominów i kopalń.
Jego pierwsze wspomnienia to nie zabawki, lecz syreny alarmowe i ucieczki do piwnicy podczas nalotów. Gdy miał 11 lat, rodzina przeprowadziła się do Będzina. Dźwięk fabrycznych syren oznajmiających zmianę szycht do końca życia wywoływał u niego ten sam dreszcz i napięcie w żołądku. Ciało pamiętało, nawet gdy umysł wiedział już, że wojna się skończyła.
Jego rodzice stanowili dwa różne światy. Matka, cicha, spokojna, głęboko wierząca katoliczka, trzymała rodzinę w ryzach swoją cichą obecnością. Ojciec Tadeusz był ogrodnikiem, człowiekiem, który – jak sam aktor to później ujął – miał głowę w chmurach. Ciągle opowiadał historie, a słuchacz nigdy nie wiedział, które z nich są prawdziwe, a które zmyślone.
Miał skłonność do konfabulacji, snuł pomysły, których nigdy nie realizował. Rodzina żyła w biedzie. Gajos wspominał to oszczędnie, bez żalu i goryczy: „Ojciec był ogrodnikiem, ale się nie dorobił. Mama była przy mężu.
Żyliśmy w biedzie”. W rodzinie krążyła historia, że ojciec aktora w młodości popadł w konflikt z miejscowym proboszczem. Szczegóły zatarły się w pamięci, ale skutek był taki, że Tadeusz Gajos samodzielnie zbudował rower i odjechał nim ze wsi, od konfliktu, od dawnego życia. Mały Janusz słuchał tej opowieści i uczył się, że jego ojciec to człowiek, który potrafi uciec od problemu, zamiast się z nim zmierzyć.
Będzin lat 50. był szarym, smutnym miastem. Gajos znajdował jednak własne magiczne miejsca: zrujnowany park przy zamku, gliniankę przy cementowni, w której chłopcy uczyli się pływać. Zimą jeździł na nartach, próbował sił w boksie.
Jak sam mówił, z domu wyniósł niezbyt skomplikowane zasady oparte na Dekalogu – bez specjalnych lekcji wiedziało się, jak wygląda dobro i zło. Przełom nastąpił w szkole średniej w Będzinie. Janusz Gajos zagrał w przedstawieniu szkolnym i wtedy powiedział sobie, że zostanie aktorem. Gdy oznajmił to ojcu, reakcja była druzgocąca.
Tadeusz Gajos, marzyciel i wolny duch, marzył dla syna o stabilnej, poważnej karierze. Aktorstwo było w jego oczach synonimem niepewności i braku szacunku. Ojciec praktycznie przestał z synem rozmawiać. Nie krzyczał, nie zabraniał – po prostu zamilkł i odwrócił się.
Ta cisza ciągnęła się latami. Pierwszym nauczycielem aktorstwa Gajosa był Jan Dorman, legendarny twórca i pedagog prowadzący Teatr Dzieci Zagłębia w Będzinie. Dorman zobaczył w chłopcu z robotniczej rodziny talent, ale musiał mu wystarczyć na tyle, na ile pozwalały możliwości. Aby zostać prawdziwym aktorem, Gajos musiał dostać się do szkoły teatralnej.
I tu zaczyna się jedna z najbardziej niezwykłych historii w polskiej kulturze. Gajos podchodził do egzaminów cztery razy. Najpierw Łódź, potem Kraków, potem znowu Łódź. Trzy razy usłyszał „nie”.
Każda porażka oznaczała powrót do Będzina, do milczącego ojca, modlącej się matki i pytań sąsiadów: „No i jak, dostałeś się? ”. Między trzecim a czwartym podejściem został powołany do wojska. W latach 1960–1961 służył w jednostce, a stamtąd, prosto w mundurze, w wojskowych butach i z żołnierskim workiem, pojechał do Łodzi na czwarty egzamin.
Zdał. Liczba cztery stanie się motywem przewodnim całego jego życia. Do Łódzkiej Szkoły Filmowej uczęszczał od 1961 roku. Zadebiutował na ekranie w 1964 roku w filmie „Panienka z okienka” Marii Kaniewskiej.
