Leszek Balcerowicz: Jak Jeden Człowiek Skazał Miliony Polaków Na Biedę?

Leszek Balcerowicz: Jak Jeden Człowiek Skazał Miliony Polaków Na Biedę?

68-letnia kobieta stoi w styczniu 1990 roku na warszawskiej Marszałkowskiej. W kieszeni płaszcza ściska książeczkę oszczędnościową, na którą odkładała przez 27 lat. Pieniądze, które jeszcze wczoraj miały zapewnić jej spokojną starość, dziś nie wystarczą nawet na miesięczny czynsz. Nikt jej ich nie ukradł, żaden bank nie zbankrutował.

Thumbnail

Wystarczyła jedna decyzja, która w kilka tygodni zmieniła zasady gry dla 38 milionów ludzi. Kilka przecznic dalej, w budynku Ministerstwa Finansów, człowiek, który podjął tę decyzję, przegląda poranne raporty. Niski, szczupły, w okularach. Mówi cicho, precyzyjnie i bez emocji.

Nie wygląda na kogoś, kto właśnie wywrócił cały kraj do góry nogami. Nazywa się Leszek Balcerowicz. Dla jednych jest zbawcą Polski, dla innych symbolem bezwzględności. Prawda, jak zwykle w takich przypadkach, jest znacznie bardziej złożona i fascynująca niż którakolwiek z tych wersji.

Balcerowicz urodził się 19 stycznia 1947 roku w Lipnie na Kujawach. Polska, w której dorastał, była krajem ruin, rządzonym przez narzucony z Moskwy system, który obiecywał sprawiedliwość społeczną. Chłopiec z prowincjonalnego miasteczka już w dzieciństwie zadawał pytania, na które nie było prostych odpowiedzi. Dlaczego w sklepach nie ma mięsa, skoro Polska je produkuje?

Dlaczego ludzie stoją w kolejkach, skoro telewizja mówi, że gospodarka rośnie? Wybrał studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, dzisiejszej Szkole Głównej Handlowej. To był paradoks tamtych czasów. Najlepsza szkoła ekonomiczna w PRL-u kształciła ekonomistów do planowania gospodarki centralnie sterowanej, ale jednocześnie, w ograniczonym zakresie, dawała dostęp do zachodniej literatury ekonomicznej.

Balcerowicz czytał Hayeka, Friedmana i Samuelsona. Czytał o wolnym rynku i mechanizmach cenowych. I to, co przeczytał, zmieniło go fundamentalnie. Nie został dysydentem.

Nie wychodził na ulice z transparentami. Zamiast tego uczył się i gromadził wiedzę. Zrozumiał, że zmiana systemu wymaga ludzi, którzy potrafią zaprojektować nowy system. I postanowił być jednym z nich.

W 1972 roku, po studiach z wyróżnieniem, wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Ameryka lat 70. nie była rajem, ale miała coś, czego nie miała Polska: pełne półki w sklepach. Dla kogoś, kto wychował się w kraju z kartkami na mięso, widok amerykańskiego supermarketu był niemal mistycznym przeżyciem.

Nie chodziło o bogactwo, ale o mechanizm, które to bogactwo tworzy. Nikt nie planował, ile jogurtów ma być na półce. Robił to system cen. Balcerowicz wrócił do Polski z przekonaniem, że gospodarki centralnie planowanej nie da się naprawić.

Można ją tylko zastąpić. Lata 70. to era Edwarda Gierka i propagandy sukcesu. Polska zadłużała się na potęgę na Zachodzie i przez kilka lat wyglądało na to, że kraj się rozwija.

Balcerowicz wiedział, że to iluzja. Wiedział, że pożyczki trzeba będzie spłacić, a wzrost oparty na długu, a nie wydajności, musi się załamać. Nie mógł nic z tym zrobić. Mógł tylko obserwować i czekać.

