Naziści w Brazylii – Jak Brazylia pomagała niemieckim zbiegom

Naziści w Brazylii - Jak Brazylia pomagała niemieckim zbiegom

Historia pokazała, że jeden człowiek z obsesją potrafi zmienić świat w koszmar. Pytanie, czy ta historia może się powtórzyć, wciąż pozostaje otwarte. To właśnie motyw przewodni thrillera „Chłopcy z Brazylii”, w którym Josef Mengele próbuje odtworzyć Hitlera poprzez klonowanie. Film opowiada o fikcyjnych wydarzeniach, ale wiele z nich inspirowanych było autentyczną historią.

Thumbnail

Uwagę zwraca jednak Brazylia – kraj, który po Argentynie stał się domem dla zbiegłych niemieckich zbrodniarzy. 7 lutego 1979 roku na plaży Bertioga w Brazylii, około 100 km od Sao Paulo, w oceanie kąpał się 67-letni mężczyzna. Poczuł ból głowy, zawroty, stracił orientację i wirował bezradnie wśród fal. Po wyciągnięciu z wody nie udało się go uratować.

Pochowano go pod nazwiskiem Wolfgang Gerhard, ale dopiero w 1992 roku ustalono jego prawdziwą tożsamość. To był osławiony doktor Josef Mengele, lekarz-sadysta z obozu Auschwitz, zbrodniarz wojenny mający na sumieniu tysiące istnień. Mengele przez 19 lat wiódł spokojne życie w Brazylii, a mimo bliskości łowców nazistów nigdy nie został schwytany. Zanim trafił do Brazylii, przez wiele lat mieszkał w Argentynie.

Ukrywający się tam naziści wpadli w panikę, gdy izraelski wywiad schwytał i skazał na śmierć Adolfa Eichmanna. Od tej pory żyli w ciągłym strachu. Dlaczego jednak to Brazylia stała się dla nich oazą spokoju? Odpowiedź kryje się w mieszance polityki, prawa i codziennej praktyki życia w tym kraju.

Brazylia patrzyła w przyszłość, a przeszłość Europy pozostawiała w cieniu. Już w XIX wieku do Brazylii napływała ludność z Niemiec. Wojny napoleońskie, złe zbiory i wysokie podatki sprawiały, że życie niemieckiej ludności było trudne. Brazylia oferowała ziemię, wsparcie finansowe i sprzęt rolniczy.

Osadnicy osiedlali się w stanach Santa Catarina i Rio Grande do Sul, a w 1824 roku założyli własne miasto Sao Leopoldo. Obie strony korzystały: Brazylia zyskiwała nowych osadników znających nowoczesne technologie rolnicze, a Niemcy otrzymywali szansę na lepsze życie. Władze chciały europejskich osadników, aby „wybielić” kraj, co prowadziło do konfliktów z rdzenną ludnością. Niemieckie kolonie rozwijały się pomyślnie, a osadnicy kultywowali tradycje i posługiwali się głównie językiem niemieckim.

Do dziś w południowej Brazylii zachowały się domy z „pruskiego muru”, a w lokalnych knajpach dominuje kapusta i golonka. O niemieckim zagrożeniu Brazylijczycy zaczęli mówić na początku XX wieku, gdy w niektórych miejscowościach Niemcy stanowili większość. Niepokój budziły sugestie niemieckich polityków o utworzeniu nowego państwa niemieckiego na ziemiach Brazylii, a później głosił je sam Hitler. Pierwsze poważne zgrzyty pojawiły się podczas I wojny światowej, gdy Brazylia wypowiedziała wojnę cesarstwu niemieckiemu.

Po 1933 roku Niemcy w Brazylii coraz bardziej opowiadali się za Hitlerem, a powstała tam nawet partia narodowo-socjalistyczna. W 1942 roku, po zatopieniu brazylijskich statków przez niemieckie okręty podwodne, zdelegalizowano niemiecką prasę, zakazano używania języka niemieckiego w miejscach publicznych, a Brazylia wypowiedziała wojnę II Rzeszy. Niemcy zostali zmuszeni do asymilacji. Po wojnie brazylijskie władze nie traktowały priorytetowo ekstradycji nazistów.

Priorytetem była odbudowa gospodarki, autostrady i fabryki, a nie zbrodnie wojenne w Europie. Kontekst zimnej wojny sprawiał, że dawni naziści przedstawiali się jako fachowcy i przeciwnicy komunizmu, na co część elit patrzyła łaskawym okiem. Ponadto brazylijskie prawo nie przewidywało łatwej ekstradycji za zbrodnie popełnione poza granicami kraju. Brakowało też rąk do pracy, więc Brazylia otworzyła drzwi dla imigrantów.

W tłumie łatwo było się schować, mając fałszywe dokumenty, znajomości i pieniądze na łapówki. Korupcja i słabe kontrole graniczne sprawiały, że zniknięcie w brazylijskiej dżungli było proste. Brazylia przyjęła od 1500 do 2000 zbiegłych nazistów, plasując się tym samym między Argentyną a Chile. Jednym z najbardziej znanych przypadków był Gustav Wagner, weteran austriackiej sekcji NSDAP i członek SS.