Skromny debiut nie zapowiadał tego, co wydarzyło się dwa lata później. W 1966 roku ruszyły zdjęcia do „Czterech pancernych i psa”. Gajos nie miał nawet 26 lat, był studentem czwartego roku, gdy zaproponowano mu rolę Janka Kosa. Jak wspominał po latach, od pierwszego momentu czuł niepokój, zapaliło mu się w głowie czerwone światło.
Miał przeczucie, że ta rola może być nie tylko szansą, ale i pułapką. Nie posłuchał jednak wewnętrznego ostrzeżenia. Jak odmówić roli, o jakiej każdy aktor może tylko marzyć? Serial stał się fenomenem na niespotykaną skalę.
Gdy szedł w telewizji, ulice pustoszały. Dzieci bawiły się w Janka, Grzegorza, Gustlika i Olgę. Pies Szarik stał się najsłynniejszym zwierzęciem w kraju, a Janusz Gajos – idolem młodzieży i obiektem westchnień kobiet. I wtedy zaczęła się katastrofa.
Serial był nie tylko rozrywką, ale i elementem propagandy. Dla poważnych reżyserów aktor z „Czterech pancernych” był twarzą produktu propagandowego. Oferty poważnych ról filmowych zniknęły. Dyrektorzy castingów pomijali go, widząc w nim wyłącznie Janka Kosa.
Jak sam to później opisał: „Wszyscy kojarzyli mnie z Jankiem Kosem. Dostawałem tylko nieistotne propozycje. Przechodziłem to bardzo boleśnie. Moje ambicje zaczynały wyglądać śmiesznie, bo nikt nie traktował mnie poważnie”.
Ta sytuacja trwała 15 lat. Gajos nie zrezygnował. Grał w teatrze, gdzie wciąż dostawał szanse, których odmawiało mu kino. Występował w Teatrze im.
Jaracza w Łodzi, potem w Warszawie – w Komedii, Polskim, Kwadracie i Dramatycznym. Pod koniec lat 70. pojawiła się kolejna pułapka, być może groźniejsza niż Janek Kos. Olga Lipińska zaangażowała go do swojego kabaretu.
Rola dozorcera Tureckiego miała być drugoplanowa, ale Gajos nie umiał grać prosto. Stworzył postać, która w ciągu kilku odcinków pochłonęła cały program. Turecki w watowanej kurtce, berecie z antenką, papierosem w ustach, z wąsami, stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej telewizji lat 70. Ludzie na ulicy krzyczeli już nie „Janek Kos”, lecz „Turecki”.
Tytuł się zmienił, ale pułapka pozostała ta sama. Sam aktor mówił: „Myślałem, że to koniec, zawodowa śmierć”. Tymczasem jego życie prywatne zaczęło się rozpadać. Pierwszą żoną została Zoja, laborantka poznana w szpitalu, gdy po wypadku na planie „Czterech pancernych” leżał z potrąceniem przez ciężarówkę.
Pobrali się po trzech miesiącach znajomości. Zamieszkali w Domu Aktora w Łodzi, ale Gajos pracował bez przerwy – serial, teatr, zdjęcia, wyjazdy. Zoja zostawała sama, wśród aktorów i reżyserów, wśród ludzi z jego świata. Pocieszenia szukała u jego kolegi z teatru, Janusza Herdera.
Małżeństwo się rozpadło. W Warszawie Gajos poznał Ewę Miodyńską, piękną i utalentowaną aktorkę Teatru Syrena. Wydawali się parą idealną. Ewa podjęła jednak decyzję, która zaważyła na jej życiu: zrezygnowała z kariery, oddała się budowaniu domu dla męża.
Gdy Gajos po kilku latach odszedł, Ewa poczuła, że poświęciła wszystko na próżno. „Bezkresne łąki” był ostatnim filmem, w którym zagrała. Z Teatrem Syrena pożegnała się w 1980 roku. Do końca życia – zmarła w lutym 2001 roku – nie wybaczyła Gajosowi, że traktował ją, jak sama to ujęła, jak zabawkę, i porzucił, gdy się znudził.
Sam aktor mówił po latach: „Lepiej się rozstać, niż latami się zmagać”. Trzecie małżeństwo zaczęło się od skandalu. W 1978 roku Gajos poznał na planie Barbarę Nabiałczyk, producentkę telewizyjną i asystentkę Olgi Lipińskiej. Barbara była wówczas narzeczoną – według niektórych źródeł nawet żoną – przyjaciela Gajosa, aktora Tadeusza Borowskiego.
