Jan Kulczyk, najbogatszy Polak od niemal piętnastu lat nieprzerwanie zasiadający na szczycie list majątkowych, miał opuścić wiedeński szpital w środę lipcową. W Warszawie czekały na niego spotkania – współpracownicy mieli w kalendarzach wpisane godziny, miejsca i nazwiska. Zabieg, na który się zgłosił, opisywano jako drobny, rutynowy, wręcz nudny. Nie wyszedł ze szpitala i nie pojawił się na żadnym spotkaniu.

Zamiast tego agencje prasowe podały informację, w którą przez kilka godzin nikt w Polsce nie chciał uwierzyć. Jan Kulczyk nie żyje. Szybko okazało się, że oficjalna wersja wydarzeń w wiedeńskiej klinice zaczyna się zmieniać. Najpierw mówiono o powikłaniach po drobnym zabiegu kardiologicznym.
Potem ustalono, że zabieg wcale nie był kardiologiczny. Później pojawiła się austriacka prasa z wersją, w której operacja trwała niemal sześć godzin zamiast półtorej, a podczas zabiegu doszło do uszkodzenia tętnicy. Rodzina milczała, a spółka wydała oświadczenie składające się z dwóch słów: powikłania pooperacyjne. W tle było jednak coś jeszcze.
Rok wcześniej ten sam człowiek został nagrany. Jego głos – rozmowa o prywatyzacji jednej z największych polskich firm – trafił do opinii publicznej. Prokuratura przygotowywała się do jego przesłuchania. Od jego zeznań zależało, kto zostanie oskarżony w tej sprawie.
Zeznań nigdy nie złożył. I wtedy w komentarzach, na forach i przy stole zaczęło pojawiać się zdanie, które brzmi absurdalnie: „Czasem lepiej umrzeć w cudzysłowie, bo wtedy nikt już za tobą nie goni”. Urodził się 24 czerwca 1950 roku w Bydgoszczy. Dorastał w domu, w którym przedsiębiorczość nie była czymś wstydliwym.
Jego ojciec prowadził interesy i znał realia handlu po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Sam Kulczyk wybrał drogę akademicką – prawo, doktorat i znajomość języka niemieckiego na poziomie pozwalającym negocjować bez tłumacza. Ta ostatnia umiejętność okazała się kluczowa, gdy Polska otwierała się na Zachód. Było wtedy zaledwie kilkanaście osób w kraju, które potrafiły usiąść z niemieckim zarządem i mówić ich językiem, ich kodem kulturowym.
Przełom lat 80. i 90. to import samochodów, od którego zaczyna się opowieść o jego karierze. Kulczyk nie zbudował fabryki ani nie opatentował technologii.
Zbudował kanał – połączenie między światem, w którym były samochody, a światem, w którym na auta czekano latami. Ten schemat powtarzał się w jego życiu kilkanaście razy, zawsze na coraz większą skalę. Stawał w miejscu, gdzie spotykały się dwa światy, i pobierał opłatę za przejście. Lata 90.
w Polsce to czas, gdy państwo trzymało w rękach telekomunikację, banki, ubezpieczenia, chemię, rafinerie, energię i drogi, a potem postanowiło to sprywatyzować. Nie było gotowych procedur ani ludzi, którzy wiedzieli, jak takie transakcje przeprowadzać. Kulczyk był jednym z pierwszych, którzy wiedzieli. Przez dwie dekady uczestniczył w największych transakcjach i przekształceniach własnościowych w Polsce.
Współtworzył Polską Radę Biznesu, przewodniczył Polsko-Niemieckiej Izbie Przemysłowo-Handlowej. Od 2000 roku niemal nieprzerwanie rządził na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. Stracił pierwsze miejsce tylko raz, w 2007 roku, po rozwodzie z żoną Grażyną i podziale majątku. W 2013 roku amerykański „Forbes” wycenił jego fortunę na 3,5 miliarda dolarów.
W roku śmierci, 2015, na ponad 15 miliardów złotych. Kluczem do zrozumienia tej fortuny nie są jednak liczby, lecz sektory, w których działał. Energia, ropa i gaz, surowce mineralne, infrastruktura, nieruchomości. To lista obszarów, w których o wyniku nie decyduje jakość produktu, ale decyzje administracyjne – koncesja, przetarg, zgoda regulatora, umowa rządowa.
