Taksówka zwolniła przed apartamentowcem, a ja stałam przy oknie z kieliszkiem wina, którego nikt nie tknął. Ryszard wszedł, jakby to on był tu gospodarzem, i rzucił tylko: „Patrycjo, zamknij to….

Taksówka zwolniła przed apartamentowcem, a ja stałam przy oknie z kieliszkiem wina, którego nikt nie tknął. Ryszard wszedł, jakby to on był tu gospodarzem, i rzucił tylko: „Patrycjo, zamknij to....

Bianka czekała przy oknie, obserwując, jak taksówka zwalnia przed eleganckim apartamentowcem. Trzymała w dłoni szklankę schłodzonego białego wina, które ledwo tknęła, a wystrój wokół niej — biały marmur i obowiązkowe dzieła sztuki — wisiał na ścianach jak kolejny eksponat arystokratycznej arogancji, do którego przywykła. Poza witryną dramatycznie zmieniały się jesienne kolory, a słońce ostatecznie zniknęło za horyzontem, gdy ostatnie strzępy światła i ciężkie chmury pełne deszczu przesuwały się na północ. Drzwi otworzyły się, zanim skończyła ostatni łyk.

Thumbnail

Jej mąż, Ryszard, wszedł do środka w swoim charakterystycznym kroju, niosąc ze sobą atmosferę człowieka, który przywykł być w centrum uwagi. Miał chłopięcy uśmiech, który nigdy nie docierał do jego chłodnych, twardych oczu. Ta twarz znał na pamięć całymi latami małżeństwa, okresem, w który zainwestował wyłącznie w śluby, które wygłaszał, nigdy nie płacąc ich prawdziwą ceną. Zatrzymał się na widok jej nieruchomej sylwetki przy oknie.

Serce Bianki uderzyło mocno, ale nie z żalu. To już nie był niepokój z minionych lat, tylko coś zimnego, beznamiętnego. Dziś był dniem, w którym kończyła się rola, którą grała od ponad dekady. W kącie salonu drgnął cień.

Patrycja, ich córka, która mieszkała w domu dłużej, niż ktokolwiek się spodziewał, wymamrotała coś zza swojego laptopa. Patrycja odziedziczyła blond włosy matki, ale płytkie zainteresowania — najwyraźniej większy obiekt — którego nie interesowała, dopóki nie zamieniono jej w ikonę dobroczynności w oczach bogatej rodziny. — Patrycjo, zamknij to — warknął Ryszard, rozluźniając krawat. — Wrócił do pokoju.

Właściwie to po co ty tu właściwie siedzisz? W odpowiedzi Patrycja uniosła szczupłą brew. Napięcie wisiało w powietrzu, gdy Bianka odwróciła się z uśmiechem, salonowo, celowo powolnym. Uśmiech, który miał przebite zmęczenie na jego twarzy na nowo, wygładziła koszulę, na której nie dokończyła tyrady.

— Najpierw posprzątaj — wtrąciła tak, jakby to była oczywista rzecz. — Mamy obiad z moimi rodzicami. — Twoimi rodzicami? Och, oczywiście.

Twoich rodziców — jak zawsze. Powinienem był się domyślić. — To twoja wina, Ryszardzie. Mój ojciec próbuje tylko pomóc twojej karierze doradczej.

Może odrobiłbyś pracę domową, zamiast udawać, że to wstyd. — Koszmar. Męskie skurcze. Jak zwykle.

Z… — Tak, tak. Kocham cię. Wschodnia Europa odwróciła się do drzwi.

Widok ojca wpadającego do środka przerwał kłótnię, zanim zdążyła się naprawdę rozpocząć. Mimo że przekroczył pięćdziesiątkę, Edward Woliński wyglądał dobrze, choć zaczerwienienie na jego twarzy i jego żona Adelajda, wyglądająca jakby zsiadła z czerwonego dywanu w białej jak kość słoniowa sukni, niosła wyraźny zapach perfum i pogardy. — Gdzie jest ta wasza rozkoszna córka? — zapytała Adelajda, zanim pogłaskała policzek Bianki, zbyt mocno i zbyt protekcjonalnie.

