W sobotę 16 czerwca 2012 roku, na kilka godzin przed meczem Polska – Czechy na własnych mistrzostwach Europy, w podziemnym garażu bloku przy ulicy Tagora na warszawskim Mokotowie żona znalazła ciało swojego męża. Kilka minut po 18:00 świat dowiedział się, że nie żyje Sławomir Petelicki, twórca i pierwszy dowódca jednostki specjalnej GROM. Ofiara śmierci nie miała 46 lat. Był generałem, przez 21 lat oficerem wywiadu, odznaczonym przez Amerykanów Legią Zasługi.

Obok ciała leżał jego własny pistolet Heckler & Koch kalibru 9 mm, łuska naboju i rdzeń pocisku. Zabezpieczono też nagranie z monitoringu. Nie znaleziono żadnego listu – ani przy zwłokach, ani w mieszkaniu, ani w otwartym później sejfie. Prokurator generalny powiedział wprost, że generał nie zostawił pożegnalnego słowa.
Wiadomość o śmierci trafiła do serwisów w najgorszym możliwym momencie. Kraj żył wyłącznie piłką, mecz zaczynał się kilkadziesiąt minut później. Pierwsza doba po zdarzeniu została zdominowana przez futbol i tamten wynik. Dziennikarze zwracają uwagę, że to zadecydowało o tym, jak sprawa przez lata była opowiadana.
Zwolennicy alternatywnych wersji do dziś wskazują, że wybór tego dnia nie mógł być przypadkiem. To interpretacja, nie dowód. Na miejsce bardzo szybko przyjechała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dokumentami w mieszkaniu generała zajęli się funkcjonariusze służb specjalnych.
Minister do spraw służb Jacek Cichocki potwierdził później publicznie, że służby interesowały się Petelickim. W mieszkaniu emerytowanego oficera wywiadu mogły znajdować się dokumenty niejawne i państwo miało obowiązek je zabezpieczyć. Obie interpretacje tej obecności są logiczne, ale tylko jedna jest potwierdzona procedurą. Aby zrozumieć, dlaczego śmierć tego człowieka wywołała spór trwający ponad dekadę, trzeba cofnąć się do 1969 roku.
Sławomir Petelicki urodził się 13 września 1946 roku w Warszawie. W 1969 roku ukończył wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego i wstąpił do Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czyli wywiadu cywilnego PRL. Służył w nim do 1990 roku. Od 1973 roku pracował w konsulacie generalnym w Nowym Jorku, a w latach 1983–1987 kierował rezydenturą wywiadu w ambasadzie w Sztokholmie.
Historycy, między innymi Sławomir Cenckiewicz, wskazywali, że w tzw. zbiorze zastrzeżonym znajdowały się materiały dotyczące pracy operacyjnej Petelickiego wobec polskiej emigracji na Zachodzie, m. in. Bolesława Wierzbiańskiego, Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Zbigniewa Brzezińskiego.
Materiały te ujawniono niedługo przed jego śmiercią. To teza historyków oparta na dokumentach służby, która sama nie zawsze pisała prawdę o własnej skuteczności. Nigdy nie została rozstrzygnięta przez sąd, a część dziennikarzy twierdzi, że ujawnienie zbioru raczej odbrązowiło Departament I. Petelicki był jednocześnie bohaterem i oficerem służby minionego ustroju.
Jego przeszłość dawała się użyć przeciwko niemu, a akta leżały w archiwum IPN. Przez 20 lat wolnej Polski chodził po wąskiej kładce nad głęboką wodą. W 1990 roku zaczęła się rzecz, która na zawsze zmieniła polskie wojsko. 26 marca premier Tadeusz Mazowiecki spotkał się z delegacją amerykańskiego Kongresu Żydów.
