6 lipca 1940 roku w Auschwitz doszło do wydarzenia, które na długo odbiło się echem zarówno wśród więźniów, jak i władz obozowych. Tadeusz Wiejowski, przedwojenny żołnierz Wojska Polskiego, deportowany do obozu w pierwszym historycznym transporcie z 14 czerwca 1940 roku, stał się autorem pierwszej ucieczki z KL Auschwitz. Dokonał tego niespełna miesiąc po przybyciu do obozu. Wiejowski nie działał jednak sam.

W ucieczce pomogli mu polscy robotnicy cywilni zatrudnieni na terenie obozu, z których część należała do Związku Walki Zbrojnej. To dzięki ich zaangażowaniu więzień mógł opuścić obóz w przebraniu robotniczym. Plan był prosty, ale wymagał precyzji i odwagi. Wiejowski po prostu przebrał się w cywilne ubranie robocze i wyszedł z obozu, korzystając z zamieszania i słabości ochrony.
Na zewnątrz czekali na niego pomocnicy, którzy wyposażyli go w prowiant i niewielką gotówkę. Następnie ukrył się w pociągu towarowym i dotarł w rodzinne okolice Kołaczyc. Ucieczka zakończyła się powodzeniem, ale na wolności Wiejowski nie przetrwał długo. Jesienią 1941 roku został schwytany przez Niemców i rozstrzelany.
Jego historia nie zakończyła się jednak w momencie opuszczenia obozu. Konsekwencje ucieczki spadły bowiem natychmiast na tych, którzy mu pomogli. Zaledwie dwa dni po wydarzeniu polscy robotnicy cywilni zostali aresztowani i osadzeni w obozie. Spośród wszystkich pomocników wojnę przeżył tylko jeden z nich – Bolesław Bicz.
Dla władz obozowych ucieczka Wiejowskiego była niezwykle wstydliwą kompromitacją. Więźniom przyniosła natomiast pewnego rodzaju dumę z rodaka, ale przede wszystkim bardzo surową karę. W odpowiedzi na ucieczkę zarządzono apel, który przeszedł do historii jako jeden z najbardziej morderczych w dziejach obozu. Więźniowie musieli stać na baczność przez dwadzieścia godzin.
W represji wziął bezpośredni udział Ludwig Plagge, jeden z esesmanów odpowiedzialnych za porządek w obozie. To on nadzorował całą stójkę i osobiście egzekwował jej warunki. Jak zapamiętał jeden z więźniów, Plagge zarządził, aby wszyscy przez cały czas trzymali ręce założone na karku. Nikt nie mógł opuścić szeregu nawet w celu załatwienia potrzeb naturalnych.
Warunki były skrajnie wyczerpujące. Ludzie z osłabienia padali na ziemię i omdlewali. Ci, którzy próbowali prosić o pozwolenie na wystąpienie z szeregu, byli przez Plagge brutalnie bici i kopani. Dwudziestogodzinne stanie bez możliwości odpoczynku, wody czy pożywienia było karą zaprojektowaną tak, by złamać więźniów fizycznie i psychicznie.
Apel przyniósł również ofiarę śmiertelną. Dwudziestu godzin stania nie wytrzymał Dawid Wonkczewski, polski Żyd deportowany do Auschwitz. Jego śmierć uczyniła go pierwszą znaną z imienia i nazwiska ofiarą KL Auschwitz. To właśnie w trakcie tego apelu zginął pierwszy więzień, którego tożsamość zapisała się w historii obozu.
Wcześniej śmierć zbierała żniwo wśród osadzonych, ale to nazwisko Wonkczewskiego jako pierwsze zostało jednoznacznie zarejestrowane jako ofiara śmiertelna obozu zagłady. Dla niemieckich władz obozowych ucieczka Wiejowskiego była dowodem, że system izolacji i terroru ma słabe punkty. Więzień, który zaledwie kilka tygodni wcześniej trafił do Auschwitz, zdołał zbiec dzięki pomocy osób spoza obozu. Pokazało to, że nawet w tak zamkniętym środowisku jak obóz koncentracyjny możliwa jest konspiracja i współpraca z polskim ruchem oporu.