— Prawdopodobnie pierze swoje rzeczy. Albo bola. — Izabella wraca jutro z zagranicy — oświadczyła Bianka cicho. — To miła odmiana.

— Oczywiście, że ma wrócić — zauważył Hubert, ich zięć, który właśnie zszedł po schodach, trzymając krawat w dłoni. — Zawsze wraca, gdy robi się za tłoczno. Chociaż, zrzucam winę na to bogactwo, które macie. Coś drgnęło w Ryszardzie, ale szybko się opanował.

— Jest włączona. To wszystko, co wiem — wyglądało to jak na początku małżeństwa. Bianka słyszała niskie, pospieszne kroki na piętrze. Miała nadzieję, że za jakością grawitacji pójdzie dalej.

Hubert, nękany problemami finansowymi i pozornie poślubiony z Izabellą, która gardziła tym, że jest w ciąży z jego dzieckiem, robił dobrą minę do złej gry przed wolską rodziną, chociaż jego degeneracja temperatury była widoczna w cichym ślinieniu, gdy odwracał wzrok od gotówki, którą błyszczał czarną kartą kredytową na stole. — Przepraszam — burknął Ryszard i wmaszerował do gabinetu. Drzwi zatrzasnęły się tak mocno, że zabrzęczały kryształowe kieliszki w barku. — Jutro — powiedziała Bianka, odsłaniając zęby w uśmiechu, który nie miał nic wspólnego z radością.

— Nie chcę żadnych zakłóceń. Ryszard jest prześladowany w pracy. Ty wiesz, jak potrafi być jego nowy klient. Sądząc po tym, ile czasu ta zdzira z nim spędza.

Patrycja wycofała się do swojego pokoju z telefonem, podczas gdy matka podążała za mężem do sypialni. W małym prywatnym biurze po drugiej stronie korytarza — de facto gabinecie Ryszarda, niegdyś strefie zakazanej pełnej brokatowych nagród, teraz pełnej tekturowych pudeł pełnych starych kontraktów — miała miejsce cisza. Nikt nie przyszedł do nowego. Ale ja to zrobiłam — pomyślała Bianka, stojąc w przejściu.

Po cichu owinęła dłoń wokół klamki, wślizgnęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi. Pierwszy raz w napiętym żołądku, policzyła do dziesięciu, zatrzymała się, odetchnęła. Strach nie był częścią słownika Wolskich. Ani też nie była przyzwoitość.

Dera miała rację: wyrafinowana rodzina sprowadziła się do brutalnego spektaklu całkowitej degeneracji. Wszystko, co musiała zrobić, to pociągnąć za sznurek. I ona to zrobiła, mapa ich ostatniego dziesięciolecia finansowych krętactw została już świetnie narysowana w jej głowie. Prawda była tam, w czystych metalowych szafkach, w pogiętych dokumentach skarbowych, w gniewie jej córki, który rosła w głowie jak trucizna; a poza nimi, w ich kłamstwach, w ich arogancji, w ich biedzie.

„Moja droga Bianko. ” List, który jutro zostanie dostarczony, czytała sto razy. Papier, rzeczowy, pozbawiony ciepła, skończony raport z sekcji zwłok i sucha. Ale ona to napisała — szybkie wyznanie całej ich gry.

— klucz, który odciąłby ją na zawsze, gdyby ktokolwiek go znalazł. Ale to nie było paliwo, którego używała. Mimochodem podpaliła dokument, wrzucając go do kominka w gabinecie, gdy spopielał w popiół. To, co wiedziała, miało ogromną wartość.