Gdy Borowski dowiedział się o romansie, wywiązała się bójka. Dwóch dorosłych mężczyzn biło się o kobietę. Gajos wygrał walkę i zdobył Barbarę, ale stracił przyjaźnie i naraził się na plotki, które ciągnęły się latami. Barbara Nabiałczyk została jego trzecią żoną.
W 1980 roku urodziła się Agata, jedyne dziecko aktora. Trzecie małżeństwo również nie przetrwało. Agata wychowywała się z matką. Jak sama mówiła po latach: „Moje wspomnienia z dzieciństwa o tacie to głównie wakacje, bo nie mieszkaliśmy razem.
Tata zawsze głaskał mnie po głowie, żebym zasnęła, potem ja jego, potem znowu on, ale on zawsze zasypiał pierwszy, więc często czułam, że tracę to jedno głaskanie”. Agata nie poszła w ślady ojca, została psychologiem. Przyznawała, że bycie córką Janusza Gajosa tyle samo pomagało, co przeszkadzało: „Ludzie postrzegali mnie przez pryzmat ojca. To pomogło mi tyle razy, ile przeszkodziło”.
Przełom w karierze nastąpił w 1981 roku. Gajos zagrał bezwzględnego oficera bezpieczeństwa w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego film został zakazany i zamknięty w sejfie, ale nielegalne kopie krążyły po całej Polsce – w domach, kościołach, na prywatnych pokazach. Widzowie zobaczyli Gajosa w zupełnie nowym świetle: jako aktora potrafiącego zagrać postać tak wiarygodną w okrucieństwie, że nie dawała spokoju przez wiele dni.
W tym samym roku zagrał w „Limbo” Filipa Bajona, w roli człowieka chorego na schizofrenię. I ten film również objęto zakazem dystrybucji. Gajos czekał 15 lat na poważne role. Gdy w końcu je dostał, władza zakazała ludziom ich oglądania.
Ale filmy, jak ludzie, potrafią się wymknąć z zamknięcia. „Przesłuchanie” krążyło w podziemiu i robiło swoje. Kolejnym ważnym rozdziałem była współpraca z Kazimierzem Kutzem. Po obejrzeniu „Opowieści Hollywoodzkich” w Teatrze Telewizji Tadeusz Łomnicki zadzwonił do kogoś z branży i krzyczał do słuchawki: „To jest wielki aktor, wielki, nie tylko dobry”.
Kutz mówił o Gajosie: „On nie potrzebuje reżysera. On wszystko wie”. Z Kutzem Gajos stworzył jeszcze kilka znakomitych ról w Teatrze Telewizji, między innymi Podsekalyzowa w „Samobójcy” Erdmana i Bacha w „Kolacji” Barza. Współpraca z Krzysztofem Kieślowskim była dla Gajosa czymś innym niż wszystko dotychczasowe.
Kieślowski obsadził go w „Dekalogu: Jeden” w 1988 roku – filmie o relacji ojca z córką i tajemnicy między nimi. Czy to przypadek, że reżyser wybrał do tej roli człowieka z nierozwiązaną relacją z własnym ojcem i niepełną relacją z córką? W 1994 roku Gajos zagrał Mikołaja w „Trzech kolorach: Białym”, filmie, który zobaczył cały świat. To był jakby drugi narodziny.
Po 15 latach w cieniu Janka Kosa Gajos stał się aktorem bez łatki, aktorem, który może zagrać wszystko. I grał wszystko: „Psy” (major Gross „Szary”), „Ucieczkę z kina „Wolność” (rola cenzora), „Sztos”, „Żółty szalik”, „Śmierć jak kromka chleba”. W plebiscycie tygodnika „Polityka” na najważniejszych aktorów polskich XX wieku zajął trzecie miejsce. W 1998 roku odsłonięto jego gwiazdę w łódzkiej Alei Gwiazd.
Sześć Orłów, pięć Wiktorów i Super Wiktor, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Medal „Gloria Artis”. Krzysztof Zanussi powiedział o nim: „Prywatnie jest skromny, bo woli słuchać niż mówić”. Olga Lipińska: „Janusz nie musi się już obawiać szufladkowania. Potrafi zagrać wszystko, od kabaretu po tragedię grecką”.
