Był już na ziemi, gdy kilka minut później jeden z pasażerów, których mijał w klasie biznes, wszedł do kokpitu samolotu i przejął nad nim kontrolę. 11 września 2001 roku zaczął się od rutynowego porannego lotu z Bostonu do Los Angeles, a skończył atakiem, który na zawsze zmienił Stany Zjednoczone. O 7:59 z lotniska Logan w Bostonie wystartował Boeing 767 linii American Airlines, lot numer 11. Na pokładzie znajdowały się 92 osoby.

Kapitanem był John Ogonowski, doświadczony pilot o polskich korzeniach. Wśród pasażerów znajdował się między innymi Daniel Levin, izraelski komandos i przedsiębiorca, a także pięciu mężczyzn pochodzenia arabskiego, którzy zajęli miejsca w pierwszej klasie i klasie biznes, tuż obok kokpitu. Jednym z nich był Mohamed Atta. Zaledwie kilkanaście minut po starcie, o 8:14, kontroler lotów Peter Zalewski wydał pilotom rutynowe polecenie zmiany kursu.
Piloci potwierdzili. Kilkanaście sekund później Zalewski poprosił o wzniesienie się na wysokość 10 700 metrów. Odpowiedziała mu jedynie cisza. W tym samym czasie z tego samego lotniska wystartował drugi samolot, Boeing 767 linii United Airlines, lot numer 175.
Na pokładzie było 56 pasażerów, w tym Peter Hanson z żoną i córeczką oraz Brian Sweeney, były pilot i instruktor marynarki wojennej. Tuż po starcie piloci tego lotu usłyszeli przez radio niewyraźne słowa: „Nie ruszajcie się z miejsc”. Nie wiedzieli, skąd pochodzi ten komunikat. W kokpicie lotu 11 panowała cisza.
Kontrolerzy bezskutecznie wzywali załogę. Dopiero o 8:19 usłyszeli dziwny, zniekształcony dźwięk, który brzmiał jak krótki krzyk. W tym samym czasie stewardessa Betty Ong, siedząca w tylnej części samolotu, wykonała telefon na infolinię American Airlines. Poinformowała, że ktoś w klasie biznes został dźgnięty nożem, a kilka osób nie może oddychać.
Radar nie pozostawiał wątpliwości. Lot 11 gwałtownie zmienił kurs i zamiast lecieć na zachód, skierował się na południowy zachód, w stronę Nowego Jorku. Ktoś w kokpicie wyłączył transponder, czyli urządzenie automatycznie identyfikujące samolot dla radarów naziemnych. Kontrolerzy znali już tylko kierunek lotu.
O 8:24 Zalewski w końcu usłyszał głos z kokpitu lotu 11, ale nie był to głos pilota. Porywacz najprawdopodobniej pomylił przełącznik i zamiast połączyć się z pasażerami, zaczął nadawać do kontroli lotów w Bostonie. Jego komunikat, w którym mówił, że samolot wraca na lotnisko, nie pozostawiał złudzeń — doszło do porwania. Stewardessa Amy Sweeney, która również dodzwoniła się do biura American Airlines, powiedziała, że na pokładzie ktoś został ranny.
Michael Woodward, pracownik lotniska, który przed startem zwrócił uwagę na mężczyznę o ponurym spojrzeniu, zrozumiał, że chodzi o pasażerów, których widział. Sweeney poinformowała, że Daniel Levin, były komandos, najprawdopodobniej próbował interweniować i został zabity. Był prawdopodobnie pierwszą ofiarą zamachów z 11 września. W kontroli lotów zapanowała panika.
Zalewski krzyczał do współpracowników, by wyciągnęli taśmę z nagraniem i sprawdzili, czy to, co usłyszeli, jest prawdą. Nie było wątpliwości — samolot został porwany i leciał w stronę Nowego Jorku z prędkością około 960 km/h. Mimo to wojsko nie zostało wezwane od razu. Wszystkie dotychczasowe porwania samolotów kończyły się negocjacjami, a porywacze zwykle chcieli spełnienia żądań, a nie śmierci.
Nikt nie zakładał, że samolot może stać się bronią. O 8:33 bostońska kontrola odebrała ostatni komunikat z lotu 11. Porywacz, który mówił o lądowaniu, ponownie połączył się z ziemią zamiast z pasażerami. Od Manhattanu samolot dzieliło już tylko 120 kilometrów.
Kontrolerzy w końcu zdecydowali się wezwać wojsko, ale czasu było coraz mniej. O 8:34 piloci lotu 175 dostrzegli z odległości około 15 kilometrów sylwetkę Boeinga 767 i zidentyfikowali go jako lot 11. Kontrola lotów nakazała im oddalić się na bezpieczną odległość. Saracini i Horx nie mieli pojęcia, co dzieje się na pokładzie bliźniaczego samolotu i co za chwilę czeka ich samych.
O 8:38 jeden z bostońskich kontrolerów, Joseph Cooper, złamał procedury i zadzwonił do nowojorskiego oddziału NORAD, dowództwa obrony północnoamerykańskiej przestrzeni powietrznej. Sierżant Jeremy Powell odebrał telefon, ale w jednostce trwały przygotowania do ćwiczeń zaplanowanych na 10:00. Nikt nie wiedział, czy zgłoszenie jest prawdziwe. Dowódca jednostki, major Kevin Nasypany, próbował rozluźnić atmosferę żartem, za który później zapewne żałował.
