W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku w warszawskim Aninie zamordowano byłego premiera Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Piotra Jaroszewicza oraz jego żonę Alicję Solską-Jaroszewicz. Przez ponad trzy dekady sprawa pozostawała jedną z najbardziej zagadkowych zbrodni w historii polskiej kryminalistyki, a żaden z oskarżonych nie został prawomocnie skazany. Piotr Jaroszewicz przez całe lata 70. stał na czele rządu.

Symbolizował epokę wielkich inwestycji, kredytów i obietnic, która zakończyła się strajkami i kryzysem. Po zmianie ustroju był emerytem bez ochrony i wpływów, ale jego nazwisko wciąż działało na wyobraźnię. Dlatego gdy zginął z żoną we własnym domu, wiele osób od razu podejrzewało tło polityczne, a nie zwykły napad rabunkowy. Według ustaleń śledczych napastnicy przyjechali do Warszawy rano 31 sierpnia i przez cały dzień obserwowali posesję.
Przygotowali rękawiczki, sznury, zapasowe buty, a psa mieli uśpić jedzeniem ze środkiem usypiającym. Do domu weszli przez uchylone okno łazienki. Na miejscu związali małżonków i rozpoczęli przeszukiwanie. Piotr Jaroszewicz został obezwładniony jako pierwszy, uderzony i posadzony w fotelu.
Jego żonę zaprowadzono do łazienki i związano. Napastnicy mieli czas na spokojne przeszukanie domu. Według prokuratury zabrali 5000 marek niemieckich, 5 złotych monet, dwa pistolety – Mausera i Waltera – oraz damski zegarek. Kluczowy moment nastąpił, gdy Jaroszewiczowi udało się uwolnić.
Został ponownie schwytany, dwóch mężczyzn trzymało go za ręce, a trzeci udusił. Alicja wciąż leżała związana w łazience, nie stanowiąc zagrożenia. Mimo to jeden z napastników wziął karabin należący do Jaroszewicza i oddał strzał w jej głowę. Kobieta zginęła.
Przez lata wokół sprawy narastała legenda o politycznym rozliczeniu i zniknięciu dokumentów. Śledczy jednak przedstawili inną wersję – zwykłego, choć wyjątkowo brutalnego napadu. Według prokuratury sprawcy wybrali dom byłego premiera, bo uznali, że ktoś taki musi mieć w domu pieniądze i kosztowności. Pod koniec lat 90.
pierwsza grupa podejrzanych stanęła przed sądem, ale zapadły wyroki uniewinniające. Sprawa odżyła w 2018 roku, gdy Dariusz S. złożył szczegółowe wyjaśnienia w ramach innego postępowania. Twierdził, że brał udział w napadzie na dom Jaroszewiczów, i wskazał Roberta S.
oraz Marcina B. Według prokuratury wszyscy należeli do tzw. bandy karateków, brutalnej grupy przestępczej działającej na początku lat 90. W grudniu 2019 roku prokuratura skierowała akt oskarżenia.
Robertowi S. zarzucono dodatkowo m. in. zabójstwo małżeństwa w Gdyni w 1991 roku i usiłowanie zabójstwa w Izabelinie w 1993.
Wyglądało na to, że historia wreszcie zmierza do finału. Mężczyźni mieli jednak zostać uniewinnieni. 22 listopada 2024 roku Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił Roberta S. , Dariusza S.
i Marcina B. od zarzutów związanych z zabójstwami, w tym od sprawy Jaroszewiczów. Sąd wskazał na błędy i nieprawidłowości w pracy prokuratury. Oznaczało to, że oskarżenie nie zdołało udowodnić winy na poziomie wymaganym do wydania wyroku skazującego.
Dla rodziny ofiar oznaczało to kolejne rozczarowanie po 32 latach oczekiwania. Śledczy zaproponowali konkretną rekonstrukcję zbrodni, ale sąd nie uznał jej za udowodnioną. Centralne pytanie – kto zabił Jaroszewiczów i co było celem napadu – pozostało otwarte. Prokuratura nie zgodziła się z wyrokiem.