A to, co zrobiła dwa tygodnie temu, było gwoździem do trumny, o którego nikt nie podejrzewał. Wsunęła laptopa do torby, wsuwając też kopię „raportu z audytu, który nie istniał”. Usłyszała trzask drzwi na dole i zduszone głosy. Patrycja stała u podnóża schodów, gdy zeszła i zaśmiała się cicho do telefonu.

— Tak, tak, właściciel galerii obiecał, że rozwieje się to w ciągu 24 godzin — powiedziała, machając ręką w kierunku rodziny. — Wyeksportuję swoją suknię na jutrzejszą galerię. — Patrycjo — zaczęła Adelajda, wsuwając się do salonu z żalem na twarzy. — Twój ojciec i ja musimy porozmawiać o twojej przyszłości.

— Wolisz ją od picia? Rzuciła okiem na matkę, Marsylia w grubych poliestrowych oparach potu — absolutnie żadna z was nie chciała odpowiedzialności za nieplanowaną córkę. Właśnie obcięła sobie pasożyta. — Niesmaczna uwaga.

— To tylko wieczór pełen pieniędzy, które wzmacniają twoje poczucie siebie. — Patrycjo. Ekstrawagancja nie ma nic wspólnego z tym, co ci oferuję. — Oprócz tego, że odetnęłam każdy grosz, który można było dostać za rodzinną biżuterię i dokumenty, gdy wyjeżdżałam za granicę.

Zatrzymaj sobie to wsparcie. Screams z apartamentu z góry. Stłumione, ale ostre. Wszystkie oczy zwróciły się w górę, a po chwili zapadła cisza, po czym drzwi Ryszarda otworzyły się z łoskotem, a on wyszedł na korytarz.

Jego twarz była ciemnoczerwona, jak brudna płachta, a oddech mu się rwał. — Patrycjo. Do mojego gabinetu. Teraz.

Z zarumienionymi policzkami, ale z uniesioną wysoko głową podeszła do niego. Nie było słychać spotkania, tylko głosy. Potem krzyk. — Wiedziałaś!

— Ryknął Ryszard, a dzbanek do drinka, srebrna taca i szklanki rozpadły się w drzazgi na podłodze. — Przez cały czas wiedziałaś, co ona planuje! Adelajda była blada jak papier. — Że co?

O czym ty mówisz? — O to chodzi. Z twojego powodu. Edward, kciukiem wciśnięty w ramiączka aksamitnego szlafroka swojej żony, przeszedł z sypialni.

— To była cała twoja wina. Rozmawiałem z nimi. Zorientowałem się, że jej sądowa rozprawa została rozwiązana. — Z ojcem?

Z tym starym dziadkiem? — Z kimkolwiek, komu udało się odzyskać rozum. Ale nie, wiedziałeś, że zawsze stawiałam na… Twarz Ryszarda przybrała cielisty kolor, Fitz zmienił się w szkarłat; przeskoczył na drugą stronę pokoju, chwytając starego mężczyznę za klapy.

— Ty stary gnoju! Sprzedałeś nas! Sprzedałeś mnie moich wrogom! Adelajda pisnęła, cofając się i zakrywając dłonią paciorki naszyjnika, jakby zimne perły miały uchronić ją przed młodzieńczym wybuchem, co tylko podsyciło ogień wściekłości Ryszarda.

Modlił się o tę konfrontację. Ponieważ ówcześnie — myślała Bianka, stojąc na dole, obserwując wszystko — osoba, która zawsze udzielała głosu i zapewniała słuszność, próbując ratować reputację, która już była w separacji ze światem, Pułapka zatrzasnęła się. To rodzinne dziedzictwo, które pielęgnowałeś, właśnie wyleciało w powietrze. — Proszę bardzo — syknął Ryszard, puszczając teścia, który potknął się o dywan.

— Proszę bardzo. I wszyscy myślą, że to ja jesteś tym złym. Powiem ci wszystkim, co wiem. Co ty wiesz?