A Borys Szyc: „To aktor, który ma to coś. Są ludzie, których oglądasz nawet wtedy, gdy nic nie robią”. Ale to, co widziała publiczność, było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Pod spodem kryło się coś, czego Gajos nie ujawniał przez dekady.
Najgłębszą warstwą tej tajemnicy była relacja z ojcem. Tadeusz Gajos nigdy w pełni nie zaakceptował wyboru syna. A Janusz przez całe życie, przez każdą rolę, każde odznaczenie, każdą owację na stojąco, prowadził z ojcem niewidoczny dla nikogo dialog. Każdy Orzeł, każdy Wiktor był cichym pytaniem: „Czy teraz mnie akceptujesz?
Czy rozumiesz, że nie zmarnowałem życia? ”. Gajos nigdy nie powiedział tego wprost w żadnym wywiadzie, ale układanka jest wyraźna. Druga warstwa to ojcostwo, a właściwie jego niepełność.
Gajos nie był ojcem na co dzień, tylko od święta. Gdy w 1986 roku rozwodził się z Barbarą, Agata miała 6 lat – wiek, w którym dziecko zaczyna rozumieć świat i potrzebuje obojga rodziców najbardziej. Gajos nigdy publicznie nie mówił o żalu z tego powodu. Ale wystarczy posłuchać Agaty, by usłyszeć echo tego, co się działo.
Córka wybrała psychologię, jakby chciała zrozumieć to, czego nie mogła zrozumieć jako dziecko: dlaczego tata zawsze wyjeżdżał. Trzecia warstwa to małżeństwa. Gajos sam powiedział kiedyś: „Mężczyzna powinien się żenić dopiero po czterdziestce, kiedy ma już kawałek życia za sobą”. Te słowa brzmią jak diagnoza postawiona samemu sobie.
Pierwsze trzy małżeństwa nie były dziełem mężczyzny szukającego przygód, lecz kogoś, kto desperacko szukał bliskości, ale nie umiał jej zbudować. Chłopiec, którego ojciec nie rozmawiał z nim, dorastał w domu, w którym matka się modliła, a ojciec zmyślał historie. Nie miał rodzeństwa, nie miał nikogo bliskiego oprócz rodziców. Został aktorem – człowiekiem, który z definicji udaje kogoś innego – i próbował zbudować prawdziwą relację z drugim człowiekiem.
Jak miał się tego nauczyć? Z domu, gdzie jedynym wzorem związku była matka modląca się i ojciec fantazjujący. Ze świata aktorskiego, w którym udawanie jest zawodem, a granica między rolą a życiem zaciera się co wieczór na scenie. I wtedy, w 1989 roku, pojawiła się Elżbieta Brożek.
Dyrektorka kultury pracująca w Starym Teatrze w Krakowie. Kobieta inteligentna, piękna, po przejściach: miała za sobą nieudane małżeństwo, samotnie wychowywała syna. To ona chciała poznać Gajosa i poprosiła o spotkanie. A Gajos, człowiek, który rzucał się w miłość jak w ogień, teraz wymigiwał się, odwlekał spotkanie.
Może po trzech rozwodach był tak poraniony, że bał się kolejnej próby. Ale Elżbieta nie ustępowała. Była cierpliwa jak żadna z poprzednich kobiet w jego życiu. W końcu Gajos zgodził się przyjechać do Krakowa.
Jak opowiadał: „Pojechałem do Krakowa i kupiłem na dworcu różę. To była najlepsza decyzja w moim życiu”. Nie pamiętał, jak wygląda Elżbieta. Gdy zobaczył ją na dworcu z różą w dłoni, był, jak to ujął, oczarowany.
Po ponad roku oświadczył się. Są razem już ponad 35 lat. Gajos żartował, że Elżbieta jest jego osobistym kierownikiem produkcji i że bez niej zginąłby. „Im dłużej jesteśmy razem, tym bliższa staje się nasza więź” – mówił.
Motyw liczby cztery powraca jak refren: trzy razy oblał egzaminy do szkoły filmowej, za czwartym zdał; trzy razy stał na ślubnym kobiercu i trzy razy jego małżeństwa się rozpadały, za czwartym znalazł miłość życia. Sam żartował, że najważniejsze rzeczy w życiu osiąga dopiero za czwartym podejściem. W 2009 roku zmarła Barbara Nabiałczyk, matka jego jedynej córki. Miała tylko 60 lat.