Przebudzenie przyszło w 1980 roku, i to nie jako powolna erozja systemu, ale jako eksplozja. Strajki w Stoczni Gdańskiej, Lech Wałęsa, Solidarność, która w kilka miesięcy zrzeszyła 10 milionów członków. Balcerowicz wstąpił do Solidarności, ale nie jako działacz związkowy, tylko jako ekspert. To wtedy zaczął budować coś, o czym dziś wie niewiele osób: nieformalną grupę ekonomistów, którzy spotykali się w prywatnych mieszkaniach i projektowali plan reform na wypadek, gdyby kiedyś pojawiło się okno możliwości.

Już wtedy, w latach 1980-1981, Balcerowicz skłaniał się ku rozwiązaniu radykalnemu. Częściowe reformy, argumentował, grzęzną w błocie. Polityka w gospodarce jest ze sobą powiązana. Nie można uwolnić cen bez otwarcia handlu zagranicznego, bo lokalne monopole podniosą je do absurdu.

Nie można otworzyć rynku bez stabilizacji waluty. Częściowe reformy w połączonym systemie tworzą chaos gorszy niż brak reform. W grudniu 1981 roku generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Solidarność została zdelegalizowana.

Dla wielu Polaków to był koniec nadziei. Balcerowicz zareagował inaczej. Zobaczył w tym potwierdzenie swojej tezy: systemu nie da się naprawić od środka. Próby reform kończą się represjami.

Jedynym rozwiązaniem jest całkowita wymiana systemu. Przez osiem lat, od stanu wojennego do Okrągłego Stołu, Balcerowicz robił to, co umiał najlepiej: pracował, pisał artykuły naukowe, wykładał, wyjeżdżał na stypendia zagraniczne. Obserwował, jak działają gospodarki zachodnie. Budował swój model.

Podchodził do gospodarki jak inżynier do mostu. Istnieją prawa fizyki, istnieją obliczenia i istnieje jeden optymalny sposób budowy. Emocje, sentymenty, przywiązanie do starego mostu, który się wali, są w tym równaniu nieistotne. To chłodne, analityczne myślenie, pozbawione sentymentów, stało się zarówno jego największą siłą, jak i największą słabością.

Siłą, bo pozwoliło mu podejmować decyzje, przed którymi cofnąłby się każdy polityk myślący o następnych wyborach. Słabością, bo miliony ludzi, które odczuły konsekwencje tych decyzji, miały wrażenie, że są traktowane jak liczby w arkuszu kalkulacyjnym. Polska, którą Balcerowicz zastał, kiedy wreszcie nadeszła jego szansa, była krajem w rozpadzie gospodarczym. Kartki na mięso, cukier, masło, benzynę.

Kolejki, w których przeciętna polska rodzina spędzała od 15 do 20 godzin tygodniowo. Zagraniczny dług wynoszący około 40 miliardów dolarów. Inflacja, która pod koniec 1989 roku przekraczała 600 procent w skali roku. Polska była bankrutem, nie metaforycznie, ale dosłownie.

Pogrążała się w hiperinflacji, tej samej, która w 1923 roku zniszczyła niemiecką klasę średnią. Przy Okrągłym Stole władze komunistyczne zgodziły się na częściowo wolne wybory, przekonane, że kontrolują sytuację. Przeliczyły się. 4 czerwca 1989 roku Solidarność wygrała 99 ze 100 mandatów w Senacie i wszystkie mandaty, które mogła zdobyć w Sejmie.

12 września Tadeusz Mazowiecki został pierwszym niekomunistycznym premierem Polski od 40 lat. Potrzebował kogoś, kto weźmie odpowiedzialność za najtrudniejsze decyzje gospodarcze. Powołał Balcerowicza na wicepremiera i ministra finansów. Balcerowicz dostał to, co sam później nazwał polityką nadzwyczajnego okresu: krótki czas, w którym społeczeństwo jest gotowe zaakceptować radykalne zmiany, bo stary system stracił legitymację, a nowy jeszcze nie zdążył rozczarować.

