22 sierpnia 1939 roku Adolf Hitler mówił swoim dowódcom o planach wobec Polski. „Nikt później nie pyta zwycięzców, czy mówili prawdę, czy nie” – miał im tłumaczyć. Zapewniał, że propaganda zawsze znajdzie pretekst do rozpoczęcia wojny. Te słowa stały się zapowiedzią wydarzeń, które rozegrały się w ostatnich dniach pokoju.

Niemcy przygotowywali nie tylko plan militarny, ale także zakrojoną na szeroką skalę operację prowokacyjną. Jej celem miało być przedstawienie Polski jako agresora, przed którym Rzesza musi się bronić. Najbardziej znanym elementem tych działań była prowokacja w radiostacji w Gliwicach, która mimo fiaska technicznego stała się symbolem manipulacji stosowanej przez III Rzeszę. Początki gliwickiego radia sięgają listopada 1925 roku.
Kilka miesięcy wcześniej we Wrocławiu uruchomiono rozgłośnię Schlesische Funkstunde, a Niemcy postanowili zwiększyć jej zasięg w przygranicznych Gliwicach. Decyzja miała podłoże polityczne – podzielony plebiscytami Górny Śląsk pozostawał areną zaciekłej polsko-niemieckiej rywalizacji. Żadna ze stron nie była zadowolona z powojennych ustaleń, a pamięć o krwawych powstaniach podsycała antagonizmy. Dwa lata po uruchomieniu gliwickiej placówki Polacy stworzyli znacznie silniejszą rozgłośnię w Katowicach.
Niemcy odpowiedzieli modernizacją swojego obiektu i montażem nowego nadajnika o mocy 5 kW. Prasa otwarcie pisała o wojnie radiowej, która trwała latami. Słuchacze po obu stronach granicy byli dwujęzyczni, a co za tym idzie – podatni na propagandę. Krótkie odprężenie nastąpiło dopiero w 1934 roku po podpisaniu polsko-niemieckiej deklaracji o nieagresji.
Ministerstwo Propagandy Rzeszy zdecydowało się jednak na budowę drugiej, nowocześniejszej radiostacji w Gliwicach, przy ulicy Tarnogórskiej. Obiekt celowo pozbawiono studia nagraniowego – miał służyć jedynie do wzmacniania sygnału. Prace zakończono jesienią 1935 roku. Powstała wówczas słynna, licząca 111 metrów wieża, budynek techniczny i dwa domy mieszkalne.
Nowa część kompleksu rozpoczęła pracę 22 grudnia 1935 roku. To właśnie tutaj cztery lata później przeprowadzono głośną prowokację. W międzyczasie Rzesza odnosiła sukcesy w polityce zagranicznej. W marcu 1938 roku doszło do Anschlussu Austrii, a pół roku później Wehrmacht zajął Sudety za milczącą zgodą aliantów.
Wydarzenia te stały się preludium do rozbioru Czechosłowacji, w wyniku którego powstał Protektorat Czech i Moraw oraz marionetkowa Słowacja. Granice Rzeszy zaczęły przypominać paszczę drapieżnika otwierającą się nad Polską. Do wiosny 1939 roku w Berlinie zakładano, że Warszawę uda się zneutralizować dyplomatycznie. Guaranacje udzielone Polsce przez Londyn 6 kwietnia 1939 roku pokazały jednak, że porozumienie jest niemożliwe.
Zaledwie pięć dni później Hitler wydał rozkaz przygotowania planu uderzenia na Polskę zgodnie z doktryną Blitzkriegu. Operacja otrzymała kryptonim „Fall Weiss”. Następne miesiące upłynęły w niezwykle napiętej atmosferze. Większość zdawała sobie sprawę, że wojna jest nieunikniona, choć Polacy wierzyli w szybkie zwycięstwo i przemarsz przez ulice Berlina.
Niemcy tymczasem skrupulatnie przygotowywali się do wykonania rozkazów. W sierpniu 1939 roku do Gliwic skierowano żołnierzy 239 Dywizji Piechoty oraz oddziały 68 Pułku Straży Granicznej. Miasto wypełniło się wojskiem w polowym szarym umundurowaniu. Równolegle z działalnością militarną trwała aktywność wywiadowcza.