Odeszła na raka. Gajos był już wtedy od kilku lat mężem Elżbiety, ale śmierć matki jego dziecka musiała być dla niego ciosem. Po rozwodzie utrzymywał z Barbarą przyjazne stosunki, nie uczynił z byłej żony wroga. To pokazuje, że mimo trzech rozwodów, mimo bójki o kobietę, mimo oskarżeń Ewy Miodyńskiej, Gajos potrafił zachować szacunek dla kobiety, z którą łączyło go dziecko.
W XXI wieku Gajos nadal grał. „Body” Małgorzaty Szumowskiej – film o prokuratorze, który stracił żonę i próbuje nawiązać kontakt z chorą na anoreksję córką. „Kler” Wojciecha Smarzowskiego – rola arcybiskupa Mordowicza, postaci cynicznej i zmanipulowanej, wymagająca odwagi w katolickim kraju. „Kamerdyner” Filipa Bajona – historyczna produkcja o tragedii w Piaśnicy, rola Bazylego Miotke, Kaszuby zmagającego się z trudną rzeczywistością wojny.
Serial Netflixa „Rojst” pokazał, że Gajos potrafi funkcjonować w nowej medialnej rzeczywistości. Z wiekiem ciało zaczęło dawać o sobie znać. Gajos przyznał, że podczas występów na scenie czuje coraz większy dyskomfort i po prostu się męczy. Zrezygnował z etatu w Teatrze Narodowym, z którym był związany przez dwie dekady.
Jego żona Elżbieta uspokajała w rozmowie z dziennikarzami: „Mąż zrezygnował z etatu w teatrze, ale zapewniam, że nie zrywa z teatrem więzi”. W 2003 roku Gajos zaczął uczyć w Łódzkiej Szkole Filmowej – w tej samej, która trzykrotnie go odrzuciła. W 2008 roku otrzymał tytuł profesora sztuk teatralnych. W 2016 roku doktorat honoris causa tej samej uczelni.
Chłopiec z Będzina, syn ogrodnika, student w wojskowym mundurze, wrócił do szkoły, która go odrzuciła – nie jako uczeń, ale jako profesor i mistrz. Mówił studentom: „Aktor musi wyjść poza siebie i, stojąc z boku, kierować swoją pracą, dbać o to, by miała sens i dobry smak. Tak, traktuję swój zawód uczciwie, bo muszę być uczciwy wobec siebie”. Janusz Gajos jest także fotografem.
Miał wystawy w galerii Akwarela w Katowicach w 2002 roku, w warszawskiej galerii Katarzyny Napiórkowskiej w latach 2004 i 2008, na Festiwalu Nauki i Sztuki w Siedlcach i podczas Dni Teatru w Polkowicach. Ale prawie nikt o tym nie wie. Dla aktora, który całe życie spędza na wcielaniu się w innych, na noszeniu masek, fotografia była przestrzenią bez masek. Przestrzenią, w której nie grał nikogo.
W której patrzył na świat własnymi oczami i decydował, co jest warte uchwycenia. Janusz Gajos nie ukrywał jednego dramatycznego sekretu. Nie miał ukrytego dziecka w innym kraju, nie prowadził podwójnego życia. To, co ukrywał, było zarówno prostsze, jak i trudniejsze.
Ukrywał samego siebie. Przez pół wieku budował mur z ról, masek i postaci, które kochała publiczność. A za tym murem, ukryty przed kamerami, dziennikarzami i najbliższymi, był człowiek, który po prostu chciał być akceptowany. Chciał usłyszeć od ojca: „Jestem z ciebie dumny”.
Chciał usłyszeć od żony: „Kocham cię za to, kim jesteś, nie za to, kogo grasz na ekranie”. Ojciec milczał przez długi czas, trzy żony odeszły, córka dorastała daleko. Ale Gajos, jak zawsze, próbował dalej. I za czwartym razem znalazł to, czego szukał.
Nie na ekranie i nie na scenie. Na krakowskim dworcu, z różą w dłoni, patrząc na kobietę, którą dopiero poznawał.