— wyrzucił z siebie. Bianka bezgłośnie wbiegła na schody, kątem oka widząc Patrycję, która siedziała na poręczy z uśmiechem zwiastującym kłopoty. — To wszystko jest moją winą — wyszeptał Ryszard, chwytając się poręczy. — Trzeba było zostawić to, co pozostawiłaś.

Powiedziałem jej, żeby przestała wysyłać znajomym wiadomości z groźbami! Ale nie. Nie. Widzisz, do czego to doprowadziło?

Tylko tak, że jesteś zrujnowany. Zrujnowany! — Ryszardzie, uspokój się — zaczęła Bianka; głos miała spokojny I spokojny, wyćwiczony w ćwiczeniu pokoju, który utrzymywał ją przy życiu — Zanim cokolwź powiesz, pomyśl o konsekwencjach. — O konsekwencjach — zaśmiał się gorzko.

— Był czas, kiedy myślałem, że ty jesteś jedyną, która wie, co robi, ale jesteś ich wszystkich taka sama. Urodziła się z tą samą pustką. Idąc za nią po schodach, jej palce zamknęły się na czarnym etui. — To nie jest rodzina, to kłamstwo — powiedziała Patrycja, po prostu mnie ignorując.

Zmiana w powietrzu była nagła i pozaziemska. Odgłos klucza w zamku. Wszyscy zamarli. Do domu weszła Izabella, wyglądająca, jakby przeżyła kłótnię.

Gdy tylko wkroczyła, jak zraniona suczka, Hubert wystąpił naprzód. — Izzy, nie jesteś tym, czym się wydajesz, pozwól mi wyjaśnić. — Wychodzę z domu. Pozwól jej wyjaśnić — warknęła.

— Tylko mi powiedz, dlaczego. — Zmieniłem zdanie. Po tym wszystkim, co ich zrobiłem… — Wszystko, co im zrobiłeś?

— rzuciła się na niego; żwawy policzek był policzkiem oplatającym go i chwytającym kołnierz, odwracając go tak, by otarł się o krawędź stołu. Wrzasnął, gdy jej łokieć wylądował na kręgosłupie. — Ach, ty mały… — Nie masz prawa — wychrypiał Hubert, a głos mu się załamał.

— Jestem tym, którym się urodziłem. Ale ty… Pomyśl o chwilach, które spędziliśmy. Pomyśl o tym, co mogło być.

— Właśnie. — dystans był zimny, gdy odsuwała się od niego. — Dlatego właśnie trzy tygodnie temu wyszedłam za twojego najlepszego przyjaciela. Pobraliśmy się.

Teraz wszystko, co mamy, to puste życie razem i żyjąca w gniewie teściowa w cudzym garniturze. — To nieprawda — powiedział słabo. — W bieli i zbroi, która cię rywalizuje o… — Zamknij się.

Proszę. — Kapitan Ryszarda odwrócił się do innych; jego twarz była posiniaczona. — Wszyscy wiecie, że w drodze było pozwanie rozwodowe. A twoja matka prawie przeniosła cały swój majątek do funduszu powierniczego, gdy myślała, że nikt nie patrzy.

Powiedz mi, jak mam traktować tamtą rodzinę. Każdy ostatni z was zaatakował. — Hubert, pamiętaj tylko, że to była ustawka — powiedziała Patrycja cicho. — Jeżdżę z tobą w interesach.

Widzę, jak podrywasz każdą kobietę, która wejdzie ci w pole widzenia, i wiem lepiej niż ktokolwiek, jak wykończony jesteś, gdy musisz rano wstać. W pokoju zapadła cisza. Siła, która go wypełniała, natychmiast zniknęła. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się po wyjściu Izabelli, Chwila ciszy, którą był szofer, przerwało pukanie woźnego z kopertą.

— Dla pani Wolińskiej. Pocztą. Bianka wzięła to swoim najlepszym, zastygłym uśmiechem i rozerwała kopertę. Jej twarz była pozbawiona wyrazu.