Już w kwietniu 1939 roku do Gliwic przeniesiono filię wrocławskiej Abwehry. W przygotowanie prowokacji zamieszany był prawdopodobnie także Oscar Schindler, znany później z ratowania Żydów przedsiębiorca. Mężczyzna przez lata pozostawał w służbie niemieckiego wywiadu. Kilka miesięcy przed wybuchem wojny zajmował się m.
in. przerzutem ludzi i broni w rejon Przełęczy Jabłonkowskiej i Cieszyńskiego. Istnieją poszlaki, że to właśnie Schindler zorganizował polskie mundury, które miały posłużyć prowokatorom. Według relacji jego żony Emilii, tekstylia były podobno przechowywane w ich mieszkaniu przed wysłaniem do oficerów Reinharda Heydricha.
Informacji tej nie da się jednoznacznie potwierdzić, choć Emilie bez wahania wspominała także inne niewygodne fakty z życia męża. Pewne jest, że jego powiązania z niemieckim wywiadem były bardzo silne. Hitler i jego najbliżsi wierzyli, że uda im się osiągnąć sukces dyplomatyczny i przedstawić wojnę jako odpowiedź na agresywne działania Polaków. Postanowiono przeprowadzić serię starannie wyreżyserowanych incydentów, które miały posłużyć jako wygodny pretekst do oskarżenia Polski o sprowokowanie konfliktu.
Wykonanie tych zadań powierzono ścisłej czołówce nazistowskiej władzy: Himmlerowi, Müllerowi i Heydrichowi. Operację nazwano kryptonimem „Tannenberg”, nawiązującym do zwycięstwa Niemiec z czasów I wojny światowej. Bezpośrednie wykonanie planu w rejonie Gliwic powierzono jednemu z najbardziej zaufanych ludzi Heydricha – oficerowi SD Alfredowi Naujocksowi. Był to człowiek uważany za doświadczonego specjalistę od prowokacji i sabotażu, często zajmujący się także fizyczną likwidacją przeciwników politycznych.
Wcześniejsza kariera Naujocksa obfitowała w niebezpieczne misje. Próba zamachu na Otto Strassera, lidera antyhitlerowskiej „Czarnej Brygady”, zakończyła się jednak fiaskiem i wściekłością Heydricha, który nazwał podwładnego „Schweinshundem”. Mimo to Naujocks szybko dostał szansę rehabilitacji. W styczniu 1935 roku brał udział w zamachu na niemieckiego inżyniera Rudolfa Formisa, który nadawał z Czechosłowacji antynazistowskie audycje.
Później przeniesiono go na Słowację, gdzie kontynuował działalność sabotażową. Kiedy przyszło do operacji przeciwko Polsce, Heydrich ponownie zwrócił się do swojego zaufanego człowieka. Jak wspominał sam Naujocks, Heydrich przekazał mu jedynie ogólne wytyczne: nie mógł kontaktować się z żadnymi niemieckimi władzami w Gliwicach, a jego ludzie nie mogli posiadać dokumentów świadczących o przynależności do SS, SD, policji czy niemieckiego obywatelstwa. Naujocks przybył do Gliwic 15 sierpnia z sześcioma towarzyszącymi mu Niemcami.
Sabotażyści udawali biznesmenów. Część z nich zatrzymała się w hotelu „Haus Oberschlesien”, a pozostali w mniejszym „Schlesischer Hof”. Prowokatorzy podobno nie otrzymali żadnych konkretnych instrukcji i nudzili się. Naujocks po dwóch tygodniach prosił nawet o przeniesienie z powrotem do Berlina, czemu Heydrich się sprzeciwił.
Oczekiwanie przerwał telefon 31 sierpnia o godzinie 16:00. W krótkiej rozmowie Heydrich polecił mu zadzwonić pod wcześniej ustalony numer. Kiedy połączenie zostało nawiązane, Naujocks usłyszał tylko dwa słowa: „Grossmutter gestorben” – „Babcia umarła”. Był to umówiony sygnał do rozpoczęcia operacji.