W każdej z tych branż kluczowym zasobem nie jest kapitał, tylko dostęp. Od prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej po Wartę, Ciech i Autostradę Wielkopolską – wszędzie wygrywał ten, kto rozumiał, jak funkcjonuje państwo i umiał z nim rozmawiać. Samo w sobie nie było w tym nic nielegalnego. Partnerstwo publiczno-prywatne to legalny i powszechny model.
Lobbing jest legalny, doradzanie rządom legalne. Model ten miał jednak cechę, która zadecydowała o całej tej historii – był całkowicie nieprzejrzysty z zewnątrz. Kiedy zarabiał Steve Jobs, każdy trzymał w ręku telefon i wiedział, skąd pochodzą pieniądze. Kiedy zarabiał Jan Kulczyk, przeciętny Polak widział tylko nagłówek: „Kolejna państwowa firma sprzedana”.
Jego reputacja od zawsze była dwoista. Dla jednych był twarzą polskiej transformacji, dowodem, że Polak może grać w pierwszej lidze światowego biznesu. Dla innych symbolem układu, w którym o miliardach decyduje się przy kolacji, a nie w przetargu. Prawda o takich postaciach zwykle leży w obu miejscach jednocześnie – można być autentycznym budowniczym i człowiekiem, którego przewaga wynikała z bliskości władzy.
Była jednak jedna gałąź tej historii, która przez lata pozostawała w cieniu. Jedna gałąź objęta klauzulą tajności w 2004 roku. I to od niej zaczyna się opowieść o tym, dlaczego do dziś ludzie wpisują w wyszukiwarki pytanie: czy Jan Kulczyk naprawdę umarł? 17 lipca 2003 roku, Wiedeń, restauracja Nikis.
Przy stole zasiada kilku mężczyzn. Jednym z nich jest Jan Kulczyk, najbogatszy Polak. Drugim – Władimir Ałganow, rosyjski oficer wywiadu, nazwisko, które w Polsce kojarzy się z jednym – z aferą wokół Józefa Oleksego, premiera oskarżanego w 1995 roku o współpracę z rosyjskim wywiadem. Według doniesień spotkanie trwało około czterech godzin, od 14 do 18.
Według późniejszych zeznań przed komisją śledczą pomysł spotkania narodził się kilka miesięcy wcześniej, a przygotował je doradca biznesmena Marek Modecki, który znał Ałganowa. W organizację zaangażowani byli również przedsiębiorcy Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel. Oficjalnym tematem rozmowy był tranzyt energii przez Polskę – techniczny, nudny temat. Gdyby nie to, co wydarzyło się piętnaście miesięcy później, nikt nigdy by o tym spotkaniu nie usłyszał.
21 października 2004 roku ujawniono notatki Agencji Wywiadu opisujące to wiedeńskie spotkanie. Według notatki rozmowa nie dotyczyła wyłącznie tranzytu energii. Biznesmen miał rzekomo zapewniać Ałganowa, że ma pełnomocnictwa do kontynuowania negocjacji z Rosjanami w sprawie sprzedaży Rafinerii Gdańskiej, i powoływać się przy tym na wsparcie prezydenta, używając określenia „pierwszy”. Gdyby notatka była prawdziwa, oznaczałoby to, że najbogatszy polski przedsiębiorca negocjował sprzedaż strategicznej rafinerii z człowiekiem związanym z rosyjskim wywiadem, twierdząc, że ma ciche poparcie głowy państwa.
Powołano komisję śledczą ds. PKN Orlen. Przesłuchania transmitowano na żywo, oglądały je miliony Polaków. Lobbysta Marek Dochnal miał rzekomo negocjować z ministrem Skarbu Państwa sprzedaż ważnych polskich spółek energetycznych Rosjanom.
Ale ta historia ma dwie strony. Andrzej Kuna, współorganizator spotkania, zeznał przed komisją, że nie słyszał, by Kulczyk i Ałganow rozmawiali o „pierwszym” czy łapówkach za sprzedaż rafinerii. Zeznał też, że Kulczyk nie pytał go, kim jest Ałganow. Były szef polskiego wywiadu generał Gromosław Czempiński zwracał uwagę, że wybór akurat Ałganowa – człowieka, którego nazwisko w Polsce było synonimem skandalu – wyglądał na prowokację.