We wrześniu 2025 roku prokuratura okręgowa w Krakowie złożyła apelację, wskazując na poważne naruszenia proceduralne i domagając się uchylenia uniewinnienia. Sprawą ma zająć się Sąd Apelacyjny w Warszawie. Może on utrzymać wyrok, uchylić go i przekazać sprawę do ponownego rozpoznania albo częściowo przyznać rację obu stronom. Wątku dokumentów, które miały zniknąć z domu w Aninie, nie udało się potwierdzić.
Przez lata powtarzano, że sprawcy szukali papierów, notatek i zapisków związanych z polityczną przeszłością Jaroszewicza. Jednak aby stwierdzić, że coś zniknęło, trzeba najpierw wiedzieć, że tam było. W przypadku pieniędzy, monet, broni i zegarka taki punkt odniesienia istniał. W przypadku tajemniczych dokumentów brakuje dowodów.
Nie istnieje również sądowo ustalony fakt, że Jaroszewiczowie zginęli na polityczne zlecenie. To hipoteza powtarzana przez lata, ale nigdy nie potwierdzona w żadnym wyroku. Śledczy uznali, że motywem był rabunek, choć przyznawali, że sprawcy przygotowali się do napadu staranniej niż zwykle. Jednym z najbardziej wstrząsających elementów sprawy pozostaje fakt, że Jaroszewicz nie zginął od razu.
Został związany, uderzony, przesłuchiwany podczas przeszukiwania domu. Dopiero gdy się uwolnił, złapano go ponownie i zabito. Pytanie, czego napastnicy chcieli się od niego dowiedzieć, zanim podjęli decyzję o zabójstwie, pozostaje bez odpowiedzi. Alicja Solska-Jaroszewicz leżała związana w łazience, słyszała kroki i odgłosy przeszukiwania, ale nie wiedziała, co dzieje się na dole.
Nie stanowiła zagrożenia dla napastników, a mimo to została zastrzelona. Jeżeli sprawcy obawiali się rozpoznania, zabójstwo dwojga świadków wydaje się logiczne. Pytanie, dlaczego weszli do domu bez masek, pozostaje otwarte. Sprawa Jaroszewiczów pokazuje, jak czas niszczy możliwość sprawiedliwości.
W 1992 roku śledczy mieli szansę zabezpieczyć dowody, których dziś nie da się odtworzyć. Świadkowie zapominali szczegóły lub umierali, dokumenty ginęły w reorganizacjach, a zmieniające się metody kryminalistyki nie mogły cofnąć upływu lat. Wyjaśnienia Dariusza S. , złożone po 26 latach, nie mogły zostać potwierdzone niezależnymi dowodami.
Mężczyzna mógł usłyszeć wiele wersji tej sprawy w mediach i celach, a jego opowieść mogła być zbudowana z fragmentów publicznie znanych informacji. Sąd musiał odpowiedzieć na pytanie, czy słowa oskarżonego wystarczą do skazania, a nie, czy historia brzmi spójnie. Dwa procesy, dwa uniewinnienia i 32 lata pomiędzy nimi. Pierwsza grupa podejrzanych została uniewinniona jeszcze w latach 90.
, druga – w 2024 roku. Prokuratura zaskarżyła drugi wyrok, więc sprawa wciąż nie jest prawomocnie zakończona. W tej chwili nikt nie może uczciwie powiedzieć, że mordercy zostali ustaleni i skazani, ani że zostali ostatecznie uniewinnieni. Historia zbrodni w Aninie pozostaje otwarta.
Wiadomo znacznie więcej o tym, jak według śledczych przebiegało zabójstwo, niż o tym, dlaczego naprawdę się wydarzyło. Dom byłego premiera wciąż pozostaje jedną z najmroczniejszych zagadek polskiej historii kryminalnej, bo odpowiedzi jest wiele, ale żadnej nie udało się dowieść przed sądem.