Plan był prosty. O godzinie 20:00 uzbrojona grupa miała wejść na teren radiostacji przy ulicy Tarnogórskiej przez boczną bramę. Pół godziny wcześniej siedmiu mężczyzn w cywilnych ubraniach wyruszyło dwoma samochodami. Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce.
Naujocks i część jego ludzi weszli przez bramę, a dwóch pozostało na straży. Kilka dni wcześniej celowo zmniejszono ochronę obiektu, aby ułatwić zadanie sabotażystom. Wewnątrz budynku nadajnika napotkali czterech zaskoczonych pracowników, którzy nie stawiali oporu. Zostali związani i zamknięci w piwnicy.
Atakujący celowo wydawali polecenia po polsku. Najważniejszy etap prowokacji właśnie się rozpoczynał. Technik z grupy Naujocksa zaczął przygotowywać awaryjne studio, aby nadać komunikat o rzekomym zajęciu stacji przez Polaków. Te próby, mimo przerwania audycji i zaniepokojenia słuchaczy, ostatecznie nie powiodły się.
Postanowiono użyć mikrofonu burzowego podłączonego do urządzeń w sali nadajnika i odczytać przygotowane wcześniej oświadczenie. Również ta akcja zakończyła się fiaskiem. Komunikat nie dotarł na antenę, najprawdopodobniej z powodu problemów technicznych. Naujocks najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że obiekt przy Tarnogórskiej pełni jedynie rolę przekaźnika sygnału i nie ma tam studia nagraniowego, bez którego transmisja jest niemożliwa.
Prowokacja jednak nie dobiegła końca. Równolegle z próbami nadania komunikatu na teren radiostacji przywieziono Franciszka Honioka, mieszkańca Łubia aresztowanego poprzedniego dnia. Honiok należał do Ślązaków, których władze niemieckie szczególnie nie znosiły. Brał udział w powstaniach śląskich, po czym w 1922 roku wyjechał na tereny przyznane Polsce.
Nie znalazł tam jednak swojego miejsca i wrócił w rodzinne strony. Gdy Niemcy próbowali go usunąć, odwołał się do Trybunału Ligi Narodów i wygrał, zmuszając Berlin do przywrócenia obywatelstwa. Był samotnym człowiekiem, bez rodziny i szerszego kręgu znajomych, co nie umknęło uwadze Gestapo. Niemcy potrzebowali kogoś, kogo zniknięcie nie wzbudzi większego zainteresowania.
30 sierpnia aresztowano go w gospodzie Jarząbka i przewieziono do Bytomia. Tam podano mu środki uspokajające, przetransportowano do Gliwic, a następnie do radiostacji przy Tarnogórskiej. Honiok został zamordowany, a jego ciało pozostawiono jako dowód rzekomej polskiej agresji. Do dziś nie wiadomo, kto oddał śmiertelny strzał.
Wszyscy, w tym Naujocks, zaprzeczali odpowiedzialności za to zabójstwo. Tożsamość zamordowanego Ślązaka pozostawała praktycznie nieznana aż do lat 60. XX wieku. Podczas dywersji coraz więcej mieszkańców zastanawiało się, co spowodowało przerwanie wieczornej audycji, która zwykle gromadziła większość Gliwic przy radioodbiornikach.
Kierownik stacji, zaniepokojony sytuacją, udał się do głównego pomieszczenia z urządzeniami. Tam natknął się na nieznajomych mężczyzn majstrujących przy sprzęcie. Zaskoczony wycofał się i natychmiast powiadomił policję. Zanim funkcjonariusze dotarli na miejsce, teren radiostacji opuścili już sabotażyści.
Równolegle z policją przybyli tu funkcjonariusze Gestapo, którzy natychmiast przejęli śledztwo. Dywersja zakończyła się fiaskiem, ale machina propagandowa już ruszyła. Tego samego dnia o godzinie 22:30 niemiecka agencja prasowa podała komunikat o rzekomym ataku polskich powstańców na radiostację w Gliwicach. Donoszono, że napastnicy zajęli obiekt, nadali antyniemiecką odezwę, a nawet grozili dalszymi atakami na Gdańsk i Wrocław.