Wiedział, że ma może rok, góra dwa. I postanowił wykorzystać każdy dzień. Plan Balcerowicza, bo taką nazwę nadano pakietowi ustaw uchwalonych przez Sejm 28 grudnia 1989 roku, był ekonomicznym odpowiednikiem operacji na otwartym sercu bez znieczulenia. Żaden kraj w historii nie przechodził z gospodarki centralnie planowanej do wolnorynkowej w ciągu kilku miesięcy.

Od 1 stycznia 1990 roku ceny, dotychczas ustalane przez państwo, zostały uwolnione. Chleb, mleko, prąd nagle podrożały kilkukrotnie z dnia na dzień. Logika była brutalna, ale spójna. Ceny kontrolowane przez państwo były kłamstwem.

Budżet dopłacał do ich utrzymania, finansując to drukiem pieniądza, co napędzało inflację. Trzeba było powiedzieć prawdę: ceny muszą odzwierciedlać realne koszty. Uwolnienie cen przyniosło też natychmiastowy, widoczny efekt: w sklepach pojawiły się towary. Puste od lat półki, na których stały tylko słoiki z musztardą i octem, nagle wypełniły się produktami.

Paradoks polskiej transformacji polegał na tym, że ludzie stali przed sklepami, które wreszcie miały wszystko, ale nie było ich na to stać. Wczoraj były pieniądze, ale nie było towarów. Dziś są towary, ale nie ma pieniędzy. Plan zakładał również likwidację dopłat dla nierentownych przedsiębiorstw państwowych.

Ciężkie i wielkopiecowe huty, które produkowały towary, na które nie było popytu, musiały zacząć utrzymywać się same. W praktyce oznaczało to bankructwa i zwolnienia. Twarde ograniczenie budżetowe oznaczało, że przedsiębiorstwa muszą żyć z tego, co zarobią, a jeśli nie zarabiają, muszą się restrukturyzować albo upaść. Balcerowicz wprowadził restrykcyjną politykę pieniężną, podnosząc stopy procentowe i ograniczając podaż pieniądza.

Kredyty, dawniej tanie i często nigdy nie spłacane, stały się drastycznie droższe. Złoty został zdewaluowany i stał się wymienialny. Kurs ustalono na 9500 złotych za dolara, blisko czarnego rynku. Polska gospodarka została otwarta na import.

Na rynek weszły zachodnie towary, lepsze jakościowo i często tańsze. Dla konsumenta to była rewolucja, dla polskiego producenta, często katastrofa. Rozpoczęła się prywatyzacja, najpierw tzw. mała, obejmująca sklepy i usługi, potem wielka, dotycząca wielkich zakładów.

Filozofia całego planu sprowadzała się do jednego: wyrwać polską gospodarkę z centralnego planowania i rzucić na głęboką wodę wolnego rynku za jednym zamachem, bez okresu przejściowego i bez zabezpieczeń. Balcerowicz przekonywał, że poduszka bezpieczeństwa jest iluzją. Ból można odroczyć, ale nie można go uniknąć. A odwlekanie bólu daje elitom starego systemu czas na przejęcie kontroli nad procesem zmian.

Bał się, że zamiast wolnego rynku Polska dostanie oligarchiczny kapitalizm w stylu rosyjskim. W realizacji planu kluczową rolę odegrał młody profesor z Harvardu, Jeffrey Sachs. To mit, że napisał on plan dla Polski. Balcerowicz i jego zespół pracowali nad reformami samodzielnie przez lata.

Sachs wniósł co innego: międzynarodową wiarygodność, kontakty w Waszyngtonie i dostęp do Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego. Pomógł zdobyć miliard dolarów na fundusz stabilizacyjny i doprowadził do redukcji polskiego zadłużenia wobec Klubu Paryskiego o 50 procent. Warunki MFW, które towarzyszyły tej pomocy, przypominały plan Balcerowicza, ale stworzyły też gorset ograniczający możliwość późniejszych korekt. Polska nie była jedynym krajem transformacji.

