Jedną z najbardziej zagadkowych postaci w dziejach III Rzeszy był Rudolf Hess – zastępca Hitlera, a zarazem człowiek, który ze wszystkich skazanych w procesach norymberskich spędził za murami najdłużej. Po upadku Niemiec został osądzony i skazany na dożywocie, które odbywał w berlińskim więzieniu Spandau. Odcięty od świata, starzał się tam w samotności przez dziesięciolecia, popadał w obsesje i tracił kontakt z rzeczywistością. Dopiero ogłoszenie o jego śmierci przerwało trwającą dekady izolację.

Siedmiu nazistowskich przywódców skazano na kary więzienia, a trzech z nich – Ericha Raedera, Walthera Funka i właśnie Rudolfa Hessa – na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Dopiero 15 października 1946 roku poinformowano ich, że wyroku nie będą odbywać w Norymberdze, lecz w Spandau, położonym w brytyjskiej strefie okupacyjnej w pobliżu Berlina Zachodniego. Do nowego miejsca odosobnienia przewieziono ich jednak dopiero 18 lipca 1947 roku, po wielu miesiącach oczekiwania. Do Spandau Hess trafił jako numer siedem.
Co ciekawe, ten sam numer dwadzieścia lat wcześniej nadał Hitlerowi w więzieniu w Landsbergu. Czy ten zbieg okoliczności miał dla przesądnego Hessa jakieś znaczenie? Nigdy tego nie wyjaśniono. Po wyzwoleniu budynek wyburzono – dziś nie ma po nim śladu.
Warunki, w jakich przebywali skazani, trudno było nazwać luksusowymi, choć zapewne okazały się nieco lepsze od tych z norymberskich sal sądowych. Dyrektorzy więzienia nie sprawowali swojej funkcji jednocześnie, lecz rotowali się mniej więcej co miesiąc, aby zachować równowagę. Było to szczególnie widoczne w okresie największego napięcia zimnej wojny, gdy przedstawiciele zwalczających się bloków – Rosjanin obok Amerykanina, w towarzystwie Francuza i Brytyjczyka – wspólnie koordynowali działania. W praktyce wyglądało to tak, że gdy nadzór przejmował dyrektor sowiecki, wszelkie przywileje więźniów były cofane, a zasady zaostrzane.
Każdy z osadzonych inaczej radził sobie z izolacją i własną przeszłością. Hess przez lata pozostawał najbardziej nieprzeniknioną postacią. Jako zadeklarowany ateista początkowo nie uczestniczył w żadnych spotkaniach organizowanych przez personel. Jego izolacja była w pełni świadoma – nie tylko unikał innych więźniów, ale także odmawiał spotkań z żoną Ilse i synem Wolfem.
To z kolei rodziło podejrzenia, że w Spandau nie przebywa wcale prawdziwy Hess, lecz aliancki sobowtór. Sam zainteresowany tłumaczył, że w obecności strażników i tak nie mógłby swobodnie rozmawiać. Jego duchowym przewodnikiem został francuski pastor Bertrand de Luz, który posługiwał w Spandau w latach 1966–1972. W jednym z wywiadów duchowny opisał Hessa jako kogoś, kto żył we własnym świecie, w przeszłości.
Wspominał długą rozmowę na temat masakry podczas nocy długich noży. Hess do końca zachował podziw dla Hitlera i jego najwierniejszych współtowarzyszy. Później Hess miał jeszcze dwóch kolejnych kapelanów – jeden poświęcił mu książkę, a ostatni z nich utrzymywał, że Niemiec rzeczywiście przeszedł duchową przemianę. Dziś jednak trudno stwierdzić, co sam Hess mógł wówczas naprawdę czuć.
Dlaczego nigdy nie wyszedł na wolność? Jego lot do Wielkiej Brytanii w 1941 roku, mający doprowadzić do porozumienia przeciwko Związkowi Radzieckiemu, a także postawa jego obrońcy podczas procesów norymberskich, sprawiły, że polityczne przebaczenie było niemożliwe. Hess miał pozostać w więzieniu do końca życia. Setki strażników pilnowało, by nie uciekł, choć ucieczka była praktycznie niemożliwa.
Ostatecznie nie uciekł – przeżył 47 lat na wolności i 46 w więzieniu. Część opinii publicznej widziała w nim ofiarę, powtarzając jego własne słowa, że chciał jedynie zapobiec wojnie. Skrajne ugrupowania rozprowadzały ulotki, przedstawiając Hessa jako męczennika. Kampanie te nie przyniosły mu jednak żadnej korzyści.
Równocześnie wiele wpływowych postaci popierało jego zwolnienie, w tym brytyjski prokurator generalny Hartley Shawcross, przewodniczący trybunału w Norymberdze Geoffrey Lawrence, a nawet Winston Churchill. W 1966 roku, po zwolnieniu Alberta Speera i Baldura von Schiracha, Hess pozostał w Spandau sam. Mówiono o nim, że jest najdroższym więźniem świata, a koszty jego utrzymania sięgały rocznie około 850 tysięcy marek. Według brytyjskich dokumentów utrzymanie więźnia pokrywały władze niemieckie, a pensje strażników wypłacały cztery mocarstwa.
Po latach Hess w końcu zgodził się na widzenie z rodziną – po raz pierwszy od niemal trzech dekad zobaczył żonę, która miała już prawie 70 lat, oraz syna, który zdążył dorosnąć. Spotkanie trwało tylko pół godziny i odbywało się pod ścisłym nadzorem. Mimo wielokrotnych próśb o ułaskawienie Hess pozostał w izolacji. 17 sierpnia 1987 roku, po latach spędzonych w całkowitej samotności, ostatecznie zakończył życie w więziennej altanie.
Mimo podjętej reanimacji zmarł o godzinie 16:10. Jego historia jednak nie zakończyła się wraz ze śmiercią – zaczęła żyć własnym życiem, pełną spekulacji i spiskowych teorii. Syn Hessa, prawdopodobnie w pogoni za własną sławą, stworzył mit, jakoby prawdziwy Hess zginął już w 1941 roku. Te twierdzenia zdementowano dopiero w 2019 roku, gdy analiza DNA próbki krwi z 1982 roku potwierdziła, że mężczyzna pochowany w Spandau to rzeczywiście hitlerowski zastępca, który odebrał sobie życie.
Taki był powojenny los człowieka, który dłużej niż ktokolwiek inny pozostał wierny swoim przekonaniom i swojemu wodzowi – Adolfowi Hitlerowi.