Dodano również, że sprawcy zostali ujęci. Wydarzenia w Gliwicach nie były odosobnione. W serii tak zwanych incydentów granicznych warto wymienić upozorowane polskie ataki na niemiecką komorę celną w Hochlinden i restaurację w Pitschen. Już w nocy z 23 na 24 sierpnia doszło do serii ataków na placówkę Straży Granicznej w Gierałtowicach, przeprowadzonych przez niemieckich sabotażystów.
Trzy dni później Niemcy rzucili granaty na komorę celną w Wilczym Dole, co doprowadziło do pożaru budynku. Takich przypadków było więcej. Te działania były częścią szerszej kampanii dezinformacyjno-propagandowej mającej stworzyć pretekst do agresji na Polskę. Poprzez reżyserowane prowokacje starano się stworzyć obraz, w którym to Polacy poszukują konfrontacji z Niemcami, a Rzesza jedynie broni się przed polską agresją.
Całość wzmacniała niemiecka propaganda, która informowała o kolejnych polskich prowokacjach, przedstawiając je jako systematyczną kampanię. Eskalacja konfliktu sprawiła, że Naujocks nie otrzymał reprymendy za nieudaną operację. W kolejnym etapie wojny przeniesiono go do Europy Zachodniej, gdzie brał udział w słynnym porwaniu dwóch wysokich rangą brytyjskich agentów wywiadu w Venlo w Holandii. Przypisywano mu także udział w operacji „Bernhard” polegającej na fałszowaniu brytyjskich banknotów w celu zdestabilizowania brytyjskiej gospodarki.
Jego karierę przerwały dopiero zarzuty o nadużycie władzy i korupcję. W 1941 roku został usunięty ze służby w SD i przeniesiony do Waffen-SS. Rok później trafił do Belgii, gdzie służył w niemieckiej administracji okupacyjnej, by w 1943 roku wrócić do struktur SD. Pod koniec wojny zajmował się m.
in. zwalczaniem duńskiego ruchu oporu. W październiku 1944 roku trafił do amerykańskiej niewoli, po czym przekazano go Brytyjczykom. W 1945 roku zeznawał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze jako świadek i mówił o swoim udziale w prowokacji gliwickiej.
Trafił do obozu dla zbrodniarzy wojennych, z którego udało mu się uciec. Po ponownym aresztowaniu w 1947 roku został wydany Danii, gdzie stanął przed sądem pod zarzutem udziału w zabójstwach członków ruchu oporu. Trzy lata później wyszedł z więzienia i wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec. Osiedlił się w Hamburgu, gdzie zajął się działalnością biznesową.
W 1963 roku niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie upozorowanego ataku na radiostację gliwicką i zabójstwa Honioka. Naujocks nie dożył jednak postawienia zarzutów – zmarł 4 kwietnia 1966 roku. Radiostacja przy ulicy Tarnogórskiej przetrwała zawieruchę wojenną. Choć istniały plany wysadzenia jej przed wkroczeniem Armii Czerwonej, ostatecznie ograniczono się do zniszczenia wyposażenia technicznego.
W styczniu 1945 roku radiostacja wpadła w ręce Armii Czerwonej, a kilka miesięcy później przekazano ją polskiej administracji. Już w listopadzie 1945 roku rozpoczęto nadawanie audycji z Radia Katowice. W kolejnych latach rola obiektu stopniowo się zmieniała, a od 1950 roku radiostacja brała udział w zagłuszaniu zachodnich audycji radiowych. Pod koniec lat 50.
XX wieku, wraz z demontażem nadajników, zakończyła się jej radiowa era. W 2002 roku budynki radiostacji i charakterystyczna wieża stały się własnością miasta Gliwice, które trzy lata później przekazało je lokalnemu muzeum. W ten sposób powstała instytucja opowiadająca zarówno o historii regionu, jak i o jednej z najsłynniejszych prowokacji XX wieku.