Zasugerował, że informacje podane przez rosyjskiego szpiega mogły być nieprawdziwe i stanowić element większej gry. Jeśli chcesz zniszczyć reputację najważniejszego biznesmena w kraju, podważyć wiarygodność prezydenta i zasiać nieufność, wysyłasz na spotkanie człowieka, którego nazwisko jest tam synonimem zdrady. Sprawa wiedeńskiego spotkania nigdy nie doczekała się finału. Osoby, wobec których postawiono najpoważniejsze zarzuty wynikające z relacji rosyjskiego rozmówcy, nigdy nie zostały skazane.
Nie wiadomo, czego dokładnie Ałganow chciał od Kulczyka. Rafineria nie została sprzedana Rosjanom. I gdyby historia skończyła się tutaj, byłaby to jedna z wielu nieukończonych afer polskich lat 2000. Ale nie skończyła się, bo jedenaście lat później ten sam człowiek znów znalazł się w centrum skandalu.
Tym razem nie chodziło o notatkę z wywiadu. Tym razem nagrano jego własny głos. Rok 2014. Afera podsłuchowa wstrząsa Polską.
Nagrania rozmów z warszawskich restauracji trafiają do mediów. Politycy, urzędnicy, ministrowie, biznesmeni. Jan Kulczyk także pojawia się na nagraniach. Kontrowersje wokół prywatyzacji Ciechu, jednej z największych spółek chemicznych w kraju, nabrały nowego wymiaru po ujawnieniu nagrań jego rozmów z lobbystą Piotrem Wawrzynowiczem i ówczesnym prezesem Najwyższej Izby Kontroli Krzysztofem Kwiatkowskim.
Najbogatszy przedsiębiorca w kraju, zawodowy lobbysta i szef instytucji, której konstytucyjnym obowiązkiem jest kontrola majątku państwowego. Samo spotkanie nie dowodzi niczego – ludzie na takich stanowiskach spotykają się zawodowo. Ale dla opinii publicznej nagrania zrobiły coś, czego nie zrobił żaden raport wywiadu – dały ludziom dźwięk. Ton głosu, swobodę, zażyłość, wrażenie, że sprawy istotne dla państwa załatwia kilka osób między daniami.
Po ujawnieniu nagrań prokuratura podjęła działania. Sprawa prywatyzacji Ciechu wróciła, a Jan Kulczyk miał zeznawać. Polskie media pisały w lipcu 2015 roku wprost: to od Kulczyka zależy, kogo oskarży prokuratura. Ten sam okres, w którym najbogatszy Polak leżał na oddziale pooperacyjnym w Wiedniu.
Oto fakty ułożone na osi czasu. Człowiek, którego zeznania miały wyznaczyć kierunek śledztwa w jednej z największych prywatyzacji w historii kraju, umiera przed ich złożeniem. Umiera nagle za granicą po zabiegu opisywanym jako drobny. Te dwa wydarzenia dzieli bardzo krótki czas.
Był jeszcze jeden element tej układanki – jedyny widoczny dla każdego Polaka. Jacht Phoenix 2. Zbudowany w 2010 roku w niemieckiej stoczni Lürssen, jeden z najbardziej prestiżowych na świecie. 90 metrów długości, 14 metrów szerokości.
Baseny, jacuzzi, spa, ogród zimowy, kino, lądowisko dla helikoptera. Koszt około 120 milionów. Jan Kulczyk kupił go sobie na 60. urodziny.
Rosyjscy oligarchowie kupowali jachty w tym samym przedziale cenowym – w podobnym zakresie wartościował się jacht Igora Sieczyna, który odwiedził Warszawę w 2010 roku, by dać do zrozumienia, że Rosjanie chcą kupić polską rafinerię. Ale Phoenix 2 był ważny nie ze względu na luksus. Był ważny, bo był jedynym elementem majątku Kulczyka, który można było śledzić. Każdy duży statek nadaje sygnał pozycji.
Cała fortuna była niewidzialna. Widoczny był tylko jeden obiekt, a ten obiekt pływał. Kiedy właściciel umiera, a jacht dalej pływa po Karaibach, ludzki umysł zadaje pytanie: skoro pływa, to kto na nim jest? Kulczyk był najbardziej międzynarodowo aktywnym polskim biznesmenem.