Polska zobowiązała się pomóc Żydom emigrującym ze Związku Radzieckiego i zorganizować dla nich bezpieczny tranzyt. Operacja dostała kryptonim „Most”. W ciągu dwóch lat przez Polskę przeszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Organizacje terrorystyczne traktowały każdy kraj wspierający tę emigrację jak stronę konfliktu, a Polska nie miała niczego, czym mogłaby odpowiedzieć poza granicami.
30 marca 1990 roku w Bejrucie zastrzelono attaché handlowego polskiej ambasady Bogdana Serkisa. Dwa dni później do zamachu przyznała się organizacja występująca jako Islamski Front Militarny i zapowiedziała kolejne ataki. Zadanie stworzenia odpowiedzi dostał podpułkownik Sławomir Petelicki. Zapytany, czego potrzebuje, miał odpowiedzieć: kilku miesięcy, kawałka poligonu, trochę broni i zgody na werbowanie ludzi.
13 lipca 1990 roku minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski podpisał rozkaz nr 001/90 o utworzeniu jednostki specjalnej, formalnie jednostki wojskowej 2305. Petelicki mówił, że ma szczęście do trzynastek – urodził się 13 września w piątek, rozkaz podpisano 13 lipca też w piątek, a pierwsza gotowa do działania grupa liczyła 13 żołnierzy. Trzynastka trafiła później na sztandar jednostki. Petelicki nie budował oddziału według radzieckiego wzorca.
Wzorem były brytyjski SAS i amerykańska Delta Force: małe zespoły, ogromna samodzielność dowódców najniższego szczebla, selekcja odsiewająca większość kandydatów, medycyna pola walki na poziomie wtedy nieznanym polskiemu wojsku oraz zasada, że operator ma prawo powiedzieć oficerowi, że plan jest zły. W wojsku wychowanym na Układzie Warszawskim to była herezja. W latach pierwszej tajemnicy jednostka pozostawała całkowicie niejawna, a publicznie znana stała się w 1994 roku. W 1994 roku Polacy pojechali na Haiti w ramach operacji przywracania władzy konstytucyjnej.
Wrócili z oceną, która wtedy brzmiała nierealnie: Amerykanie mówili o nich jak o partnerze, a nie o gościach z Europy Wschodniej, których trzeba pilnować. Polska nie była wtedy jeszcze w NATO i patrzono na jej armię przez pryzmat 40 lat wspólnej historii z Moskwą. To był jeden z pierwszych operacyjnych dowodów, że Polska nadaje się do sojuszu. Petelicki został honorowym członkiem 5.
i 10. grupy sił specjalnych armii amerykańskiej, dostał Legię Zasługi i Army Commendation Medal. W kraju otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. 4 sierpnia 1995 roku jednostka otrzymała imię Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej.
To była deklaracja tożsamości, a nie ozdobnik. W ciągu pięciu lat w kraju bez pieniędzy, sprzętu i sojuszniczego zaplecza powstała formacja uznana za równorzędną przez najlepsze jednostki świata. 19 grudnia 1995 roku Petelicki przestał dowodzić GROM-em. Został odwołany i pozostawał bez przydziału, pięć miesięcy po nadaniu jednostce imienia Cichociemnych i rok po Haiti.
Dokładne przyczyny odwołania są w źródłach opisywane różnie. Jedni mówią o konflikcie z przełożonymi, inni o walce o podporządkowanie jednostki, jeszcze inni o jego charakterze – że był cholerykiem, nie znosił kompromisów i z nikim nie umiał się długo dogadać. Pewne jest, że GROM powstał jako odpowiedź na konkretne zagrożenie poza normalnym łańcuchem dowodzenia, dzięki determinacji jednego oficera i decyzji jednego ministra. To był atut przy budowie, ale śmiertelna słabość przy przetrwaniu.
W maju 1996 roku Petelicki został pełnomocnikiem rządu do walki z przestępczością zorganizowaną, ale funkcję pełnił bardzo krótko, do czerwca. 7 grudnia 1997 roku wrócił na stanowisko dowódcy GROM-u. 15 sierpnia 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski awansował go na generała brygady. 17 września 1999 roku Petelicki po raz drugi i ostatni oddał dowodzenie i przeszedł w stan spoczynku.