R. , mimo że jesteś ładna, jesteś w ciąży — zawahała się, podnosząc wzrok. — Izabella. Ma to, czego chciała.

— Jesteś w ciąży? — warknął Ryszard, wyrywając jej kopertę z rąk. — Z tym pociągnięciem? Izabella odwróciła się przy drzwiach, a jej twarz w drzwiach wejściowych broniła.

— Proszę powitać mojego męża, do którego wybiera się pan adwokat. Podejrzewam, że odbiorą jej prawa do nienarodzonego dziecka. Bianka stanęła u podnóża schodów, cała posprzątana. W kadrze ostatecznie obnażyła się przeszłość.

— Chodź, Ryszardzie. Chodźmy zobaczyć. Przestąpił przez kopertę. Uśmiechnęła się słodko, patrząc, jak zbliża się do przodu, do ich jadalni.

— Wydaje mi się, że wiemy, co się tutaj wydarzy, ale nigdy nie mieliśmy słów, żeby to nazwać. Artykuł w porannej gazecie będzie zatytułowany: „Wściekli Wolski nieświadomie wspierali ciążę swojego zięcia i własny ruiny finansowej, a jednocześnie mówili jej, jak bardzo brakuje im szacunku w ocenie faktów. ”

Przez chwilę panowała cisza. Potem wybuch gniewu, gdy Ryszard spróbował sięgnąć po telefon, podczas gdy Edwardowi trzęsły się ręce, a Patrycja śmiała się rozpaczliwie w kółko.

— To twoja wina — wyjęczał Ryszard, potykając się o siebie. — Ty! Twoja żądza zemsty i sposób, w jaki zawsze mówiłeś mojej rodzinie, że jest lepiej, zniszczyła wszystko. Jestem zrujnowany.

Wszystko, co do cholery posiadam, zostało zlikwidowane, a oni zabiorą wszystko. — Uważaj Ryszardzie. To twoja jałowa wpadka. — Wszystko jest dla mnie jasne!

— Mówił do pokoju, ale jego wzrok wbił się w nią. — Wyszłaś za mnie za mąż. Miałaś szczęście, że mnie… — urwał.

Zamrugała, przechylając głowę. Dotknęła dłonią złotego naszyjnika. — Rzeczywiście, miałam szczęście. Miałam wybór, by w końcu przejrzeć na oczy.

I wtedy to do niego dotarło. — To wszystko ty. — Uśmiechnął się władczo, ale bez przekonania. — Wszystkie dokumenty.

Papiery, które zniknęły, gdy ogłoszono upadłość. Stark, jeśli kiedykolwiek gdziekolwiek się pojawisz w sądzie, spaliłem stodołę za grosze. — Wykopał zgnieciony plik papierów, ktoś nimi rzucił w izbie, przewracając grafitowy stos na wypolerowany wosk. Nikt nigdy nie podniósłby ich do głośnego czytania.

— Jim Ferguson był twoim człowiekiem przez cały ten czas? Z kieszeni płaszcza wyjęła zwinięty czarny papieros. Pokój zamarł. — Dopóki ty właśnie nie zmarnowałeś.

Myślisz, że zapisałeś im testament, zamiast ogłosić go w urzędzie sądowym, naprawdę tam staną? Chłopcze, czy masz coś, co twoja rodzina zawsze robiła, zamiast myśleć o jedzeniu na stole i o mnie, starając się zadowolić ciebie, twoich rodziców; to chore. Nikt nie zrozumiał, że sprowadziłeś obcą osobę do ich domu — dopóki nie zadałeś sobie trudu, że powiedziałeś, co nosisz. Nikt się nie poruszył.

— Ty suko. Posuwasz się za daleko. — Ryszard — rzekł słodko Patrycja, wyczuwając sytuację i gotów do zniszczenia. — Poczta lotnicza, mamo.

