Frontowa rzeczywistość Wielkiej Wojny toczyła się nie tylko pociskami i bagnetami, lecz także słowem. Humor, choć często makabryczny i brutalny, był nieodłącznym elementem życia w okopach. Bywał iskrą ulgi w nieludzkich warunkach, innym razem formą oswojenia wszechobecnej śmierci. Żołnierze żartowali z wroga, własnych dowódców, a także ze śmiertelnych zagrożeń.

Obie strony konfliktu ochoczo obdarzały się epitetami. Alianci nazywali Niemców „Fritzami”, „Bochami” lub „dzikimi Hunami”. Australijczycy poszli o krok dalej, nazywając Niemcy „Fritzlandem”. Niemcy odpowiadali pogardliwymi określeniami, jak „żabojady”.
Te słowne utarczki miały ułatwić walkę z odhumanizowanym przeciwnikiem. Szczególną satysfakcję przynosiły żołnierzom kompromitacje znienawidzonych oficerów. Francuski pisarz i żołnierz Gabriel Chevallier wspominał kapitana Buvauda, uosobienie bezdusznej wojskowej biurokracji. Gdy oficer podczas inspekcji okopów poślizgnął się i poważnie stłukł plecy, żołnierze zareagowali w sposób, który Chevallier opisał jako „okrzyki radości”, porównując to do arabskiej fantazji jeździeckiej.
Jak zauważył, pobiliby go z większą przyjemnością niż Niemca. Poczucie humoru bywało potrzebne już w pierwszych dniach wojny, gdy wielu ochotników wyobrażało sobie ją jako wielką przygodę. Zderzenie z rzeczywistością frontu, na przykład widok pierwszych rannych, szybko weryfikowało te naiwne wyobrażenia. Ranni ostrzegali rozochoconych nowicjuszy, że „za linią frontu nie będzie im się chciało śmiać”.
Katalizatorem żartów i rozluźnienia dyscypliny był alkohol, zwłaszcza wśród aliantów. Kapral Charles Quinell opisywał wieczorny rytuał rozdawania rumu przez sierżanta, który polewał żołnierzy łyżką trunku prosto do gardeł. Żołnierze często wyśmiewali swoich przełożonych, zwłaszcza tych wysoko postawionych. Rodziły się aforyzmy: „Generałowie zdobywają mapy, a żołnierze okopy” oraz „Im dalej generał od frontu, tym odważniejsze jego rozkazy”.
Krążyły też sentencje o bezpieczeństwie w szpitalu i o tym, że pocisk, który ma nas zabić, nadlatuje zbyt szybko, by go usłyszeć. W szpitalach polowych nie brakowało postaci takich jak sierżant Negre z Limoges. Mężczyzna, sam poruszający się o kulach, parodiował przełożonych, wywołując salwy śmiechu wśród rannych. Wcielał się w generała, wydając absurdalne rozkazy i kpiąc z oficjalnego języka wojskowych raportów, w tym z formuły „na froncie bez zmian”.
Dużą popularnością wśród żołnierzy cieszyły się tzw. gazety okopowe, tworzone przez samych żołnierzy, pełne satyry, karykatur i wierszy. Publikowały prześmiewcze treści, na które oficjalna prasa nie mogła sobie pozwolić. Wśród tytułów znalazły się m.
in. kanadyjski „The Dead Horse Corner Gazette”, australijski „Ozi” czy francuski „Rigolbosch”. Brytyjski „The Wipers Times” specjalizował się w parodiowaniu stylu prasy ze świata cywilnego, publikując absurdalne ogłoszenia, jak oferta sprzedaży gruntów w okolicach Ypres, gdzie toczyły się ciężkie walki. Żołnierska gwara i slang stanowiły osobną rzeczywistość.
Nadawano śmiercionośnej broni zabawne nazwy, jak „tłuczek do ziemniaków” dla niemieckiego granatu czy „latająca świnia” dla moździerza. W ten sposób oswojono narzędzia zagłady. Zwykłe prośby i metafory, jak ta o wszy, które za swoje „zasługi” w dręczeniu Francuzów powinny dostać od Niemców Żelazne Krzyże, przeplatały się z żartami na tematy śmiertelnie poważne. Nieodłącznym elementem frontowej codzienności były piosenki.