Czechosłowacja wybrała podobną ścieżkę, ale miała łatwiejszy punkt startowy, bez hiperinflacji. Węgry wybrały stopniowość, co dało mniejszy szok, ale też mniejszą dynamikę wzrostu. Rosja w 1992 roku próbowała własnej terapii szokowej, ale nie miała tego, co Polska: mandatu społecznego, tradycji solidarności i realnej pomocy Zachodu. Efekt był katastrofalny.

Zamiast wolnego rynku powstał kapitalizm oligarchiczny, w którym garstka ludzi zagarnęła majątek narodowy. Balcerowicz był przekonany, że to właśnie przed tym uchronił Polskę, działając szybko i radykalnie. Efektem planu był jednak ogromny szok społeczny. W styczniu 1990 roku ceny wzrosły o prawie 80 procent w jeden miesiąc.

Rząd celowo ograniczył wzrost płac, wprowadzając tzw. popiwek, podatek od nadmiernych podwyżek w przedsiębiorstwach państwowych. Logika była prosta: jeśli płace będą rosnąć wraz z cenami, inflacja nigdy nie spadnie. Trzeba było przerwać spiralę cenowo-płacową.

W praktyce oznaczało to, że ludzie przez jakiś czas musieli żyć w realnym ubóstwie. Rząd celowo stworzył sytuację, w której społeczeństwo ubożeje, wierząc, że krótkotrwały spadek standardu życia jest ceną za długoterminową stabilność. Inflacja zjadła oszczędności życia całych pokoleń. Osoba, która miała na koncie kilka milionów złotych, w styczniu 1990 roku odkrywała, że za te pieniądze kupi mniej niż za miesięczną emeryturę.

Nominalnie nic nie straciła. Realnie straciła wszystko. Najboleśniejszym ciosem było jednak bezrobocie. W PRL-u oficjalnie nie istniało.

Prawo do pracy było zapisane w konstytucji. Plan Balcerowicza odebrał to minimum bezpieczeństwa. W 1989 roku bezrobocie w Polsce wynosiło zero. Pod koniec 1990 roku przekroczyło milion osób.

W 1993 roku sięgnęło ponad 16 procent, czyli 3 milionów ludzi. Za każdą z tych liczb stał człowiek, rodzina, historia. Huta, w której pan Stanisław z Radomia pracował od 22. roku życia, zbankrutowała.

W wieku 48 lat okazał się za stary, by się przekwalifikować, i za młody, by przejść na emeryturę. W Wałbrzychu zamknięto wszystkie kopalnie, a bezrobocie przekroczyło 30 procent. W miasteczkach po zlikwidowanych pegeerach, państwowych gospodarstwach rolnych, bezrobocie sięgało nawet połowy mieszkańców. Ci ludzie nie mieli ziemi, oszczędności, kwalifikacji, często nawet prawa do mieszkań, które były zakładowe.

Całe społeczności stały się strefami wykluczenia. System, który przez 40 lat mówił ludziom: nie musicie się martwić, my się wami zajmiemy, z dnia na dzień powiedział: od teraz zajmijcie się sobą. Nie przygotowano ich do tego. Nikt ich nie uczył przedsiębiorczości, pisania CV, szukania pracy.

Programy pomocowe istniały, ale były niedofinansowane i źle zorganizowane. Urzędy pracy dopiero powstawały, bo wcześniej nie były potrzebne. Krytycy, jak ekonomista Tadeusz Kowalik, pytali, czy musiało tak być. Czy można było uwolnić ceny, gwarantując jednocześnie ochronę oszczędności emerytów i realną pomoc bezrobotnym.

Balcerowicz odpowiadał: nie było pieniędzy. Budżet był bankrutem, a drukowanie pieniędzy na programy społeczne napędza inflację, która jest najgorszym podatkiem, bo uderza w najbiedniejszych. Krytycy odpowiadali: to fałszywy dylemat. Pieniądze można było rozdysponować inaczej.

Jedno jest pewne: ludzie, którzy ponieśli najwyższe koszty, nie zostali zapytani o zgodę. Nikt nie przeprowadzał referendum. Decyzję podjęli za nich ludzie, którzy sami tych kosztów nie ponieśli. Balcerowicz nie stracił pracy, nie stał w kolejkach po zasiłek, nie musiał się przekwalifikować w wieku 50 lat.