Znalazłam tę rozmowę latem, kiedy opiekowałam się psem w Weinheim i zawiózł ją na lotnisko przez Linz. Miałeś przechować paszport. Bardzo słodkie. Porozumienie ze starym kochankiem dla firmy szkieł — ładne drobne kłamstwo, nawet jeśli nie brzmi to wystarczająco przestrzennie.

Bianka poczuła, jak coś zimnego wbija się głęboko pod żebra. — Nie wiem, o czym mówisz. — Oczywiście, że nie. Patrycja, kochana — jak najęta i skinęła głową — pamiętasz, jak ciocia Ewa przyprowadziła latem te swoją siostrzenicę; nauczyłyśmy cię doskonale czegoś, co dotyczy papeterii i pieczątek.

Nauczyłaś się czytać tak dobrze, że kiedy dorosłaś, potrafiłaś powiedzieć „gram na gitarze” w trzech językach; Przyłapałam ją na przeglądaniu plików administracyjnych i wślizgiwaniu się do biura ojca z kluczem, który jej dałaś. — A kim, u diabła, jest „ona”? — warknął Ryszard. — Twoja kochanka.

Twojego sekretarza. Twojego ofiarodawcę. Może to nieistotne. Ale jej pismo odręczne jest wszędzie, podobnie jak odciski palców; widać, że uwielbia korzystać z twojej karty kredytowej, nawet jeśli ledwo zna twoje nazwisko w recepcji.

— To… to kłamstwo. Złapałbym cię. — Naprawdę?

Wypowiedz jej imię. Powiedz mi, dlaczego ona dostała wybór apartamentu w Barcelonie w zeszłym miesiącu, skoro rezerwacja została sfinansowana z pieniędzy, które obiecałeś przeznaczyć na kredyt. Maszynka uciekła. Zobaczyła strach, zanim zdążył go zakryć.

— Masz, kurwa, wszystko poukładane, prawda? — Mam wyczucie, gdzie leży brud. Ty po prostu nigdy nie pomyślałeś, żeby zajrzeć pod spód. — Wskazała na teczkę, z której wciąż sterczały kartki.

— Wszystko w tej teczce to twoja zdrada. Twoja i twoich małych przyjaciół. Audyt, rachunki bankowe, które założyłeś na rezydencję, korespondencja z prawnikami z Panamy, której nigdy nie zauważyłeś, przekłuta na kratkę i pozszywana z rejestrami we własnym prywatnym sejfie. Złożyłem skargę do urzędu skarbowego, anonimowy list dotyczący dwóch dekad oszustw podatkowych; poszedłem na policję w sprawie zaginięcia dokumentów potwierdzających twoją pensję.

Najlepsze jest to, że twoja prawowita żona zna numer twoich spraw w sądzie rodzinnym, biorąc pod uwagę twoją prośbę o zabezpieczenie nakazu, by powstrzymać ją przed rozmową z prasą. Twoja matka zadbała o to, by wsadzić ci nóż w plecy, upewniając się, że wszystkie te szczegóły znajdą się na pierwszej stronie wszystkich głównych gazet codziennych w momencie, gdy twoja sprawa zacznie się obracać. Ryszard otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. — Właściwie, to powiedz „dobranoc” wszystkiemu, co wiesz, i przygotuj się na spotkanie z nowym prokuratorem.

Tak jak ktoś ci powiedział, że wiedziała, że w ciąży; to nie było dziecko Huberta. — To była izba — wykrztusił. — Prawie. Ale to również zaplanowałem, aby twój spisek związał się z tobą i twoim kochankiem, gdy odziedziczysz fundusz powierniczy.

To było jak uderzenie w twarz; Ryszard krok do tyłu, dłonią po policzku. — Miałeś, kurwa, rację. Od samego początku. Trzeba było słuchać…

— Ryszard. — głos Bianki ciął, twardy jak kamień. — Powiedz reszcie to, co właśnie powiedziałeś. Zrób to dla nich.