Niemcy śpiewali „Anne-Marie”, Brytyjczycy „It’s a Long Way to Tipperary”, a Francuzi „La Madelon”. Ta ostatnia, opowiadająca o kelnerce z przydrożnej gospody, zyskała miano „małej siostry Marsylianki”. Zdarzały się też komiczne sytuacje i wpadki, których nie sposób było wyreżyserować. Jedną z nich był upadek króla Jerzego V podczas wizyty w okopach.
Gdy żołnierze na komendę zdjęli czapki, wsadzili je na bagnety i wznieśli okrzyk ku czci monarchy, koń króla spłoszył się i monarcha spadł na ziemię. Król złamał miednicę, a żołnierze, którzy mieli krzyczeć „hip, hip, hura! ”, zamarli w konsternacji. Inny oficer, porucznik Mountain-Cliff, wspominał o zamaskowanej armaty, do której kamuflażu użyto siatki i kęp prawdziwej trawy.
Był on tak realistyczny, że wpadła do niego francuska krowa prowadzona przez rolnika, wywołując salwy śmiechu wśród żołnierzy, do których dołączył nawet generał. Śmiech pojawiał się także wtedy, gdy przeciwnicy znajdowali się bardzo blisko siebie. Sierżant George Ashurst opisywał wymianę zdań z Niemcami w rejonie Armentières, gdy obie strony przekrzykiwały się przez mury, a niemiecki żołnierz przyznawał, że zna Manchester. Zdarzały się też „sąsiedzkie” psoty, gdy Niemcy ostrzeliwali szczyt komina nad kuchnią aliantów, doprowadzając do rozbryzgnięcia gotującego się gulaszu.
W ciepłe wieczory lata 1915 roku pod Ypres żołnierze obu stron wspólnie śpiewali, a Niemiec grający na kornecie, ochrzczony przez aliantów „Cornet Joe”, wygrywał im znane melodie. Humor potrafił oswoić nawet własne rany. Gabriel Chevallier opisał żołnierza, który podczas czyszczenia broni przypadkowo postrzelił śpiącego kolegę. Zrozpaczonemu rannemu lekarz zwrócił uwagę, że ten właśnie zapewnił sobie trzy miesiące na tyłach, czego niejednemu zazdrościliby towarzysze.
Ranny szybko zmienił nastawienie i podziękował niezdarnemu strzelcowi. Żartowano również o sprawach intymnych, nie wyłączając chorób wenerycznych. Sierżant Alfred West wspominał, jak jeden z żołnierzy tłumaczył swoją chorobę poparzeniem od rozżarzonego piecyka w pociągu. Armia prowadziła nawet osobliwe szkolenia profilaktyczne, podczas których lekarz demonstrował na sobie sposoby zapobiegania infekcjom, co budziło zdumienie i śmiech słuchaczy.
Najmroczniejsza odmiana humoru dotykała śmierci. Po bitwie nad Sommą żołnierze pułku Devonshire pochowali poległych kolegów w masowym grobie w okopie, umieszczając nad nim tabliczkę o treści: „Żołnierze z Devonshire trzymali ten okop. Nadal w nim są”. W opowieściach pojawiały się historie o zwłokach wroga, których używano jako wieszaków na płaszcze, o wystających z ziemi rękach, które Brytyjczycy witali uściskiem dłoni, czy o gnijących ciałach, na które natrafiano podczas zajmowania niemieckich transzei.
Kapral Clifford Lane wspominał makabryczną zabawę półzakopanym ciałem, które przy każdym nadepnięciu „wysuwało język”. Porucznik Roland Talbot Kelly opisywał opanowane przez szczury i robactwo szkielety w niemieckich okopach, które „zdawały się uśmiechać” do żywych. Gabriel Chevallier pozostawił wstrząsający opis żołnierza, który podczas ostrzału siedział w okopie, sprawiając wrażenie, że się śmieje. Dopiero z bliska okazało się, że mężczyzna nie żyje, a połowa jego głowy została urwana.
Obok leżał jego mózg, a ręka wskazywała na tę makabryczną scenę. Ten pośmiertny „uśmiech” był, jak zauważył, kulminacją frontowego czarnego humoru.