Dla więźniów zaś ucieczka stała się symbolem nadziei – dowodem, że opór jest możliwy nawet w najbardziej beznadziejnych warunkach. Represje, które nastąpiły po ucieczce, były jednak brutalnym przypomnieniem, że każdy akt buntu wiąże się z ogromną ceną. Objęto nimi wszystkich więźniów, których wówczas było w obozie 1311 osób. Wszyscy oni musieli ponieść konsekwencje czynu jednego człowieka.
Ta zbiorowa odpowiedzialność była charakterystyczną metodą niemieckiego terroru – kara za występek jednostki spadała na całą społeczność, by odstraszyć innych od podobnych prób. Historia Wiejowskiego i pomocników, którzy zaryzykowali życie, by umożliwić mu ucieczkę, jest jedną z tych, które pokazują, jak krucha była granica między życiem a śmiercią w Auschwitz. Ucieczka z 6 lipca 1940 roku nie zmieniła biegu wojny ani nie osłabiła niemieckiej machiny zagłady. Miała jednak ogromne znaczenie symboliczne.
Pokazała, że nawet w pierwszym okresie funkcjonowania obozu, zanim Auschwitz stało się miejscem masowej zagłady Żydów, istnieli ludzie gotowi zaryzykować wszystko, by odzyskać wolność lub pomóc w tym innym. Wiejowski nie doczekał końca wojny. Zginął rozstrzelany jesienią 1941 roku, schwytany przez Niemców po ponad roku ukrywania się. Jego pomocnicy z Kołaczyc podzielili los wielu Polaków zaangażowanych w działalność konspiracyjną – za pomoc więźniowi zapłacili własną wolnością, a część z nich życiem.
Jedynym, który przeżył, był Bolesław Bicz. Dwudziestogodzinny apel, który był pokłosiem ucieczki, pozostał w pamięci więźniów jako jedno z najbardziej brutalnych doświadczeń tamtych pierwszych miesięcy. Stał się też jednym z pierwszych świadectw tego, jak wyglądała codzienność w Auschwitz – codzienność pełna terroru, arbitralnej przemocy i śmierci, której ofiarą mógł paść każdy, niezależnie od tego, czy był winny, czy nie. Śmierć Dawida Wonkczewskiego podczas apelu jest szczególnie wymowna.
Choć nie był uczestnikiem ucieczki ani jej organizatorem, poniósł najwyższą cenę za czyn, którego nie popełnił. Jego nazwisko, jako pierwsze znane z imienia i nazwiska, zapisało się w historii jako dowód, że Auschwitz od samego początku było miejscem, w którym życie ludzkie nie miało żadnej wartości, a terror dotykał wszystkich bez wyjątku. Wydarzenia z lipca 1940 roku są więc zarówno historią odwagi i determinacji, jak i brutalnego odwetu. Ucieczka Wiejowskiego, choć zakończona sukcesem, nie przyniosła mu wolności na długo.
Pomocnicy, którzy działali z pobudek patriotycznych i ludzkiej solidarności, zapłacili za to obozem, a w większości przypadków także życiem. Więźniowie, którzy nie mieli z ucieczką nic wspólnego, zostali poddani karze mającej złamać ich fizycznie i psychicznie. A wszystko to rozegrało się w ciągu zaledwie kilku dni, w samym środku okupowanej Polski, w obozie, który miał stać się symbolem największej zbrodni w dziejach ludzkości. Ta historia to jedno z pierwszych ogniw w długim łańcuchu wydarzeń, które złożyły się na historię Auschwitz.
Przypomina, że obóz nie powstał jako od razu w pełni zorganizowana machina śmierci. Był miejscem, w którym Niemcy stopniowo doskonalili metody terroru, a każda próba oporu spotykała się z coraz bardziej brutalnymi represjami. Pierwsza ucieczka, pierwsza znana ofiara, pierwszy morderczy apel – to wszystko działo się w 1940 roku, zanim Auschwitz na trwałe wpisało się w historię jako miejsce masowej zagłady.