Działał w Europie, Afryce i Ameryce Południowej. Jego flagową spółką w Afryce była notowana w Londynie Ophir Energy, zajmująca się głębinowymi poszukiwaniami węglowodorów – jedną z najbardziej kapitałochłonnych i ryzykownych dziedzin biznesu. Do tego projekty naftowe i gazowe na Ukrainie, w Tunezji, Brunei, Nigerii, Demokratycznej Republice Konga. Nad tym wszystkim stała struktura holdingowa z siedzibą w Luksemburgu.
I tu dochodzimy do sedna. Legalna, skomplikowana międzynarodowa struktura holdingowa wygląda z zewnątrz identycznie jak struktura kryminalna. Ten sam Luksemburg, te same spółki celowe, te same jurysdykcje. Różnicy nie widać gołym okiem – widać ją dopiero w dokumentach rejestrowych i raportach giełdowych.
A nikt tego nie czyta, bo to tygodnie pracy. Zostaje wrażenie. Nieprzejrzystość nie jest przestępstwem, ale z zewnątrz jest nieodróżnialna od przestępstwa. Zbudujmy zatem teorię o tym, że Kulczyk żyje, tak mocno, jak się da.
Filar pierwszy: zmieniające się wersje. W ciągu jednego dnia opinia publiczna dostała dwie sprzeczne informacje o tym, na jaki zabieg poszedł najbogatszy Polak – najpierw kardiologiczny, potem nie. Później trzecia, urologiczna. Jeśli człowiek umiera w szpitalu, szpital wie, co mu zrobiono.
Chaos pojawia się wtedy, gdy prawdziwa wersja nie istnieje, bo trzeba ją najpierw skonstruować. Filar drugi: zagranica i brak jawnego postępowania. Śmierć nastąpiła w Austrii, poza jurysdykcją polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie było otwartego śledztwa ani konferencji prasowej szpitala.
Filar trzeci, najmocniejszy: zbieg w czasie zeznania w sprawie Ciechu. Fakt, że człowiek, od którego zeznań zależało postępowanie, umiera tuż przed ich złożeniem, tworzy motyw. Filar czwarty: szybkie i ciche rozliczenie majątku. Fortuna warta 15 miliardów złotych przechodzi na spadkobierców bez publicznych sporów.
Dla teoretyka to dowód, że wszystko było przygotowane z wyprzedzeniem. Filar piąty: tło. Kraj, w którym premiera oskarżano z mównicy sejmowej o związki z rosyjskim wywiadem, w którym ujawniono notatkę o spotkaniu z rosyjskim szpiegiem, w którym słowo „układ” nie wymaga tłumaczenia. W takim kraju pytanie o to, czy naprawdę umarł, nie jest objawem szaleństwa.
Jest logiczną konsekwencją 25 lat doświadczeń. Sprawdźmy teraz każdy z tych filarów bez litości. Filar pierwszy – zmieniające się wersje – nie utrzymuje się. Wersje istotnie się zmieniały, ale istnieje prostsze wyjaśnienie niż spisek.
Człowiek publiczny, o którego zdrowiu opinia publiczna nie wiedziała nic, umiera nagle. Dziennikarze mają dwie godziny na napisanie tekstu. Dzwonią do przyjaciół i współpracowników, którzy sami nie wiedzą wszystkiego, bo choroba była pilnie strzeżoną tajemnicą. Ktoś mówi: „coś z sercem”.
Ktoś inny: „nie, nie serce”. Trzeci wie więcej, ale nie może powiedzieć. Rozbieżność wersji nie jest śladem mistyfikacji – jest śladem prywatności. Człowiek leczony na raka prostaty przez rok miał prawo o tym nie informować.
Filar drugi – śmierć za granicą, brak dochodzenia – również nie utrzymuje się. Kluczowy szczegół, który zwolennicy teorii pomijają: Szpital to Allgemeines Krankenhaus der Stadt Wien, publiczny ogromny kompleks z tysiącami pracowników. Sfałszowanie śmierci w takim miejscu wymagałoby udziału lekarza prowadzącego, zespołu chirurgicznego, personelu pooperacyjnego, administracji, urzędu wydającego akt zgonu, zakładu pogrzebowego i służb transportujących ciało przez granice. Mówimy o dziesiątkach osób w co najmniej dwóch krajach, w tym o austriackich urzędnikach, którzy musieliby fałszować dokumenty.
