W nocy z 6 na 7 listopada 1981 roku pułkownik Wojska Polskiego leżał ukryty w skrytce pod podłogą furgonetki, która zmierzała w stronę granicy z NRD. Kilkadziesiąt centymetrów od niego leżała żona, a w sąsiedniej skrytce dwaj dorośli synowie. Za cienką blachą stali żołnierze z latarkami. Gdyby ktoś zastukał w podłogę i usłyszał pustkę, mężczyzna zostałby rozstrzelany, a jego rodzina trafiłaby do więzienia.

Człowiek w skrytce to Ryszard Kukliński, oficer Sztabu Generalnego z dostępem do dokumentów, których w całym kraju nie widziało nawet dwadzieścia osób. Znał z pamięci plany uderzenia Układu Warszawskiego na Europę Zachodnią. Wiedział, ile dywizji ruszy w pierwszym rzucie, którędy pójdą i ile milionów ludzi zginie po drodze. Przez dziewięć lat przekazywał Amerykanom około 35 tysięcy stron tajnych dokumentów.
Kukliński urodził się 13 czerwca 1930 roku na warszawskiej Woli w rodzinie robotniczej. Jego ojciec Stanisław działał w konspiracji, został aresztowany przez Niemców i zginął w obozie Sachsenhausen. Po wojnie Kukliński trafił do wojska, gdzie szybko awansował. Ukończył Akademię Sztabu Generalnego i trafił do Zarządu Operacyjnego, miejsca, w którym powstawały plany na wypadek wojny.
Rosyjscy oficerowie uważali go za człowieka pewnego, przy którym można rozłożyć mapę bez obaw. W 1972 roku Kukliński wziął udział w ćwiczeniach, na których pokazano mu mapę, która zmieniła wszystko. Doktryna Układu Warszawskiego zakładała natychmiastowe, potężne uderzenie w głąb Europy Zachodniej. Polskie dywizje miały iść przez północne Niemcy i Danię, a przez terytorium Polski przechodziłyby w drugim rzucie armie radzieckie.
Kukliński zrozumiał, że w tym planie Polska nie jest zapleczem, tylko celem. W realiach lat 70. zniszczenie celu oznaczało użycie taktycznej broni jądrowej. Węzły komunikacyjne to miasta, przeprawy to miasta.
Widział na mapie, jak wygląda Polska po kilkudziesięciu uderzeniach jądrowych. Zrozumiał, że plan, który sam współtworzy, nie przewiduje scenariusza, w którym jego kraj przetrwa. Do tego doszły wydarzenia, które pogłębiły jego rozczarowanie. W 1968 roku polskie wojsko wzięło udział w interwencji w Czechosłowacji, a w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu strzelano do robotników.
Kukliński, syn robotnika z Woli, rozdzielił w swojej ocenie państwo od kraju, system od narodu. Doszedł do wniosku, że przysięgał Polsce, a nie strukturze, w której o losie kraju decyduje się w Moskwie. Pierwszy kontakt z Amerykanami nawiązał latem 1972 roku podczas rejsu jachtu po Bałtyku i wzdłuż wybrzeży Europy Zachodniej. W jednym z zachodnioniemieckich portów wysłał anonimowy list, w którym zaznaczył, że jest grupą oficerów, nie Rosjan.
Podpisał go inicjałami, których nie można było z niczym powiązać. Amerykanie odpowiedzieli i doszło do pierwszego spotkania poza granicami Polski. Obie strony sprawdzały się nawzajem. Kukliński odmawiał przyjmowania wynagrodzenia, godził się jedynie na drobne sumy na koszty operacyjne.
W amerykańskich dokumentach funkcjonował jako Jack Strong, a sam siebie w meldunkach nazywał czasem mewą. Jego prowadzącym był oficer występujący jako Daniel, znany jako David Ford. Ich relacja opierała się na meldunkach i sporadycznych kontaktach osobistych. Kukliński fotografował dokumenty miniaturowym aparatem mieszczącym się w dłoni, który wyglądał jak zapalniczka albo etui na okulary.
Jedna rolka mikrofilmu mieściła kilkadziesiąt stron. Dokumenty o najwyższej klauzuli tajności były ewidencjonowane, więc Kukliński musiał fotografować w miejscu pracy, często po godzinach, kiedy jego obecność w gabinecie nikogo nie dziwiła. Przekazywanie materiałów odbywało się przez martwe skrzynki. Zostawiał pojemniki zamaskowane jako kawałki cegły, zardzewiałe puszki lub kamienie.
Sygnalizacja opierała się na umówionych znakach: kresce kredą na słupie, przestawionej doniczce, pustej puszce na parapecie. Jeden znak oznaczał materiał zostawiony, drugi odebrany, trzeci przerwać wszystko. Zanim dotarł do skrzynki, wykonywał trasy sprawdzeniowe trwające dwie, trzy, czasem cztery godziny. Wchodził do sklepów i wychodził drugim wyjściem, wsiadał do tramwaju w ostatniej sekundzie, obserwował ulicę w szybach wystawowych.
Z czasem doszło urządzenie Discas, które przesyłało zaszyfrowane meldunki w ułamku sekundy do przejeżdżającego samochodu. Pracownik ambasady jechał trasą, którą Kukliński znał, a ten stał na przystanku z rękami w kieszeniach. Żadnego kontaktu wzrokowego, żadnego zwolnienia. W drugą stronę Kukliński odbierał na krótkofalówce transmisje z zestawami cyfr, które rozszyfrowywał przy użyciu jednorazowych kluczy.
Przez dziewięć lat ten system nie zawiódł ani razu. Żadna skrzynka nie została wsypana, żadna transmisja nie została przechwycona. Kukliński przekazał Amerykanom pełną dokumentację czołgu T-72, wówczas najnowszej konstrukcji Układu Warszawskiego, dane o przeciwpancernych pociskach kierowanych, systemach obrony przeciwlotniczej i radiolokacji. Przekazał procedury systemu dowodzenia, informacje o zakonspirowanych stanowiskach dowodzenia dla najwyższego kierownictwa radzieckiego i o polowym ruchomym stanowisku dowodzenia.
Na szczycie piramidy znalazły się plany strategiczne, koncepcja operacji zaczepnej Zjednoczonych Sił Zbrojnych, zadania frontu nadmorskiego, kierunki uderzeń, terminy i siły. Amerykanie dostali oryginalne dokumenty sztabowe po rosyjsku i po polsku, z pieczęciami, podpisami i numerami egzemplarzy. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że znaczna część ocen o wartości tych materiałów pochodzi od strony zainteresowanej, czyli od ludzi amerykańskiego wywiadu, którzy mieli interes w podnoszeniu wartości swojego źródła. Polscy historycy do dziś spierają się, na ile dokumenty realnie zmieniły planowanie Zachodu, a na ile potwierdziły to, co już podejrzewano.
Spór nie jest rozstrzygnięty. Kukliński przez dziewięć lat żył w codziennym napięciu. Nie mógł powiedzieć prawdy nikomu, nawet żonie Hannie i synom Waldemarowi i Bogdanowi. Wracał wieczorami zmęczony i nerwowy, cierpiał na bezsenność, siadał w restauracjach plecami do ściany, sprawdzał, czy kartka w szufladzie leży dokładnie tak, jak ją położył.
Ludzie, których zdradzał, nie byli abstrakcją. To byli koledzy, oficerowie, z którymi jeździł na poligony i pił wódkę po ćwiczeniach. Ci sami ludzie, gdyby prawda wyszła na jaw, zasiedliby w składzie sądu, który skaże go na śmierć. Jesienią 1980 roku jego podwójne życie przestało być prywatne.
Po powstaniu Solidarności Moskwa zaczęła przygotowywać interwencję. Kukliński widział z dokumentów, które przechodziły przez jego biurko, że trwają przygotowania do wprowadzenia do Polski wojsk Układu Warszawskiego, kilkunastu dywizji radzieckich wspieranych przez jednostki z NRD i Czechosłowacji. Operacje maskowano jako wielkie ćwiczenia, tą samą metodą, którą zastosowano wobec Czechosłowacji. Kukliński przekazał to Amerykanom.
Waszyngton zaczął publicznie mówić o koncentracji wojsk przy polskich granicach. Zbigniew Brzeziński uruchomił kanały dyplomatyczne i wysłano sygnały do Moskwy. Interwencji w grudniu 1980 roku nie było. Czy to zasługa Kuklińskiego?
Jedna szkoła mówi, że tak, w znacznym stopniu, bo jego meldunki dały Zachodowi pewność, która pozwoliła zareagować stanowczo i na czas. Druga szkoła wskazuje, że Moskwa miała własne powody, by się wycofać: wojnę w Afganistanie, fatalną sytuację gospodarczą, świadomość, że polskie wojsko może zachować się nieprzewidywalnie. Prawda leży zapewne pośrodku. Jedno jest pewne: zimą 1980 roku Zachód wiedział i wiedział dzięki niemu.
Skoro interwencja z zewnątrz okazała się zbyt kosztowna, Moskwa zaczęła naciskać na rozwiązanie tańsze. Polacy mieli sami zaprowadzić porządek u siebie. Przez cały 1981 rok w ścisłej tajemnicy w wąskim gronie kilkunastu oficerów powstawała dokumentacja wprowadzenia stanu wojennego. Kukliński był w tym gronie nie jako obserwator, ale jako jeden z tych, którzy to piszą.
Dokumentacja obejmowała listy osób do internowania z nazwiskami i adresami, harmonogram odcięcia łączności, godzinę milicyjną, militaryzację zakładów pracy. Kukliński fotografował to i przekazywał partiami w miarę powstawania dokumentów. We wrześniu i październiku 1981 roku Amerykanie mieli w rękach materiał odpowiadający temu, co zostanie wykonane. Na kilka tygodni przed 13 grudnia Stany Zjednoczone wiedziały, co się szykuje.
Solidarność nie została ostrzeżona. Istnieją dwie wersje wyjaśniające tę decyzję. Pierwsza: ostrzeżenie oznaczałoby spalenie źródła. Gdyby przywódcy Solidarności nagle zniknęli z mieszkań lub zaczęli działać, jakby znali plan, w Warszawie i Moskwie w ciągu doby postawiono by pytanie, skąd wiedzą.
Krąg osób znających dokumenty był tak wąski, że wskazanie Kuklińskiego byłoby kwestią dni. Druga wersja: Waszyngton po prostu nie zadziałał. Część analityków nie wierzyła, że władze w Polsce naprawdę się na to odważą, a przekonanie, że ostrzeżenie i tak niczego nie zmieni, było wygodne. Na przełomie października i listopada 1981 roku do polskich władz dotarła informacja, że treść dokumentów dotyczących stanu wojennego jest znana na Zachodzie.
Prawdopodobnie doszło do przecieku po stronie amerykańskiej. W Sztabie Generalnym ruszyło metodyczne szukanie źródła. Sprawdzano, kto fizycznie miał dostęp do konkretnego dokumentu, ile było egzemplarzy, kto je pobierał z kancelarii. Krąg podejrzanych zaczął się kurczyć.
Kukliński był w tym kręgu i wiedział o tym doskonale. Siedział na naradach, na których omawiano poszukiwanie zdrajcy, i słuchał, jak jego koledzy zawężają obszar poszukiwań w jego stronę. Wtedy Kukliński nadal meldunek z prośbą o ewakuację. Nie ewakuację siebie, ale całej rodziny, żony i obu dorosłych synów.
Z operacyjnego punktu widzenia to był koszmar, ale Amerykanie się zgodzili. 7 listopada 1981 roku wieczorem Kukliński powiedział rodzinie prawdę. Po dziewięciu latach żona i synowie dowiedzieli się w jednej rozmowie, że ojciec i mąż pracuje dla amerykańskiego wywiadu, że jest o krok od aresztowania i że muszą wyjść z domu w ciągu godziny. Mieszkanie miało wyglądać tak, jakby mieszkańcy wyszli po chleb.
Nie pakowano walizek, nie zabierano zdjęć ze ścian. Rodzina wsiadła do furgonetki z tablicami amerykańskiej placówki dyplomatycznej. Trasa wiodła na zachód, do granicy z NRD. Status dyplomatyczny dawał szansę na przejazd bez szczegółowej kontroli, ale nie był gwarancją.
Na przejściu granicznym doszło do zatrzymania i rozmowy kierowcy z żołnierzami. W środku, pod podłogą, czworo ludzi oddychało najpłycej, jak potrafiło. Padł rozkaz przejazdu. Furgonetka przekroczyła granicę i przez terytorium NRD dotarła do Berlina Zachodniego.
Potem samolot i Stany Zjednoczone. Ryszard Kukliński przestał istnieć. Dostał nowe nazwisko, nowe dokumenty, nową biografię i ochronę. Miesiąc później, 13 grudnia 1981 roku o północy, Polska obudziła się w stanie wojennym.
Kukliński oglądał to w amerykańskiej telewizji, będąc prawdopodobnie jedynym widzem na świecie, który znał treść dokumentów wykonywanych tej nocy lepiej niż większość ludzi, którzy je wykonywali. W Warszawie rozpoczęło się śledztwo. Wielu oficerów całkowicie niewinnych straciło stanowiska tylko dlatego, że było blisko niego. W 1984 roku sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał Kuklińskiego zaocznie na karę śmierci za zdradę ojczyzny i dezercję.
Zdegradowano go do stopnia szeregowca, pozbawiono odznaczeń, skonfiskowano majątek. Kukliński w Ameryce żył pod obcym nazwiskiem, zmieniał miejsca zamieszkania, miał ochronę, ograniczał kontakty. Jego żona i synowie też żyli pod obcymi nazwiskami, w kraju, którego języka początkowo nie znali dobrze. W 1994 roku w odstępie kilku miesięcy zginęli obaj synowie.
Bogdan zniknął podczas rejsu u wybrzeży Florydy. Wypłynął i nie wrócił, nigdy go nie odnaleziono. Waldemar zginął potrącony przez samochód, a kierowcy nigdy nie ustalono. Oficjalnie to były dwa niezależne wypadki.
Nie ma dowodów na to, że w śmierci synów Kuklińskiego maczał palce jakikolwiek wywiad. Amerykańskie służby prowadziły ustalenia i nie wskazały obcej ręki. Kto twierdzi inaczej, twierdzi to bez podstaw. Sam Kukliński do końca życia nie przyjął wersji o dwóch przypadkach.
Uważał, że jego synowie zapłacili za jego decyzję, że ktoś, kto nie mógł dosięgnąć jego, dosięgnął tego, co miał najcenniejszego. Człowiek, który dziewięć lat wcześniej podjął decyzję w imię tego, co uważał za dobro własnego kraju, dożył chwili, w której stracił obu synów, i do końca życia był przekonany, że to była cena za tamten wybór. Ryszard Kukliński zmarł 11 lutego 2004 roku w Tampie na Florydzie. Miał 73 lata.
Jego prochy pochowano na cmentarzu wojskowym na Powązkach w Warszawie. Po 1989 roku sprawa wracała kilkakrotnie. Karę najpierw złagodzono, a w drugiej połowie lat 90. postępowanie wobec Kuklińskiego zostało ostatecznie umorzone.
Przywrócono mu stopień. W 1998 roku przyjechał do Polski po 17 latach. Kilka polskich miast nadało mu honorowe obywatelstwo. W 2016 roku został pośmiertnie mianowany generałem brygady.
Spór o ocenę Kuklińskiego nie został rozstrzygnięty. Wojciech Jaruzelski konsekwentnie nazywał go zdrajcą. Część środowisk kombatanckich i oficerskich podtrzymuje ten osąd, argumentując, że oficer nie może na własną rękę decydować, które dokumenty wolno mu przekazać obcemu państwu. Zbigniew Brzeziński i Jan Nowak-Jeziorański uważali, że w państwie niesuwerennym, w którym decyzje o użyciu polskiej armii zapadały w Moskwie, Kukliński wybrał lojalność wobec kraju zamiast lojalności wobec struktury.
Spór dotyka w gruncie rzeczy pytania, czym była Polska Ludowa: państwem polskim w trudnych warunkach czy strukturą zarządzania cudzą prowincją.