Badał największą kradzież w historii Polski – zginął 2 dni po odsunięciu. A potem umierali kolejni..

Badał największą kradzież w historii Polski - zginął 2 dni po odsunięciu. A potem umierali kolejni..

Najpierw było jedno zdanie zapisane w prywatnym kalendarzu. „Dalsza praca to osobiste, śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych”. Napisał je nie oficer wywiadu ani świadek koronny, lecz zwykły kontroler skarbowy, który w lipcu 1991 roku wyszedł ze spotkania z premierem, wicepremierem odpowiedzialnym za reformę gospodarczą oraz prezesem Najwyższej Izby Kontroli.

Thumbnail

Spotkanie, o które sam zabiegał, nie zmieniło biegu spraw. Trzynaście dni później człowiek ten nie żył. Miał 37 lat. Osiemdziesiąt jeden dni po jego śmierci w wypadku drogowym pod Piotrkowem Trybunalskim zginął prezes Najwyższej Izby Kontroli, profesor Walerian Pańko.

Jechał do Sejmu z raportem dotyczącym tej samej sprawy. Nazajutrz miał skończyć 50 lat. Razem z nim zginął dyrektor biura informacyjnego kancelarii Sejmu. Kierowca, funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu, wyszedł z wraku niemal bez obrażeń i to on został uznany za jedynego winnego katastrofy.

Sedno sprawy nie dotyczyło jednak wyłącznie tych zgonów. Chodziło o pieniądze, które państwo polskie przeznaczyło na spłatę własnego zadłużenia, a które w pewnym momencie przestały istnieć. Sąd uznał, że Skarb Państwa stracił co najmniej 134 miliony złotych. Prokuratura mówiła o 350 milionach.

Niezależni badacze szacowali straty na ponad miliard dolarów. Do dziś nie ustalono, na czyje rachunki ostatecznie trafiły te środki. Wszystko zaczęło się w latach 70. , gdy władze Polski Ludowej postanowiły na masową skalę kupować na Zachodzie licencje, maszyny i całe fabryki, licząc, że wyprodukowane towary spłacą zaciągnięte kredyty.

Założenia nie sprawdziły się. W 1979 roku gospodarka po raz pierwszy w historii PRL się skurczyła, a dwa lata później państwo przestało regulować raty. Polska stała się krajem, który nie płacił, a jej dług stał się towarem, który można było kupić na rynku wtórnym za ułamek wartości. Kluczowym elementem układanki był Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, powołany ustawą uchwaloną w lutym 1989 roku, jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu.

Formalnie miał gromadzić środki na obsługę długu, w praktyce miał potajemnie skupować polskie zobowiązania przez podstawione podmioty. Utajnienie było wpisane w jego konstrukcję od pierwszego dnia. W latach 1989–1990 same dotacje z budżetu centralnego wyniosły 9 bilionów 800 miliardów ówczesnych złotych. Dyrektorem generalnym funduszu został Grzegorz Rzemek, ekonomista z doświadczeniem w bankowości zagranicznej.

Był też tajnym współpracownikiem wojskowego wywiadu, zarejestrowanym pod pseudonimem „DIK”. Wynika to z akt przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej. Sam Rzemek przyznał to publicznie podczas procesu. Jego zastępczynią i główną księgową została Janina Chim.

W radzie nadzorczej funduszu zasiadali przedstawiciele Ministerstwa Finansów i banku centralnego, formalny nadzór był jednak pozbawiony realnego znaczenia. Michał Falcman urodził się 28 października 1953 roku w Jeleniej Górze. Przed objęciem funkcji w Najwyższej Izbie Kontroli pracował jako kontroler skarbowy w Warszawie. W październiku 1989 roku otrzymał rutynowe zlecenie kontroli przedsiębiorstwa handlu zagranicznego Universal.

W księgach firmy zauważył przepływy, które nie miały związku z jej oficjalną działalnością. Po drugiej stronie części przelewów stała instytucja, której wcześniej nie znał, Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Gdy zaczął żądać dokumentów, część odpowiedzi brzmiała, że to tajemnica państwowa. Falcman zadał wtedy pytanie, które zdeterminowało jego dalsze losy: czyja to właściwie tajemnica i przed kim jest chroniona.