Łatwiej projektować bolesne reformy, gdy ból ponoszą inni. Kto zyskał na transformacji? Po pierwsze, nowi przedsiębiorcy, ludzie, którzy na przełomie dekad dostrzegli szansę i ją wykorzystali. Często bez kapitału, ale z odwagą i dostępem do informacji.

Zakładali kantory, sprowadzali towary z Niemiec i Turcji, budowali hurtownie. To była jasna strona polskiej transformacji: eksplozja przedsiębiorczości. Po drugie, nomenklatura, ludzie starego systemu, którzy zamienili władzę polityczną na ekonomiczną. Dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, którzy po prywatyzacji wykupywali swoje zakłady za bezcen, zamykali nierentowną produkcję, zwalniali pracowników i sprzedawali majątek z zyskiem.

Balcerowicz próbował temu zapobiegać, ale instytucje, które mogłyby kontrolować ten proces, dopiero powstawały. Szybkość reform oznaczała brak kontroli. Po trzecie, inwestorzy zagraniczni, którzy dostrzegli w Polsce 40 milionów konsumentów, wykształconą i tanią siłę roboczą oraz położenie w centrum Europy. Przynieśli kapitał, technologię i miejsca pracy, ale zyski w dużej mierze odpływały za granicę.

Polska, która w 1989 roku była krajem względnie równym, bo prawie wszyscy żyli równie biednie, stała się krajem głębokich nierówności. Współczynnik Giniego, mierzący nierówności dochodowe, wzrósł z około 0,25 do ponad 0,35 w ciągu kilku lat. W pierwszej połowie lat 90. od 15 do 20 procent Polaków żyło poniżej granicy ubóstwa.

A jednak historia ma drugie oblicze. Po początkowym szoku, głębokim spadku produkcji w latach 1990-1991, polska gospodarka zaczęła rosnąć. W 1992 roku PKB wzrósł o 2,6 procent, w 1993 o 3,8, w 1994 o 5,3, w 1995 o 7 procent. Polska stała się najszybciej rozwijającą się gospodarką Europy.

Inflacja spadła z ponad 600 procent w 1989 do 100 procent w 1990, 40 w 1991, 30 w 1992, by pod koniec dekady osiągnąć kilka procent. Sklepy pękały w szwach. Zniknęły kartki i kolejki. Pojawiły się związki przyczynowo-skutkowe: pracujesz więcej, zarabiasz więcej, kupujesz więcej.

Polska w latach 90. to era bazarów, jak słynny Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Nie było to eleganckie ani zachodnie, ale było pełne energii. Ludzie, którzy przez 40 lat prosili państwo o pozwolenie na każdy krok, nagle mogli działać na własny rachunek.

Mogli zbankrutować, ale mogli też się wzbogacić. I wielu się wzbogaciło. Transformacja była jednocześnie wielkim sukcesem i wielką tragedią. To nie paradoks, to natura głębokiej zmiany społecznej.

Każda rewolucja tworzy zwycięzców i przegranych. Pytanie nie brzmi, czy przegranych można było uniknąć, ale czy zrobiono wystarczająco dużo, by ich chronić. Odpowiedź brzmi: nie. Balcerowicz wrócił do władzy w 1997 roku, ponownie jako wicepremier i minister finansów.

Wprowadził reformę emerytalną, tworząc Otwarte Fundusze Emerytalne, które miały uzupełnić system repartycyjny kapitałem z giełdy. System okazał się kontrowersyjny. Fundusze pobierały wysokie opłaty, a luka w budżecie ZUS, powstała po odpływie części składek do funduszy, musiała być finansowana z budżetu państwa. W 2014 roku rząd Donalda Tuska przejął większość aktywów OFE, praktycznie demontując ten system.