Miał 53 lata. Została mu fundacja byłych żołnierzy GROM-u. Generał Gromosław Czępiński powiedział później bez ogródek, że doświadczenie Petelickiego można było wykorzystać znacznie lepiej, a na całym świecie takich ludzi po odejściu ze służby się nie zostawia. Jerzy Dziewulski dodawał wyjaśnienie systemowe: każdy polityk, który przychodzi, przyprowadza swoich ludzi.
Lata 2000 to dla Petelickiego życie w cywilu – doradztwo, konsulting, fundacja. Był rozpoznawany, dobrze mówił, dziennikarze go lubili. Został nawet dżentelmenem roku według magazynu „Gentleman”. Jego wiedza operacyjna była jednak potrzebna już tylko jako opinia w programach telewizyjnych.
Widoczność to zasób, który się zużywa – z czasem zaproszeń było coraz mniej. W aktach śledztwa znalazły się trzy istotne fakty. Po pierwsze, na kilka lat przed śmiercią dochody generała znacznie spadły. Po drugie, rodzina zeznawała, że nie mieli problemów finansowych, a dochody pokrywały wydatki.
Po trzecie, śledczy doszli do wniosku, że generał mógł mieć poczucie odstawienia na boczny tor. 10 kwietnia 2010 roku wydarzyła się katastrofa smoleńska. Nie rozstrzygając sporu o jej przyczyny, trzeba odnotować, co zrobił Petelicki. Po 10 kwietnia generał wykonał zwrot: człowiek trzymający się przez 20 lat z dala od jawnej polityki stał się jednym z najostrzejszych krytyków rządu Donalda Tuska.
Zarzucał władzy zaniedbania w prowadzeniu sprawy po katastrofie, krytykował prezydenta Bronisława Komorowskiego, w pewnym momencie mówił o zdradzie stanu i ujawnił treść SMS-a, który jego zdaniem miało rozesłać kierownictwo Platformy Obywatelskiej. Miał też mówić, że znajdował się na czarnej liście, także w czasach rządów strony, z którą później był utożsamiany. Od 2010 roku Petelicki przestał być dla opinii publicznej człowiekiem, a stał się argumentem w politycznym sporze. To, zdaniem wielu obserwatorów, prawdziwy powód, dla którego sprawa nie została zamknięta.
Po jego śmierci nikt nie pytał już o niego, tylko o to, co jego śmierć znaczy dla czyjejś racji. Po śmierci generała Jarosław Kaczyński powiedział, że kilka tygodni przed wydarzeniem pewna powszechnie znana osoba wymieniła nazwisko Petelickiego na krótkiej liście ludzi, którzy bardzo dużo mówią i są zagrożeni, i że niektóre osoby z tej listy zostały już w różny sposób uderzone. Faktem jest, że takie oświadczenie padło publicznie i że wypowiedział je jeden z najważniejszych polityków kraju. Faktem nie jest istnienie samej listy, tożsamość osoby ani kontekst słów.
Socjolog Jadwiga Staniszkis, wokół której krążyły domysły co do autorstwa uwagi, sprowadzała całą rzecz do towarzyskiej rozmowy, w której padło o słowo za dużo. Dziennikarze rozmawiali z kilkunastoma osobami mającymi kontakt z generałem w ostatnich tygodniach życia. Powtarzał się motyw, że Petelicki w tajemniczy sposób mówił bliskim znajomym, iż niedługo wydarzy się coś, co wstrząśnie sceną polityczną. Szczegółów nie zdradził nikomu.