Do tego doszedł publiczny pogrzeb w Poznaniu, na który zamknięto ulice miasta. Przyjechali prezydenci, ministrowie, prezesi największych firm. Osoby znające go od 40 lat zabierały głos publicznie. Ucieczka wymaga ciszy i małej liczby świadków.
Publiczny szpital za granicą i pogrzeb, na który zamyka się ulice dużego miasta, to najgorszy możliwy sposób na zniknięcie. Filar trzeci – zbieg w czasie – pozostaje niewygodnym zbiegiem okoliczności, ale nie dowodem. To prawda, że zeznanie nigdy nie padło. Ale gdyby celem było uniknięcie zeznań, śmierć jest najbardziej ekstremalnym, kosztownym i ryzykownym rozwiązaniem.
Człowiek z fortuną 15 miliardów, obywatelstwem, miejscem zamieszkania poza Polską, armią prawników i interesami na trzech kontynentach ma dziesiątki sposobów, by opóźnić lub uniknąć postępowania – choroba, podróż, wnioski, odwołania, zwykłe przeciąganie. Sfałszowanie śmierci nie kończy problemu, lecz go mnoży. Traci się dostęp do własnych pieniędzy, bo formalnie przestają być twoje. Traci się możliwość podpisywania czegokolwiek, zarządzania firmą.
Zostaje się z dziesiątkami ludzi, którzy znają sekret i mogą szantażować do końca życia. Czy człowiek, którego życie opierało się na byciu w pokoju, w którym zapadają decyzje, dobrowolnie skazałby się na dożywotnią nieobecność we wszystkich pokojach naraz? Filar czwarty nie utrzymuje się, bo mamy twarde, publiczne dane. Majątek nie zniknął.
Został podzielony, opisany i przeszedł przez procedury dotyczące spółek giełdowych, które podlegają obowiązkom informacyjnym wobec inwestorów. Po śmierci Kulczyka jego dzieci, Dominika i Sebastian, jako rodzeństwo zajęły pierwsze miejsce w rankingu najbogatszych Polaków. W 2018 roku ogłosili podział, a na początku 2019 roku został on przeprowadzony i jest publicznie znany. Sebastian otrzymał aktywa Kulczyk Investments – operacyjne serce imperium.
Dominika otrzymała ich równowartość w gotówce – 4,5 miliarda złotych. Syn zasiadł też w radzie nadzorczej Polenergii, spółki, która po podziale należała do jego siostry. W kolejnych latach oboje regularnie pojawiali się w rankingach najbogatszych Polaków z majątkami rzędu 6–7 miliardów złotych każdy. A jacht?
Phoenix 2 po śmierci właściciela przeszedł na dzieci. Ponieważ korzystali z niego bardzo rzadko, został wydzierżawiony na czartery. Pływał głównie po Karaibach i Morzu Śródziemnym. Tygodniowy czarter w sezonie letnim kosztował milion euro.
Jacht zmarłego właściciela pływa po świecie, bo jest komercyjnie wynajmowany turystom, których stać na milion tygodniowo. To wszystko. Żadnego ukrytego pasażera. Umowa czarterowa i biuro brokerskie.
W 2022 roku rodzeństwo postanowiło sprzedać jednostkę. Została wystawiona przez znane biuro brokerskie Burgess. Cena wywoławcza wynosiła 129 milionów euro, ponad pół miliarda złotych. Ostatni widoczny element imperium został publicznie wystawiony na sprzedaż z ceną w katalogu na stronie internetowej, którą każdy mógł otworzyć.
Tak wyglądają „znikające” miliardy. Nie zniknęły. Zostały odziedziczone, podzielone, zainwestowane, opodatkowane i częściowo spieniężone. Dokładnie tak, jak dzieje się z każdą wielką fortuną po śmierci jej twórcy.
Cała tajemnica znikających pieniędzy nie istnieje – był tylko dziedziczenie. Filar piąty – tło nieufności – nie zostanie obalony, bo jest prawdziwy. Polska nieufność co do sposobów podziału majątku narodowego ma solidne podstawy. Wynika z realnych wydarzeń, skandali, komisji śledczych, notatek wywiadu, nagrań i postanowień, które nigdy nie zapadły.
Ale nieufność do systemu to jedno, a twierdzenie, że konkretna osoba żyje, to co innego. Pierwsze jest uzasadnione, drugie wymaga dowodów. I dowodów nie ma. Teoria o sfałszowanej śmierci nie powstaje z faktów.