— Boże, to nie jest proste — niemalże jęknął. — To. Zrobisz. To.

Albo dzwonię do każdej gazety w promieniu stu mil, zanim zdążysz wybrać numer swojej prawniczki. Zaczynając od tego, jak ty i twój kochanek przekonaliście oboje rodziców, by podpisali rozporządzenia testamentowe, które dawały wam absolutną kontrolę. W oczach miał łzy. Ale to nie powstrzymało go, gdy rzucił się na nią.

Ranna sylwetka Patrycji jako pierwsza rzuciła się do przodu, chwytając go za ramię. — Zostaw ją. — To ona! To wszystko ona!

— Rzucił się w jej stronę, ręce wyciągnięte, ale potknął się o nogę od krzesła, którą kopnął, chwytając za adamaszkowy obrus stołu; cała kolacja Wolskich zwaliła się na podłogę z hukiem kryształu i stłuczonego szkła. Popychali się, krzyczeli, a strażnicy przybyli z salonu, aby odciągnąć Ryszarda. — Wyprowadź go — powiedziała spokojnie Bianka podczas chaosu, gdy Hubert ojciec zaczął wyciągać kieszonkowy notatnik. — Ty!

Co ty, u diabla, robisz? — Kopiuję dokumenty, w tym dokument założycielski jego nowej działalności. Adres jest zarejestrowany na ładnym przedmieściu Szwajcarii. Myślałeś, że tego nie zobaczę?

— Za twoją radą — warknął Ryszard — zgodziłem się, by ci oszuści wykupili polisę inwestycyjną, która do dziś ciążąca jakaś egzekucją. Powiedz im, skarbie. Bianka była naprawdę blada. — Nie miałem z tym nic wspólnego.

— Tak, dobrze. Mieliśmy taki układ: trzymaj papiery z dala od sądu, a ja trzymam język za zębami. A kiedy wsadziłeś nas w to gówno, na pewno wiedziałeś, że zostawisz ich na pastwę… cóż, możesz zgadywać, komu to pozostawiłeś. Powoli wypuściła drżący oddech.

— Zepsułeś to. Złamaliśmy każde możliwe prawo i zbyt wiele, żeby to policzyć, i myślisz, że powstrzyma cię bycie jedynym w pokoju z kartami, kiedy nadejdzie rozliczenie? Jesteś z tym skończony. Jesteśmy skończeni.

Kącik ust Patrycji drgnął. — Daj, wezmę to. Po przeciwnej stronie pokoju, cień. Wysoki.

Cierpliwy. Adwokat Jakub Woliński stał w drzwiach wejściowych z aktówką w dłoni, patrząc tak, jakby oglądał akt oskarżenia, który właśnie mu przerwano. — Powinienem był się domyślić, że tu jesteś — wymamrotał Ryszard. — Twoja żona zadzwoniła.

Omówienie pilnych wymagań finansowych. — Moja żona. — Ryszard zarechotał. — Twoja żona jest tego, kurwa, częścią.

— Proszę zachować spokój, panie Woliński. — Jakub wyciągnął srebrny długopis i położył dokument na najbliższej powierzchni — najbliższym czystym rogu stołu — obok poplamionej pieczęcią notarialną. — Ta umowa własności, dotycząca rezydencji w centrum, akcji, praw do licencji oraz okresowych przelewów z rachunków szwajcarskich i wiodących rachunków powierniczych na rzecz twojej żony i dziecka, musi zostać podpisana, zanim podejmiemy jakiekolwiek dalsze kroki. Odpowiada to w całości na pilne wezwanie, które pani złożyła dziś po południu.

Ryszard próbował się roześmiać, ale głos mu się załamał. — To żądanie okupu. To ja. Podpisujesz swój majątek tylko po to, by zachować wolność.