Rozkaz poderwania myśliwców F-15 z bazy na Cape Cod został wydany, ale w gąszczu setek celów na radarze wojskowi musieli odnaleźć samolot niewidoczny po wyłączeniu transpondera. Był to wyścig z czasem, który już został przegrany. O 8:41 piloci lotu 175 zgłosili nowojorskiej kontroli, że podczas startu słyszeli dziwny komunikat z innego samolotu. Kontroler Dave Bottiglia odebrał wiadomość, ale nie wiedział, co się dzieje.
Dwie minuty później otrzymał informację, że lot 11 został porwany. Z przerażeniem obserwował trajektorię lotu 11 i zupełnie zapomniał o locie 175, za który odpowiadał. O 8:45 lot 11 leciał już nad Nowym Jorkiem. Betty Ong wciąż była na linii z centrum operacyjnym American Airlines.
Amy Sweeney mówiła do słuchawki, że samolot leci bardzo nisko. „Widzę wodę i budynki. Lecimy bardzo, bardzo nisko” — powiedziała. Po kilku sekundach ciszy usłyszano jej ostatnie słowa: „O mój Boże, jesteśmy o wiele za nisko”.
O 8:46 Boeing 767 lotu 11, z 92 osobami na pokładzie, z prędkością około 750 km/h uderzył w północną fasadę wieży północnej World Trade Center, między 93. a 99. piętrem. Maszyna rozerwała wewnętrzną konstrukcję budynku, zniszczyła klatki schodowe i rozlała tysiące litrów paliwa.
Pożar objął strefę uderzenia. Pracownicy poniżej zniszczonych pięter rozpoczęli ewakuację, ci wyżej zostali odcięci od dróg ucieczki. Wśród świadków, którzy widzieli moment uderzenia, był Polak Sylwester Łukasiewicz. W wywiadzie dla TVN24 wspominał, że najpierw usłyszał dźwięk dochodzący zza budynku, a gdy podniósł głowę, patrzył, jak samolot wbija się w wieżę.
W całym kraju zapanował chaos. Stacje telewizyjne przerwały emisję reklam i nadawały dramatyczne nagłówki o katastrofie. Na ulicach wokół World Trade Center ludzie krzyczeli, uciekali w boczne ulice i zasłaniali głowy przed spadającym szkłem i metalem. W tłumie krążyły sprzeczne informacje — mówiono o małym samolocie, helikopterze, a nawet eksplozji gazu.
Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że to początek skoordynowanego ataku. O 8:52 z bazy Gwardii Narodowej na Cape Cod wystartowały myśliwce F-15. Piloci szukali porwanego lotu 11, nie wiedząc, że ten samolot już nie istnieje. W tym samym czasie Dave Bottiglia zauważył, że z lotem 175 dzieje się coś dziwnego.
Samolot zmienił kurs i skierował się w stronę Nowego Jorku, a kilkakrotnie zmieniano kod transpondera. O 8:53 pasażer lotu 175, Peter Hanson, zadzwonił z pokładowego telefonu do ojca Lee. „Tato, jesteśmy w samolocie. Zostaliśmy porwani” — powiedział.
Opowiedział, że stewardessa została dźgnięta nożem, a ktoś z przodu chyba nie żyje. Poprosił ojca, by zawiadomił United Airlines. Po rozmowie Lee Hanson zadzwonił na policję. Usłyszał: „Samolot właśnie uderzył w World Trade Center.
Niech pan włączy telewizor”. O 8:55 steward Robert Fangman wykonał z pokładu lotu 175 dwuminutowe połączenie z centrum United Airlines. Jego relacja pokrywała się z tym, co mówił Hanson. O 8:58 samolot gwałtownie obniżył wysokość, o mały włos unikając zderzenia z Boeingiem 737 linii Delta Airlines.
O 8:59 pasażer Brian Sweeney, wojskowy, wykonał telefon do żony Julie. Zostawił wiadomość na automatycznej sekretarce. Był przekonany, że zginie, ale mówił, że wraz z innymi pasażerami spróbuje zaatakować porywaczy w kokpicie. Rok po tragedii żona zdecydowała się upublicznić nagranie.
Do dziś pozostaje ono jednym z niewielu głosów pasażerów z samolotów, które uderzyły w World Trade Center. Równo o 9:00 do Lee Hansona zadzwonił ponownie jego syn Peter. Powiedział, że zrobiło się bardzo źle, że pasażerowie mają mdłości, a samolot wykonuje szarpiące ruchy. „Nie sądzę, żeby pilot prowadził samolot.
Myślę, że zamierzają polecieć do Chicago albo gdzieś indziej i uderzyć w budynek” — mówił. „Nie martw się, tato. Jeśli to się stanie, stanie się bardzo szybko. O mój Boże”.
Rozmowa została przerwana. W tle słychać było krzyk kobiety. O tej samej godzinie kolumna prezydencka wjechała na szkolny parking w Sarasocie na Florydzie. George W.
Bush wysiadł z samochodu, witany przez nauczycieli i dzieci. Właśnie otrzymał informację o katastrofie w Nowym Jorku. Uznał, że to musiał być wypadek, i zdecydował, że program wizyty nie ulegnie zmianie. O 9:01 kontrolerzy w Nowym Jorku zauważyli, że lot 175 zbliża się do budynków World Trade Center.
Jeden z nich wykrzyknął: „Nie, on nie wyląduje, on uderzy! ”.