Po odejściu z rządu w 2000 roku Balcerowicz został prezesem Narodowego Banku Polskiego, funkcję tę pełnił do 2007 roku. Prowadził restrykcyjną politykę pieniężną, dbając o niską inflację i stabilny kurs waluty. Gdy w 2008 roku wybuchł światowy kryzys finansowy, Polska była jedynym krajem Unii Europejskiej, który nie wpadł w recesję. W 2009 roku PKB wzrósł o 1,6 procent.

Wielu ekonomistów wskazuje, że fundamenty tego sukcesu położono w latach 90. , w tym właśnie za sprawą polityki Balcerowicza. Ale ten makroekonomiczny sukces ma swoją cenę i swój paradoks. Polska rosła, ale część tego wzrostu opierała się na eksporcie ludzi.

Po wejściu do UE w 2004 roku miliony Polaków wyjechały do Wielkiej Brytanii i Irlandii, bo w domu zarabiali 800 złotych miesięcznie, a w Londynie 800 funtów tygodniowo. Ich przekazy zasilały polski budżet, ale budowali oni obcy kraj. Po odejściu z NBP Balcerowicz nie wrócił do polityki. Założył think tank Forum Obywatelskiego Rozwoju, promujący wolny rynek, deregulację i niskie podatki.

Został publicystą i komentatorem. Nigdy nie przeprosił, nigdy nie powiedział: mogłem to zrobić lepiej. Twierdzi, że zrobił to, co konieczne, a alternatywa byłaby gorsza. To nieugięte stanowisko budzi zarówno podziw, jak i furię.

Podziw tych, którzy widzą w nim uczciwość człowieka niemieniącego zdania pod naciskiem tłumu. Furię tych, którzy widzą w nim arogancję człowieka, który nigdy nie usłyszał cierpienia, które spowodował. W 2002 roku na ulicy zaatakował go mężczyzna, rzucając się na niego fizycznie. Balcerowicz nie odniósł poważnych obrażeń, ale sam akt agresji pokazał, jak głębokie emocje wywołuje ten człowiek.

Rana, którą transformacja pozostawiła w polskim społeczeństwie, ma wymiar geograficzny. Powstała Polska dwóch prędkości. Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk to metropolie o standardzie życia zbliżonym do Berlina czy Wiednia. Obok istnieje Polska małych miasteczek, gdzie jedyny zakład pracy zamknięto 25 lat temu i nic go nie zastąpiło.

Polska wsi popegeerowskich, gdzie trzecie pokolenie żyje z zasiłków. Ta przepaść między Polską metropolitalną a peryferyjną stała się jednym z najważniejszych zjawisk współczesnej polskiej polityki i jednym z powodów ośmioletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości, które przemówiło do milionów Polaków czujących się pozostawionymi. Leszek Balcerowicz ma dziś 79 lat. Nadal działa intelektualnie, publikuje, komentuje, walczy o swoje idee.

Nadal jest nieugięty. Nadal wierzy, że postąpił słusznie. I nadal, co fascynujące, wywołuje skrajne emocje. Nie ma w Polsce drugiej osoby, która budziłaby tak silne i tak podzielone reakcje.

Historia tej kobiety z Marszałkowskiej i jej wnuczki, która dorastała w nowej Polsce, uczyła angielskiego i informatyki, znalazła pracę w międzynarodowej firmie i wyjeżdża na wakacje do Włoch, pokazuje istotę tego wyboru. Wnuczka zawdzięcza swoją przyszłość transformacji. Babcia straciła oszczędności życia. Obie mają rację.

Obie żyją w tym samym kraju ukształtowanym przez te same decyzje. To nie jest historia dobra i zła, bohatera i złoczyńcy. To historia tragicznego wyboru, w którym żadna droga nie prowadziła bez cierpienia. Pytanie dotyczyło tylko tego, czyje cierpienie i jak długo.

I być może prawdziwy osąd nie dotyczy samego Balcerowicza, ale społeczeństwa, które pozwoliło na tak nierówny rozkład kosztów i nie zaopiekowało się tymi, którzy wypadli z systemu. Balcerowicz zaprojektował mechanizm, ale sposób jego wykorzystania był decyzją wszystkich Polaków. I właśnie to pozostaje pytaniem, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam.