Usłyszałam ciche piknięcie systemu i zanim zdążyłam cokolwiek sprawdzić, kwas żołądkowy podszedł mi do gardła. Stałam w progu własnego mieszkania, wciąż w płaszczu, a na ekranie telefonu migała…

Usłyszałam ciche piknięcie systemu i zanim zdążyłam cokolwiek sprawdzić, kwas żołądkowy podszedł mi do gardła. Stałam w progu własnego mieszkania, wciąż w płaszczu, a na ekranie telefonu migała...

Elżbieta usłyszała ciche piknięcie systemu i zanim zdążyła cokolwiek sprawdzić, kwas żołądkowy podszedł jej do gardła. Stała w progu własnego mieszkania, wciąż w płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię, a na ekranie telefonu migała notyfikacja z państwowego rejestru. Otworzyła ją palcem, któremu ledwo ufała. System pokazywał, że jej mąż zdążył już wziąć ślub cywilny z nową partnerką w Sopocie.

Thumbnail

Zacisnęła szczękę tak mocno, że aż zabolało, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Kiedyś by to zrobiła. Kiedyś by go o to oskarżyła, a on by udawał, że to wszystko wina jej pracy, jej nieobecności, jej ciągłego znikania. Wyciągnęła telefon i weszła do kuchni.

Wiersz, który pisała do niego przez ostatnie miesiące, wciąż leżał w notatkach, otwarty na ostatnim zdaniu. Oparła kciuk na klawiaturze, ale zamiast odpowiedzi wsunęła telefon z powrotem do kieszeni i pchnęła notatkę do kosza. Następnego dnia w laboratorium było głośno od szumu wentylatorów i pomruku kompresorów. Elżbieta w białym kombinezonie i ochronnych okularach podeszła do tablicy, na której czarnym markerem rozpisana była gen 2.

Wzięła gąbkę i starła jedną z linii, pozostawiając po sobie jedynie smugę. Obok stanął Dominik, inżynier odpowiedzialny za podsystemy, i przez chwilę patrzył na jej rysunek, nie komentując. Masz cienie pod oczami aż do kości policzkowych — powiedział cicho, wkładając ręce do kieszeni. Nie wracasz do domu czy to przez projekt?

— Jestem do tego przyzwyczajona — odparła, nie odwracając wzroku od tablicy. Projekt przeszedł recenzję, ale przygotowuję się do Gen 2. Harmonogram dla agencji sięga do końca przyszłego roku. — Elżbieto.

Spójrz na siebie. Odwróciła się dopiero, gdy wyciągnął w jej stronę zwinięty w kłębek ręcznik papierowy. Mrugnęła, wzięła go i przycisnęła do twarzy obiema dłońmi. Przez chwilę stała z zamkniętymi oczami, oddychając głęboko.

— Siadałam na tym krześle i pisałam do niego wiadomość — powiedziała w końcu, a głos wrócił do normalnego rytmu, chłodnego i rzeczowego. — Zanim rano wejdziemy do komory, chcę żebyś sprawdził zawory dopływu czynnika chłodniczego. Mam co do nich przeczucie. Dominik nie drążył tematu.

Poprawił plakietkę identyfikacyjną, która obróciła się tekstem do dołu i skinął głową. — Jeśli chcesz ze mną o czymś porozmawiać, poza pracą. — Zawahał się, spoglądając na tablicę. — Wracasz później do swojej kawalerki, prawda?

Do jasnego, małego mieszkanka z lodówką, w której stoją mrożone pierogi. — Odwrócił się do niej plecami, a jego głos stał się niski. — Jeśli kiedykolwiek zechcesz coś napisać, wyślij to do mnie. Do zobaczenia jutro.

Elżbieta nie odpowiedziała. Położyła telefon ekranem do dołu, podeszła do składanego łóżka w kącie, rozłożyła koc i położyła się. Zamknęła oczy, ale sen przychodził wolniej niż powrót myśli do krótkiego SMS-a, którego nigdy nie wysłała. Rano weszła do szybu windy, trzymając przed sobą teczkę z napisem GEN 2.

Piętro niżej przyszło jej do głowy, że nigdy nie powiedziała Dominikowi o ślubie byłego. Nigdy nie powiedziała nikomu o tym, że przez dwa lata nie wróciła do domu rodzinnego. Urząd, projekt, bezpieczeństwo państwowe — to były jej domy, i żadne z nich nie oferowało nic więcej niż wąskie, wojskowe łóżko i wyciszone korytarze bez okien. Rzeczywiście tamtego popołudnia, kiedy przeprowadzała symulację laserową dla Gen 2, system bezpieczeństwa powiadomił ją sygnałem dźwiękowym.

Na ekranie pojawiła się wiadomość tekstowa z nieznanego numeru. Nie odtworzyła jej. Usunęła powiadomienia, oparła dłonie o stację roboczą i wróciła do pracy. Dopiero godziny później, gdy powtarzana taśma produkcyjna maszyny wypełniła pomieszczenie monotonnym buczeniem, przystanęła przed monitorem i wyświetliła twardy raport.

Informacje o właścicielu pierwszego szczebla patentu były ograniczone do trzech departamentów rządowych. Nie miała do nich dostępu, ale domyślała się. Pochyliła się i przyłożyła palec do ekranu. — Wiedziałaś do czego to służy — powiedziała sama do siebie.

Wieczorem, w domu, wcisnęła klawisz na swoim bezpiecznym porcie Ministerstwa Finansów. Logowanie przeszło. Przejrzała tabele przychodów, ukryte linie budżetowe, tajne stypendia przekazywane przez osobny system państwowy, które nigdy nie pojawiały się na wyciągach. Znów przeszła całą ścieżkę przepływów.

Znalazła to w końcu: nieruchomość w Wilanowie, zarejestrowana na spółkę-córkę ministerstwa. Właścicielem konta bankowego był Julian Hertel. A obok nazwiska widniała pełna lista odbiorców. To nie była już zwykła kradzież.

To były dziesiątki nazwisk, stopnie wojskowe, kody dostępu do państwowych laboratoriów sprzedawane za cichą zgodą wyższych urzędników. Zaczęła czytać od nowa, powoli, zapamiętując nazwiska wykraczające poza finanse, oscylujące wokół projektów, o których nigdy oficjalnie nie istniały. Napisała SMS do swojej przełożonej: „Wysyłam ci coś. Uważaj na siebie.

”

Po drugiej stronie monitora jej przełożona, Klaudia Hertel, wyświetliła korespondencję na bezpiecznym łączu. Jej twarz w strefie czystej, bez makijażu, z włosami ściągniętymi do tyłu, śledziła tekst przez kilka sekund. Potem nacisnęła klawisz „kasuj”. — Co to za warunki do życia?

— usłyszała Elżbieta, gdy weszła do kantyny. Klaudia mówiła równym, spokojnym głosem, ale palce ścigały się po blatach. — Nie wracałaś do domu przez dwa lata. Nie powiedziałaś swojemu mężowi, twojemu byłemu mężowi, gdzie pracujesz.

Nie mogłaś wytłumaczyć rodzinie, dlaczego nigdy nie jesteś obecna. Wiesz, ile razy cię szukałam? — Klaudia. — Elżbieta postawiła kubek na stole.

— Mówisz tak, jakbyś nie wiedziała. Zarząd badania nad Gen 2 jest finansowany z systemu, który nie przechodzi przez budżet publiczny. Nawet teraz, na tym piętrze, jednym pstryknięciem możemy zablokować tę linię. — Zablokować?

— Klaudia zachichotała cicho, a jej usta rozciągnęły się w mdłym uśmiechu. — Zablokujesz linię, która opłaca ci mieszkanie, ochronę i trumnę twoich rodziców? Twoja plakietka ma nadrukowany kod dostępu, który widnieje dziś na trzech listach: twoja, moja i twojego dominika. Zgadnij, która z nas może go cofnąć.

Zapadła cisza. Elżbieta wyjęła papierosa z kieszeni, choć palenie w tym budynku było zabronione. Klaudia nie skomentowała. Odwróciła się i podeszła do krzeseł, pozostawiając za sobą chłód, który pozostał w pokoju długo po tym, jak wyszła.

Tego samego wieczoru, w jej kawalerce, przyszedł dzwonek do drzwi. Otworzyła i stanął w nich Julian Hertel — napięty, z aktówką w dłoni, ubrany w granatową koszulę pod sportowym blezerem. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, on wepchnął jej do ręki plik dokumentów. — Jesteś adresatką pozwu w imieniu mojego klienta — powiedział z udawaną grzecznością, wsuwając kciuki za pasek.

— Interesująca jest twoja kariera, Elżbieto. Jak daleko zajdziesz, kiedy powiem komisji sejmowej o twoich związkach z programem Gen 2? — Wyjdź. — Nie wyjdę.

— Julian wszedł do środka, oglądając pokój, zatrzymując wzrok na składanym łóżku i plastikowych pojemnikach z mrożonymi pierogami w otwartej zamrażarce. Parsknął śmiechem. — Mieszkasz jak studentka z zadłużeniem. Tylko że ty — odwrócił się i wycelował palec w jej twarz — nie masz nawet długu, bo wszystko jest płacone z pieniędzy państwowych, które nie wiadomo skąd się biorą.

— Przyszedłeś do mnie z prawnikiem, żeby podzielić mój majątek przedmałżeński? — powiedziała spokojnie, krzyżując ramiona. — Jesteśmy po rozwodzie, Julianie. — Jesteśmy po rozwodzie, ale nie po rozliczeniu.

Uzgodniliśmy, że twoja pensja i premie idą na nasze wspólne konto. Domyślasz się, że twój były pracodawca przelewał ci przez lata trzynastą pensję na prywatne konto w Szwajcarii? — Roześmiał się, widząc jej minę. — Nie masz pojęcia, co robisz, prawda?

Jesteś tylko naukowcem. Inżynierem, jakich pełno. Ja zarządzam nimi, że tak powiem. — Wynoś się, zanim wezwę ochronę.

— Wezwij. — Julian podszedł do drzwi, odwracając się w progu. — Mój prawnik wyśle ci przedsądowe wezwanie do zaprzestania naruszeń. Może nie dzisiaj, może nie jutro.

Ale przemyśl to, co zobaczysz w dokumentach, które ci zostawiłem. Każdy twój ruch w tej firmie, każdy twój SMS, każde wystąpienie przed komisją — to jest rejestrowane. I uwierz mi, gdy powiem, że nie wiesz, kto patrzy. Do widzenia.

I zamknął za sobą drzwi. Elżbieta stała przez chwilę, patrząc na drzwi. Potem pochyliła się, wzięła dokumenty z podłogi i przeczytała pierwszą stronę. Pozew dotyczący naruszenia zabezpieczeń, dostęp do danych niejawnych, które nigdy nie powinny opuścić budynku.

Na końcu, drobny druk: „System Bezpieczeństwa Państwowego, Wydział Audytu Wewnętrznego”. Odłożyła papiery na kuchenny stół. Otworzyła lodówkę, wylała do szklanki resztkę wody, włożyła do mikrofali i stała w ciemności, czekając, aż naczynie zacznie parować. Później napisała do przełożonej: „Wiem o wycieku.

Zadzwoń, gdy tylko znajdziesz czas. ”

— Wiem też, że twoje nazwisko nie widnieje na wnioskach o finansowanie Gen 2. — Ktoś odparł od razu. Klaudia.

— Skąd wiesz? — Bo mam oczy, Elu. I dlatego, że sam od jakiegoś czasu obserwuję twoje ścieżki. — Głos Klaudii brzmiał teraz obojętnie.

— Informacje o właścicielu patentu pierwszego stopnia są zastrzeżone. Trzy departamenty rządowe nie mają do nich dostępu. Ale ty nie zawracasz sobie głowy pytaniami, prawda? Nie masz do tego dostępu, ale się domyślasz.

I dlatego przyszłam cię ostrzec. Serce Elżbiety uderzyło o żebra. Zanim zdążyła odpowiedzieć, Klaudia przerwała. — Nie odzywaj się do mnie, dopóki nie odbierzesz mojej wiadomości.

Na razie idź do domu. Zjem jutro z tobą lunch. — Co? — Jesteś objęta audytem wewnętrznym, Elżbieto.

Będą z tobą rozmawiać. Ale to, co im powiesz, zdecyduje o tym, czy twoja kariera przetrwa noc. Dobranoc. Rozłączyła się pierwsza.

Elżbieta nie poszła do łóżka. Zamiast tego włączyła komputer, zalogowała się do bezpiecznej sieci bezpieczeństwa państwowego i wpisała nazwisko „Julian Hertel”. Przed nią otworzyły się pełne akta osobowe. Im dłużej pracowała, tym dalej odsuwała się od krzesła.

Kiedy skończyła czytać, na zewnątrz zaczynało świtać. Następnego ranka w laboratorium panowała napięta cisza. Dyrektor projektu, Klaudia Hertel, nie pojawiła się o zwykłej porze. Zamiast niej do sali konferencyjnej wszedł mężczyzna w ciemnym garniturze z identyfikatorem gościa.

— Pani doktor Elżbieta Wiśniewska? — zapytał, chociaż znał odpowiedź. — Proszę za mną. Jest do pana szereg pytań.

Poszła za nim do małego pokoju bez okien na piętrze, do którego tylko nieliczni mieli dostęp. Usiadła naprzeciwko dwóch przesłuchujących. Zegarek mieli taki sam, jak jej własny — służbowy, z nowym zabezpieczeniem. Mężczyzna położył przed sobą cienką teczkę, ale nie otworzył jej od razu.

— Pani doktor. — zaczął. — Kto nakazał pani wtargnięcie do obiektu państwowego? — Nie wtargnęłam tam.

Mam uprawnienia do strefy C i D. Pracuję nad Gen 2. — Strefa C i D. — powtórzył powoli, jakby smakował każde słowo.

— Jest pani pewna? Bo widzi pani, zgodnie z rejestrem, ostatni dostęp do czystej strefy został odnotowany wczoraj o 02:11. To pańskie zezwolenie, prawda? Elżbieta pochyliła się do przodu, żeby zobaczyć ekran.

Daty, czasy, lokalizacje. Ale to nie było jej działanie. Nie po północy. Nie w taki sposób.

— To nie ja. — A czy pani mąż, były mąż, Julian Hertel, kiedykolwiek mówił coś o dostępie do bezpiecznego systemu? Zamarła. — Julian jest prawnikiem.

Nie ma żadnych uprawnień do…

— Dlatego pytam — przerwał mężczyzna. — Zapytam jeszcze raz, pani doktor. Czy David Hertel, brat Juliana, miał dostęp do pańskich notatek projektowych? To nazwisko.

David Hertel. Główny inżynier Gen 1. Zmarły dwa lata temu, zanim dołączyła do projektu. Odłożyła do szuflady wspomnienie, które usiłowała zepchnąć.

— Nie… nie wiem, o czym pan mówi. — Mówię o tym, że Gen 2 opiera się na technologii opracowanej pierwotnie przez Davida. Oficjalnie, w raportach, jesteś kierowniczką techniczną. Ale w rzeczywistości Gen 2 to jest jego dziecko.

Pan Julian wiedział o tym. A pani — pani była tylko kontynuacją. Czy to pani była do tego zmuszana? Oparła dłonie na stole i wstała.

Zrobiła to powoli, ale czuła jak rozchodzi się po niej chłód. — Nigdy nie byłam do niczego zmuszana. — głos jej się lekko załamał, ale opanowała się. — Gen 2 to mój projekt.

Robiliśmy go we dwoje, ale to ja podpisałam umowę z Ministerstwem. Jeżeli macie mi coś do powiedzenia, po prostu powiedzcie. Jeśli nie, to wyjdźcie, bo za chwilę zaczyna się zmiana. Spojrzał na nią przez chwilę, po czym wstał, odsunął krzesło i podszedł do drzwi.

— Pani umowa o pracę jest przedmiotem przeglądu. Do tego czasu proszę zawiesić dostęp do systemów. Osobiście zaleciłem wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. — A ja wnoszę pozew o naruszenie prywatności.

— odpowiedziała bez zastanowienia. — Jestem doktorem inżynierii, mam prawo reprezentować samą siebie. W przeciwnym razie powiem radiu, że zmuszacie swoich pracowników do pracy w warunkach, w jakich wy sami byście nie chcieli pracować. Jego oczy zwęziły się, ale w końcu skinął głową i wyszedł.

Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, Elżbieta pozwoliła sobie wypuścić powietrze. Położyła dłonie na blacie, opuszczając głowę. W ciszy, która zapadła, usłyszała znajome kroki na korytarzu. Klaudia, w białym fartuchu ochronnym, z rękawami podwiniętymi do łokci, stanęła w drzwiach i zamknęła je za sobą.

— Wiedziałaś, że David jest właścicielem patentu pierwszego szczebla, prawda? — powiedziała Elżbieta cicho. Klaudia wzięła głęboki oddech i przytaknęła. — Wiedziałam.

I dlatego właśnie włączyłam go do swojego raportu na długo przed tym, zanim Julian go sfinalizował. Gen 2 nigdy nie należał do ciebie. Nigdy nie należał do Ministerstwa. On cały czas należał do Davida.

A teraz… — odchrząknęła, — musisz zdecydować, co zrobić z wiedzą, którą masz. — Jaką wiedzą? — Że twój pogrzebowy problem nie leży w tym, kto jest właścicielem patentu. Tylko w tym, kto go teraz kontroluje.

— Klaudia odwróciła się do drzwi. — Wychodzę z tego kraju. Agencja danych jest na granicy ujawnienia. Wsiadam w samolot o 14:00.

— Klaudia. — Elżbieta stanęła między nią a wyjściem. — Ty też jesteś w to zamieszana. Dlaczego mi to mówisz?

— Bo nie mam nikogo innego, komu mogłabym to powiedzieć. — Klaudia uśmiechnęła się blado, ale to nie dotarło do oczu. — Dowiedziałam się, że wzorzec Gen 2, ten, który masz w swojej stacji, jest zasilany kodami generowanymi na twoim stanowisku. W twoim imieniu.

Julian cię wrabia. I to nie jest teoria spiskowa. Odetchnęła. Potem odwróciła się, pociągnęła za uchwyt zamrażarki w mini barze, wyciągnęła dwie paczki pierogów i położyła je na blacie, obok szklanki z mikrofali, wciąż zimnej.

— Masz ochotę na kluski? — zapytała. — To wszystko, co mam. Na razie.

— Elżbieto, ta fala kwasu żołądkowego podeszła ci do gardła — powiedziała Klaudia cicho. — Wiem, co czujesz. — Nie wiesz. — Elżbieta przycisnęła rękę do piersi.

— Nie masz pojęcia. Klaudia podeszła do niej i położyła papierosy z kieszeni na stole między paczkami pierogów. — Twoja sprawa. Ale potrzebuję, żebyś wiedziała, że nie tylko Julian ma na ciebie haka.

Ja też. I nie przyjechałam tu prosić cię o obronę, tylko o to, żebyś mi powiedziała, czy z tym czymś, co masz w ręce, da się zrobić to, co mówiłeś, że da się zrobić. Czy Gen 2 da się wprowadzić do produkcji masowej? Elżbieta spojrzała na zamrażarkę, na paczki, na dokumenty pozostawione przez Juliana.

Przełknęła. — Prawdziwe przemysłowe źródło światła wymaga minimum 500 watów do masowej produkcji. To co my mamy w laboratorium, to prototyp. Do uzyskania pełnej wydajności brakuje nam regulacji pola magnetycznego.

Bez tego próżnia nie trzyma się w przewidzianych tolerancjach. — A gdybym powiedziała ci, że istnieje możliwość zdjęcia tego ograniczenia? — Klaudia podeszła do tablicy i przejechała palcem po linii wyrysowanej węglem. — Że w dokumentach Davida, tych, których nigdy nie widziałeś, znajduje się zapis, który mówi, że pierwszy projekt można podłączyć bez układu odzyskiwania?

Wszystko jest kwestią tego, kto podpisze się pod wnioskiem o finansowanie. — Ktoś musi za to zapłacić. Ktoś, kto będzie w stanie udźwignąć konsekwencje, jeśli się nie uda. Klaudia uśmiechnęła się szeroko, ale jej oczy pozostały zimne.

— Byłaś na liście, którą zostawił ci mąż? Tak na marginesie, twoje nazwisko pojawia się wśród osób, które mają dostęp do konta zastrzeżonego w Szwajcarii. Przygotuj się na przesłuchanie. Będą chcieli poznać całą listę.

— A co z tobą? — Ja? — Klaudia oderwała plakietkę z kieszeni, tą, którą nosiła przez cały czas, i położyła ją na stole. — Ja wyjeżdżam już teraz.

Praca, którą mam z tobą do zrobienia, nie trzyma mnie w jednym miejscu. — Pochyliła się bliżej, ściszając głos. — Ale postawili mnie w stan oskarżenia za naruszenie obiektu państwowego, ty o niczym nie wiesz. Ponieważ nie masz żadnych dowodów.

A gdybyś je miał, weź pod uwagę, że jedynym, co oddziela cię od więzienia federalnego, jest to, że jesteś zbyt przydatna, by cię aresztować. Zanim Elżbieta zdążyła odpowiedzieć, Klaudia wyciągnęła z kieszeni wciśniętą teczkę, rzuciła ją na stół i wyszła. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Elżbieta została sama, otwierając wieczną zawartość.

Wewnątrz teczki znalazła pojedynczy, cienki plik — dowód, że konto w Szwajcarii, na które przelewano dochody, zostało otwarte w imieniu Davida Hertela, a ostatnia operacja miała miejsce na miesiąc przed jego śmiercią. W oświadczeniu majątkowym, podpisem własnoręcznym, jego własne nazwisko. Ale nie to ją zaniepokoiło. Na ostatniej stronie, w miejscu na podpis, widniał czytelny, czarny podpis: „Elżbieta Hertel”.

Oparła się o zamrażarkę. Kompresor nagle zabuczał, budząc się do życia. Wzięła papierosy ze stołu, wsunęła je do kieszeni, chwyciła teczkę i wyszła. Na ulicę dotarła, gdy pierwsze promienie słońca przedarły się przez chmury.

Na rogu stała granatowa limuzyna. Dominik czekał, oparty o maskę. — Wiedziałem, że w końcu zobaczę cię uciekającą w tej samej marynarce, w której zaczynałaś — powiedział. — Usiądź, odwiozę cię na lotnisko.

— Skąd wiedziałeś, że będę potrzebować odjazdu? — Bo wiem, że ukradłaś dokumenty z działu kadr, że mam dosyć oglądania jak niszczysz sobie życie dla kogoś, kto nie zasługuje nawet na to, by czyścić twoje buty. — Splunął na ziemię. — Nie masz nic do stracenia, prawda?

Oprócz tej historii, z którą musisz się zmierzyć. Otworzyła drzwi i wsiadła. Silnik zawarczał. Przez lusterko wsteczne obserwowała budynek, który stopniowo stawał się mały, blok za blokiem.

— Muszę zobaczyć bardzo szczególne dane z laboratorium, po trzykroć zastrzeżone. Dużo więcej niż ćwiartka tego, co pozwolono ci przejrzeć w ramach ABW. Wychodzimy przez spichlerz w Wałbrzychu i przechodzimy na drugą stronę granicy, zanim ktokolwiek zobaczy, że zniknęliśmy. — W porządku.

— odpowiedziała, spoglądając mu w oczy. — To tylko kwestia tego, kto pierwszy się dowie, że Gen 2 jest już gotowe.