Jakub uśmiechnął się do niego, potem jego spojrzenie przesunęło się na Biankę. — To uczciwa cena za każdy pojedynczy twój powiewający dług w tej chwili, czyż nie jest, moja droga? Chwila zawisła w równowadze. Zbyt wiele przegranych wieczorów, zbyt wiele cichych poranków, zbyt wiele sekretów wciśniętych w poduszki.

Bianka patrzyła, jak długopis spoczywa na czystym pergaminie, i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pomyślała o swoim ojcu — prostym człowieku, o którym jej przybrani rodzice nigdy nie mówili, ponieważ płacił cenę, by nazwać ją swoją córką tylko w aktach urodzenia. Ale została nazwana. Podniosła wzrok, a jej dłoń była lodowato spokojna. — Jestem zmęczona.

Zmęczona tą rodziną, jej kłamstwami i wszystkim, co reprezentuje. Jesteś wolny, Ryszardzie. Ale będziesz się zastanawiał, dokąd uciekł Hubert, jaki był twój. Ta stypa, kiedy tylko na nią spojrzysz, musi się skończyć.

Ryszard ścisnął długopis. Potem, powoli, jak stary człowiek, podpisał każdą stronę. — Nie masz nic. Żadnych aktywów, żadnych kont, żadnej udawanej siły.

Odwrócił się do Jakuba, szurając nogami w stronę drzwi, dźwigając zniszczoną aktówkę. — Gdzie pójdziesz? — zapytała Patrycja, bawiąc się kieliszkiem. — Nad morze — rzucił przez ramię.

Miał nadzieję, że to zabrzmi na ostro. Wyszło żałośnie. — Może wrócę, gdy wszystko to ucichnie. — Nie zrobisz tego — powiedział cicho Jakub.

— Ponieważ to się nigdy nie uspokoi. Drzwi zamknęły się, gdy wyszedł do samochodu. Nikt nie poszedł za nim. Wyprowadzony koń, pomyślała Bianka.

Patrycja uniosła kieliszek, upiła łyk i odstawiła go z powrotem. — Cóż, to było całkiem niezłe. Mamusiu. Weszła na górę do pokoju, skąd dało się słyszeć krzyk wściekłości, stłumiony przez ściany.

Słyszała uderzenie, gdy telefon Ryszarda uderzył o ścianę, gdy próbował zwolnić zamrożone konto. Następnego ranka — Wiał wiatr i korki, gdy cztery samochody policyjne zaparkowały przed willą przy głównej drodze. Bianka stała przy oknie salonu z zimną kawą, patrząc, jak sąsiedzi Wilków wylewają się z nadmuchiwanych zamków i śmiejąc się wesoło. Kluczyk i jej torebka leżały w przedpokoju.

Wystarczy sięgnąć. 2 tygodnie później — Mieszkanie w Bayreuth dla Haliny. Bianka zamykała kolejne pudełko z jadalni i przykleiła je taśmą. Pokój w wynajmowanym domku na obrzeżach miasta, niedaleko dużego lotniska, zaadaptowano na sypialnię.

Rano wyjeżdżała, by rozpocząć nową pracę w firmie rachunkowej w Kanadzie… Zjadłszy wszystko ze śniadania, sięgnęła po telefon. Jedna nowa wiadomość. Otworzyła ją.

„Dziękuję” — napisała Patrycja. „Naprawdę. Tęskniłam za tobą. ”

Uśmiechnęła się do siebie.

„Wróć już wkrótce do domu. ”

Zostawiła to włączone. Przynajmniej teraz martwi się o ten problem. Spakowała płaszcz, wyciągnęła paszport i rozejrzała się po raz ostatni po pokoju, który nigdy nie był jej domem.

— Mam nadzieję — szepnęła cicho. — Mam nadzieję, że jesteś tego wart. Wyszła z mieszkania, zamykając za sobą drzwi, i skierowała się w stronę czekającej windy, ku nowemu życiu.