Brał udział w akcji T4 mającej na celu eksterminację osób niepełnosprawnych, a w 1942 roku rozpoczął służbę w obozie zagłady w Sobiborze. Był uważany za najsurowszego i najbardziej zwyrodniałego nadzorcę. Wskazywał osoby do pracy przymusowej i tych kierowanych do komór gazowych, bez skrupułów mordował dzieci na oczach matek, pastwił się nad więźniami i dopuszczał się gwałtów. Jeden z więźniów, Thomas Blatt, tak opisywał Wagnera: „Nie zabijał jak inni Niemcy.

Nie strzelał, tylko torturował. Używał siekiery, łopaty, bata, a nawet gołych rąk. Widziałem, jak podniósł łopatę i rozłupywał komuś głowę na pół. Nie potrzebował powodu.

Kiedy zabijał, uśmiechał się. Mordowanie było dla niego przyjemnością”. Wagner po wojnie uciekł do Syrii, a w latach 50. zbiegł do Brazylii, nie ukrywając nawet swojego nazwiska.

Towarzyszył mu inny zbrodniarz, komendant obozu w Sobiborze, Franz Stangl. Wagner zatrudnił się jako służący u zamożnej rodziny, później produkował betonowe słupki ogrodzeniowe na farmie. Mieszkał w domu w Atibaia pod Sao Paulo, na zalesionych wzgórzach, które policja określała jako idealne miejsce na kryjówkę. Poślubił Brazylijkę o niemieckich korzeniach i wzniósł dom w bawarskim stylu.

Władze wydały mu wizę stałego pobytu i paszport, a przez wiele lat policja nie sprawdzała jego przeszłości. Franz Stangl został namierzony przez legendarnego łowcę nazistów Szymona Wiesenthala. Mieszkał w Sao Paulo i pracował w zakładach Volkswagena. Wiesenthal przez trzy lata znał jego adres, ale zatrzymanie i ekstradycja nie były proste.

Za każdym razem, gdy wysyłano pisma z żądaniem ekstradycji, uruchamiały się komórki byłych nazistów mających pieniądze i wpływy wśród polityków. Wiesenthal wspominał absurdalne przeszkody, jak politycy tłumaczący się, że „teraz jest karnawał, a w karnawale przez miesiąc nic się nie robi”. Stangl został zatrzymany w 1967 roku. Odczuł ulgę, gdy dowiedział się, że nie schwytał go izraelski wywiad, a prywatne osoby.

Brazylia zdecydowała się odesłać go do Republiki Federalnej Niemiec, argumentując, że nie może zostać wydany państwu, które może zastosować surowszy wyrok. Stangl stanął przed sądem w Düsseldorfie w 1970 roku i został skazany na dożywocie. Zmarł na zawał serca rok po decyzji sądu. Sprawa Stangla była ściśle powiązana z Wagnerem, który mieszkał około 50 km od niego.

Wiesenthal sugerował, że informacje uzyskane przy okazji sprawy Stangla pozwoliły lepiej ustalić, gdzie przebywa Wagner. Łowca nazistów wysyłał prośby o zatrzymanie Wagnera, ale sprawa nawet nie drgnęła. Później publicznie twierdził, że Wagner był pod specjalną ochroną brazylijskich władz. Wiesenthal postanowił przeczekać i uśpić czujność zbrodniarza.

Przełom nastąpił w maju 1978 roku. Grupa brazylijskich dziennikarzy otrzymała anonimowo zaszyfrowane zaproszenie na spotkanie z okazji urodzin Hitlera. W akcji brała udział fotoreporterka Cynthia Brito, która opowiadała, jak po długiej podróży natrafili na hotel, gdzie w restauracji stały porcelanowe kubki z małą swastyką. Za oknem grupa Niemców ubrana była w stroje ludowe.

Po pojawieniu się policji spotkanie zakończono, a zdjęcia trafiły na pierwszą stronę gazety „Jornal do Brasil”. Sprawa uzyskała rozgłos w całym kraju i na świecie. Wiesenthal otrzymał artykuł od współpracowników i zwrócił uwagę na fotografię mężczyzny z „dużymi uszami”. Publicznie stwierdził, że jedna z fotografii przedstawia zbrodniarza z Sobiboru, Gustawa Wagnera.

Choć to nie był on, intryga wystarczyła, by prasa rozpisywała się o jego dawnych zbrodniach. Po publikacji znaleziono ciało człowieka, mylnie postrzeganego jako Wagner. Do dziś trudno ustalić, kim był ten człowiek i kto go zamordował. Pod presją medialnego rozgłosu Gustav Wagner sam zgłosił się na policję, wierząc, że brazylijskie prawo uchroni go przed ekstradycją.