Przez kolejne miesiące pracował nad sprawą po godzinach, prowadząc własne notatki, które przetrwały jego śmierć. Wiosną 1990 roku był już przekonany, że ma do czynienia nie z błędem księgowym, lecz ze zjawiskiem o znacznie większej skali. Przez rok pisał do przełożonych i pukał do drzwi instytucji, ale jego pisma były rejestrowane i odkładane na bok. Gdy droga służbowa zawiodła, opublikował pierwszy tekst o funduszu w nisko nakładowym piśmie warszawskich opozycjonistów.

W styczniu 1991 roku Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła kontrolę w funduszu, a Falcman dołączył do zespołu wiosną. Po raz pierwszy otrzymał narzędzie, o jakim mógł marzyć: legitymację otwierającą drzwi banku centralnego. Zespół prowadził Anatol Lawina, wieloletni działacz opozycyjny związany z Komitetem Obrony Robotników, internowany w stanie wojennym. Falcman pracował po kilkanaście godzin na dobę, sypiał po cztery godziny i nie brał dni wolnych.

Zaczął zamawiać dokumenty, których wcześniej nie mógł zobaczyć, i układał je przelew po przelewie. W jego notatkach pojawiały się kolejne nazwiska i instytucje, początkowo niemające związku z finansami publicznymi. Ustalił, że system rozliczeń funduszu został skonstruowany tak, aby uniemożliwić przypisanie konkretnej wypłaty do konkretnej transakcji. Nie był to bałagan, lecz systematyczny brak dokumentacji zawsze na tym samym etapie, w momencie przejścia pieniędzy z rąk państwowych do prywatnych.

Środki płynęły przez Bank Handlowy na konta spółek, część z nich zarejestrowanych w miejscach, gdzie nie pytano o właściciela. Część pieniędzy posłużyła też do łatanina strat w luksemburskiej spółce zależnej Banku Handlowego, którą wcześniej kierował Rzemek. W grudniu 1989 roku prezes Banku Handlowego napisał do ministra finansów pismo, w którym informował, że stan rozliczeń banku z budżetem i funduszem przybrał rozmiary katastrofalne. Dokument istnieje i znajduje się w archiwum IPN.

Odpowiedzi na pytanie, co z tą informacją zrobiono, nie ma do dziś. Falcman zaczął też sprawdzać życiorysy ludzi po drugiej stronie przelewów. Zwrócił uwagę na powtarzające się ścieżki kariery: handel zagraniczny, placówki dyplomatyczne, banki zagraniczne z polskim kapitałem. W notatniku zapisał krótko, że fundusz to działania związane z obcymi służbami wywiadowczymi.

Trzeba tu rozdzielić trzy poziomy ustaleń. Udokumentowane jest, że dyrektor funduszu był tajnym współpracownikiem polskiego wywiadu wojskowego. Wielu badaczy uważa za prawdopodobne, że całość stanowiła operację tzw. Oddziału Y, komórki wywiadu wojskowego szkolonej przez sowiecki wywiad.

Nie ma natomiast dowodu na bezpośrednie sterowanie całym przedsięwzięciem z Moskwy. 3 lipca 1991 roku Falcman spotkał się z premierem, wicepremierem i ministrem finansów oraz prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Nie ma stenogramu z tego spotkania, a relacje uczestników różnią się w szczegółach. Wiadomo natomiast, jaki był efekt: nic nie zostało wstrzymane, nikt nie został odsunięty od zarządzania funduszem.

Kontrola miała toczyć się dalej swoim trybem. 16 lipca Falcman wysłał do warszawskiego oddziału Narodowego Banku Polskiego pismo z prośbą o udostępnienie informacji objętych tajemnicą bankową dotyczących obrotów i stanów środków funduszu. Tego samego dnia w południe Anatol Lawina przekazał mu polecenie służbowe prezesa izby o odsunięciu go od wszelkich czynności kontrolnych. Nikt nigdy nie wyjaśnił publicznie, kto zawiadomił kierownictwo izby o piśmie i w jakim trybie.

18 lipca 1991 roku Michał Falcman doznał zawału mięśnia sercowego i zmarł. Oficjalna przyczyna zgonu nie budzi zastrzeżeń medycznych: nadwaga, papierosy, wielomiesięczne przepracowanie i stres. Zestawienie dat pozostaje jednak wymowne: wniosek do banku, odsunięcie od czynności i zgon w ciągu 48 godzin. Nie ma dowodu, że komukolwiek pomógł umrzeć.

Pytanie, czy ktoś go zabił, może być jednak pytaniem drugorzędnym, bo wystarczyło zostawić go samego. Kontrola toczyła się dalej. Powstał raport, który prezes Pańko zamierzał przedstawić Sejmowi. Jechał z nim 7 października 1991 roku do Katowic, gdzie miał wygłosić wykład inauguracyjny na swojej uczelni.

Na drodze pod Piotrkowem Trybunalskim jego samochód zjechał na lewy pas i uderzył w nadjeżdżające BMW. Pańko i jego pasażer zginęli na miejscu. Prokurator obecna na miejscu zdarzenia stwierdziła zwykły wypadek, biegli wykluczyli eksplozję i wcześniejsze uszkodzenie pojazdu. Wersja o zamachu funkcjonuje w publicystyce, ale nie w aktach śledztwa.

W kolejnych latach ze sprawą wiązano też inne zgony. Anatol Lawina, który kierował zespołem kontrolnym, był wielokrotnie bity przez nieznanych sprawców i zmarł w 2006 roku po kolejnym pobiciu. Śledztwo umorzono. W 2000 roku śmiertelnie postrzelony we własnym biurze został Ireneusz Sekuła, były wicepremier ostatniego rządu PRL.

Miał trzy rany postrzałowe, a śledztwo umorzono przy wersji samobójstwa. On sam konsekwentnie powtarzał, że strzelał do siebie. Alternatywna wersja jego śmierci wiązała się z długami, a nie z funduszem. Proces w sprawie funduszu trwał 14 lat.

Rzemek i Chim trafili do aresztu w 1991 roku, pierwszy akt oskarżenia trafił do sądu w 1993 roku, a proces ruszył w 1998 roku. Wśród oskarżonych znalazł się też Dariusz Przywieczerski, prezes Universalu, nazwany przez sąd mózgiem całej afery. W trakcie procesu Rzemek zeznał, że fundusz powstał między innymi po to, aby mógł kontynuować zadania zlecone mu przez wojskowe służby specjalne. Nie wszczęto jednak odrębnego śledztwa w sprawie osób, które miały mu zlecać zadania.

Wyrok pierwszej instancji zapadł w 2005 roku. Rzemek dostał 9 lat pozbawienia wolności, Chim 6 lat, Przywieczerski 3,5 roku. Rok później sąd apelacyjny uznał, że część zarzutów się przedawniła i obniżył kary. Przywieczerski zniknął z kraju jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku, przebywał w Stanach Zjednoczonych i wrócił do Polski dopiero w 2018 roku po deportacji.

W pierwotnym akcie oskarżenia znaleźli się także wysocy urzędnicy państwowi, w tym były wiceminister finansów i były prezes banku centralnego, ale wobec nich postępowanie przedawniło się w toku procesu. Nie ustalono nigdy wartości długu, który za przekazane środki faktycznie wykupiono. Sąd liczył tylko kwoty możliwe do przypisania konkretnym osobom w granicach postawionych zarzutów. Reszta nie została policzona.

Nikt nie ustalił, na czyje rachunki ostatecznie trafiły pieniądze. Wytransferowanych środków nigdy nie odzyskano. Sprawa formalnie została zamknięta prawomocnym wyrokiem, ale kluczowe pytanie pozostaje bez odpowiedzi: gdzie są pieniądze? Falcman i Pańko zginęli nie dlatego, że odkryli tajemnicę, ale w chwili, gdy próbowali ją komuś przekazać.

W tej historii niebezpieczne nie było wiedzieć, lecz mówić.