Takie relacje, zbierane po fakcie, są jednak obciążone tzw. zniekształceniem retrospektywnym – kiedy wiemy, jak historia się skończyła, pamięć porządkuje wcześniejsze wydarzenia tak, by do niej pasowały. To nie znaczy, że świadkowie kłamią, ale że same relacje niczego nie dowodzą. Generał Gromosław Czępiński powiedział po śmierci Petelickiego, że jego własna wiedza jest większa niż wiedza Petelickiego, a nikt nigdy nie próbował go zabić.
To zdanie uderza w mechanizm tezy o człowieku, który wiedział za dużo: jeśli sama wiedza byłaby wystarczającym powodem, ofiar musiałoby być więcej. Uczciwa odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: Petelicki wiedział bardzo dużo o funkcjonowaniu Departamentu I, o rezydenturach, o pracy wobec emigracji, o budowie i rozmontowywaniu jednostki specjalnej, o tym, jak ludzie ze służb przechodzili do biznesu. Ale prawie cała ta wiedza dotyczyła przeszłości, która w 2012 roku była w znacznej części ujawniona. Nie istnieje żaden dowód – ani dokument, ani wiarygodne świadectwo – że w czerwcu 2012 roku dysponował konkretną informacją, której ujawnienie zagroziłoby konkretnej osobie na tyle, by zdecydowała się go zabić.
Nie oznacza to, że takiej informacji na pewno nie było, ale nie ma na nią dowodu. Ostatnie tygodnie życia generała są udokumentowane. Jan Pietrzak spotkał go na premierze w Teatrze Wielkim kilkanaście dni przed śmiercią i zapamiętał, że Petelicki był w bardzo dobrym nastroju i umawiał się na kolejne spotkanie. Prokuratura przesłuchała członków rodziny, znajomych, byłych i obecnych żołnierzy GROM-u.
Z zeznań wynikało, że w jego zachowaniu nie było niepokojących objawów, że zachowywał się normalnie, a jego śmierć była dla nich dużym zaskoczeniem. Świadkowie nie mieli wiedzy o tym, by ktokolwiek namową lub pomocą doprowadził go do tego kroku, i żaden nie wskazał na groźby ani inny bezprawny wpływ na jego decyzję. Niewygodnym dla państwa elementem jest tempo pierwszych dni. Śledztwo wszczęto dwa dni po śmierci, decyzja o sekcji zapadła w poniedziałek, a w środę rzecznik prokuratury przyznał, że o billingi jeszcze nie wystąpiono.
W próżnię informacyjną natychmiast wlały się plotki o problemach z alkoholem, chorobie Alzheimera czy kłopotach rodzinnych. Śledztwo je później zweryfikowało i odrzuciło: wykluczono problemy zdrowotne, ustalono, że małżeństwo było zgodne, a badania toksykologiczne wykazały, że w chwili śmierci w organizmie generała nie było alkoholu, leków ani środków odurzających. Zdaniem wielu komentatorów nie trzeba niczego ukrywać – wystarczy, że państwo milczy kilka dni, a przestrzeń wypełnia się sama. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci były obrażenia głowy powstałe wskutek postrzału z broni palnej.
Rana miała charakter wlotowy i wylotowy w okolicy skroniowej. Na ciele nie było innych obrażeń, w tym śladów obrony ani walki. Na miejscu ujawniono należący do niego pistolet Heckler & Koch, łuskę naboju kalibru 9 mm i rdzeń pocisku. Monitoring nie zarejestrował obecności innych osób w garażu.
Prokuratura przeanalizowała billingi, powołała biegłych z zakresu balistyki i daktyloskopii, sporządzono profil psychologiczny, przesłuchano kilkudziesięciu świadków. Śledztwo przedłużano trzykrotnie. Prokurator generalny Andrzej Seremet potwierdził, że nie znaleziono żadnego listu. 6 czerwca 2013 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo.