Bał się też Mossadu i prosił o ochronę. Jego argumentem obronnym był fakt, że to nie on widnieje na fotografii. Sprawą znów zainteresowały się media. Zbrodniarza zatrzymano w areszcie, ale potrzebni byli świadkowie potwierdzający jego tożsamość.

Wieczorne wydanie wiadomości oglądał mieszkający w Brazylii Stanisław Szmajzner, Żyd, który ocalał z Sobiboru dzięki ucieczce. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Wsiadł w samolot i po przybyciu do Sao Paulo zeznał, kim jest zatrzymany. Komendant policji zorganizował konferencję, na której Szmajzner stanął twarzą w twarz z Wagnerem.

Dziennikarz zapytał Szmajznera, czy rozpoznaje tego człowieka jako szefa obozu koncentracyjnego. Szmajzner potwierdził: „Tak, to Oberscharführer Gustav, szef obozu”. Wagner zaprzeczył: „To nieprawda. To Stangl był szefem”.

Szmajzner wtrącił: „Stangl był komendantem, ale to Gustav Wagner był prawdziwym szefem”. Wagner mruknął: „To bzdury”. Szmajzner nie dawał za wygraną: „Mordowałeś ludzi, strzelałeś do nich i wysadzałeś ich w powietrze. Minęło 36 lat.

Przyznaj się”. W końcu krzyczał: „Czy wiesz, co to dla mnie znaczy? Bądź człowiekiem i mów prawdę”. Wagner zaprzeczył, że kogokolwiek zabił.

Szmajzner powiedział z ironią: „Wszyscy oni byli dla nas zawsze dobrzy, przynosili nam kwiaty”. Podał Wagnerowi papierosa: „Pamiętasz Sobibór, dym? Nigdy nie dałeś mi papierosa, a ja ci dam jednego”. Wagner zirytowany odpowiedział: „Uspokój się”.

Gdy ochrona rozdzielała ich, Wagner powiedział: „Powinieneś być mi wdzięczny, że pozwoliłem ci żyć”. W wywiadzie dla BBC w czerwcu 1979 roku Wagner potwierdził, że Rzesza miała tajny plan eksterminacji Żydów, w którym brał udział, ale sam osobiście nigdy nikogo nie zabił. Padło klasyczne tłumaczenie o wykonywaniu rozkazów. Twierdził, że widział eksterminację niewinnych ludzi, ale nie mógł nic zrobić, bo sam zostałby zabity.

Nie okazał żadnej skruchy. Wagnera przetransportowano do Brasilii, gdzie miał stanąć przed sądem. Wcześniej przebywał w szpitalu psychiatrycznym, gdyż nieskutecznie targnął się na życie. O ekstradycję wystąpiły cztery kraje: Izrael, Polska, Austria i RFN.

Wydawało się, że nic go nie uratuje. W 1979 roku brazylijski Sąd Najwyższy odmówił wydania Wagnera komukolwiek, powołując się na to, że ma brazylijskie obywatelstwo, a jego zbrodnie są przedawnione w lokalnym prawie. Decyzja zszokowała społeczeństwo, zwłaszcza ludność żydowską. Po niespełna roku Wagner znów był wolny, ale nie na długo.

3 października 1980 roku Wagnera odnaleziono martwego w jego domu w Atibaia. W klatkę piersiową miał wbity nóż. Policja ustaliła, że w dniu śmierci nie był sam. Świadek zeznał, że Wagner wziął nóż i poszedł do łazienki, ale wiarygodność tego świadka bywa podważana.

Oficjalny raport sugerował samobójstwo. Nie wszyscy w to wierzą. Podejrzenie padło na Stanisława Szmajznera. Dziennikarz Richard Rashke mówił, że po wydarzeniu zapytał Szmajznera o śmierć Wagnera, a ten popatrzył z chytrym uśmieszkiem i powiedział, że Wagner popełnił samobójstwo dźgając się w klatkę piersiową, po czym się roześmiał.

Szmajznerowi nic nie udowodniono. On sam mówił: „To było moje największe marzenie spotkać kiedyś Wagnera. Myślałem o tym, żeby go zabić, ale społeczność żydowska błagała mnie, bym tego nie robił”. Po wojnie wielu niemieckich zbrodniarzy znalazło schronienie w Ameryce Południowej, nie tylko w Argentynie i Brazylii.

Wstydliwe epizody mają w historii także Chile, Paragwaj, Boliwia czy Urugwaj. Zbiegowie korzystali z sieci dawnych współpracowników i sprzyjających polityków. Część nigdy nie została odnaleziona, inni, jak Adolf Eichmann czy Franz Stangl, zostali schwytani i osądzeni po latach. Ich historie pokazują, że losy nazistów nie kończyły się w 1945 roku, a cień wojny długo kładł się na drugim końcu świata.

Szymonowi Wiesenthalowi chodziło właśnie o to, by zbrodniarze nigdy nie czuli się całkowicie bezkarni, by oglądali się przez ramię i martwili aresztowaniem. Przypadek Gustawa Wagnera pokazał, że czasem to poczucie nieuchronności było największą karą.