Powstaje z luk – z tego, czego nie wiemy. Brak jasnej informacji medycznej, brak publicznego dochodzenia, brak zrozumiałej struktury majątku, brak rozstrzygnięcia sprawy wiedeńskiego spotkania. Ludzki umysł nie znosi luk w opowieści i wypełnia je najbardziej dramatycznym materiałem. Nie wszystko jednak zostało wyjaśnione.
Po pierwsze, sprawa wiedeńskiego spotkania z 17 lipca 2003 roku nigdy nie została definitywnie zamknięta. Do dziś nie wiadomo, czego dokładnie Władimir Ałganow chciał od Jana Kulczyka. Nie wiadomo, czy notatka wywiadu wiernie odzwierciedlała treść rozmowy, czy była zapisem rosyjskiej gry – jak sugerował były szef polskiego wywiadu. Cztery godziny rozmowy przy stole w wiedeńskiej restauracji.
Komisja śledcza, miliony widzów przed telewizorami i dwie dekady później nadal nie wiemy, o czym naprawdę tam rozmawiano. To nie jest teoria spiskowa. To udokumentowana luka w wiedzy państwa polskiego w sprawie dotyczącej własnego bezpieczeństwa energetycznego. Po drugie, zeznanie w sprawie prywatyzacji Ciechu nigdy nie zostało złożone.
Człowiek, od którego słów zależał kierunek postępowania, umarł, zanim go przesłuchano. Cokolwiek mógł powiedzieć, umarło wraz z nim. Świadkowie umierają, to się zdarza. Ale skutek jest realny i trwały – pewna część tej historii nie może zostać odtworzona.
Po trzecie, medyczna strona sprawy. Wszystko, co wiemy o przebiegu operacji – czasie trwania, uszkodzonej tętnicy, sześciu dniach na oddziale pooperacyjnym – wiemy z doniesień prasowych powołujących się na źródła. Kulczyk Holding przekazała dwa słowa: powikłania pooperacyjne. Nie ma publicznego dokumentu, który krok po kroku opisywałby przebieg zdarzeń.
Rodzina nie miała obowiązku takiego dokumentu ujawnić. Ale konsekwencja jest taka, że w tej historii pozostaje przestrzeń, w której zamiast faktów mamy relacje. I dopóki tak będzie, ktoś zawsze będzie tę przestrzeń wypełniał własną wersją. Odpowiedź na pytanie, od którego zaczęła się ta opowieść, jest jednoznaczna.
Nie, Jan Kulczyk nie żyje. Zmarł 29 lipca 2015 roku w publicznym szpitalu w Wiedniu w wieku 65 lat, po powikłaniach po zabiegu, który miał być rutynowy, po wcześniejszym leczeniu onkologicznym, o którym prawie nikt nie wiedział. Został pochowany w Poznaniu na pogrzebie, na który zamknięto ulice miasta. Jego majątek odziedziczyła dwójka dzieci i został podzielony w 2019 roku.
Jego jacht był czarterowany, a następnie wystawiony na sprzedaż za 129 milionów euro. Nie ma ani jednego dowodu na cokolwiek innego. Ale prawdziwe pytanie tej historii nigdy nie brzmiało, czy on żyje. Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego cały kraj był gotów w to uwierzyć?
Dlaczego dziesiątki tysięcy normalnych, rozsądnych ludzi czytało poważne portale i dopuszczało myśl, że najbogatszy Polak mógł po prostu wyjść z własnego życia i zniknąć? Odpowiedź nie leży w wiedeńskiej klinice. Leży w sposobie, w jaki budowano największe fortuny w tym kraju. W tym, że przez ćwierć wieku najważniejsze decyzje o majątku narodowym zapadały w sposób, którego obywatel nie mógł prześledzić – w tajnych notatkach, w komisjach śledczych, które do niczego nie doprowadziły, w nagraniach z restauracji, w poczuciu, że istnieje pokój, do którego wchodzi kilkanaście osób, a nikt z zewnątrz nie wie, co jest w nim przesądzane.
Człowiek, który stał się bohaterem tej teorii, nie żyje. System, który rodzi teorie, ma się świetnie. I dlatego tak naprawdę nie pytamy o Jana Kulczyka.
Pytamy o samych siebie.