Prowadzono je w sprawie doprowadzenia Sławomira Petelickiego do targnięcia się na własne życie, czyli o czyn z art. 151 kodeksu karnego, i umorzono wobec stwierdzenia, że czynu nie popełniono. Prokuratura nie badała sprawy zabójstwa, tylko to, czy ktoś namową albo pomocą doprowadził generała do samobójstwa. Biegli stwierdzili, że u generała widoczne były cechy osobowości perfekcjonisty, a ludzie tego typu uważają, że nie należy pokazywać prawdziwych emocji.
Zdaniem zespołu opiniującego można przypuszczać, że przeżywał kryzys psychologiczny związany przede wszystkim z trudną sytuacją zawodową, finansową i publiczną. Śledczy uznali z dużym prawdopodobieństwem, że śmierć nie była szczegółowo zaplanowana, a wybór miejsca i czasu mógł świadczyć o determinacji wywołanej impulsem. W aktach znalazła się informacja, że generał wspominał kiedyś, iż odejdzie w sposób honorowy. Śledczy przyznali, że nie znaleźli jednego konkretnego motywu, ale zweryfikowali plotki: małżeństwo było zgodne i nie planowało rozwodu, nie doszło do sprzeczki, wykluczono problemy zdrowotne i realne kłopoty finansowe.
Za wersją oficjalną przemawia brak obrażeń obronnych, brak innych osób na monitoringu, własna broń, brak substancji obezwładniających, zeznania świadków, którzy nie wiedzieli o groźbach, oraz brak konkretnego podmiotu mającego interes w tej śmierci. Kluczowym argumentem, o którym mówi się rzadko, jest to, że ani żona generała, ani jego rodzony brat nie złożyli zażalenia na postanowienie o umorzeniu. Rodzina mająca pełny dostęp do akt i prawo do odwołania nie kwestionowała ustalenia, że Petelicki odebrał sobie życie. Po stronie niewygodnych faktów pozostaje brak listu – w przypadku człowieka przywiązującego wagę do formy i honoru oficera staje się pytaniem.
Motyw ustalono metodą rekonstrukcji psychologicznej, a nie dowodu bezpośredniego. Tempo pierwszych dni śledztwa pozostaje zarzutem. I wreszcie zamknięcie akt: badacz Piotr Wojciechowski wystąpił o udostępnienie akt do pracy naukowo-badawczej, prokuratura odmówiła, a on publicznie stwierdził, że wzmocniło to jego nieufność. Zwrócił też uwagę, że nie przesłuchano żadnego oficera służb współpracującego z Petelickim po tym, jak przestał dowodzić GROM-em.
Zgromadzony materiał dowodowy przemawia za samobójstwem, ale nie tłumaczy tej śmierci do końca. Różnica między tymi dwoma zdaniami to przestrzeń, w której od ponad dekady mieszkają teorie spiskowe. W chwili śmierci Sławomir Petelicki nie był już tylko człowiekiem, ale argumentem w sporze dzielącym kraj. Państwo działało w pierwszych dniach wolniej niż powinno i wyprodukowało lukę, w którą wlały się domysły.
Akta zamknięto także przed badaczami. Zdaniem wielu nieufność wobec postanowienia nie wzięła się z faktów, lecz z historii – Polacy mieli w ostatnich dekadach wiele powodów, by nie ufać instytucjonalnym wyjaśnieniom nagłych śmierci. Najbardziej pomijaną kwestią jest pytanie, dlaczego państwo, dla którego Petelicki zbudował od zera najlepszą jednostkę specjalną w jego historii, nie miało dla niego żadnego zastosowania przez 13 lat. Odchodząc w stan spoczynku, miał 53 lata, był w pełni sił i kompetencji, z doświadczeniem, którego nie miał nikt inny.
Generał Czępiński mówił, że na całym świecie takich ludzi po odejściu ze służby się nie zostawia. My zostawiliśmy. GROM istnieje, nosi imię Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej i wciąż ma na sztandarze 13 – od 13 lipca 1990 roku.
To jest jego prawdziwy testament: instytucja, która przetrwała człowieka.