Jak Leszek Miller przetrwał katastrofę, aferę dekady i zdradę sojuszników?

Jak Leszek Miller przetrwał katastrofę, aferę dekady i zdradę sojuszników?

Leszek Miller sam podał się do dymisji dokładnie dzień po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. To wydarzenie, które dla każdego innego polityka byłoby ukoronowaniem kariery, dla niego stało się początkiem końca. Jego historia to opowieść o mechanizmie władzy, o tym, jak system potrafi zniszczyć nawet tych, którzy go stworzyli, oraz o trzech pytaniach, które do dziś pozostają bez odpowiedzi. Miller nigdy nie myślał o polityce w kategoriach romantyzmu, lecz mechanizmu.

Thumbnail

To podejście, które w kluczowych momentach polskiej polityki budziło podziw jako profesjonalizm, a u innych wzbudzało frustrację jako brak serca. Dla milionów ludzi partia nie była wówczas wyborem ideologicznym, ale jedyną istniejącą ścieżką kariery i miejscem, gdzie zapadały decyzje. Jego droga wiodła przez młodzieżowe struktury partyjne, aparat w Żyrardowie i województwie, Warszawę, aż po szkołę partyjną w Moskwie. To była ścieżka dla tych, których typowano do przyszłej kariery.

Jednak rok 1989 przyniósł koniec tej drogi. Dla setek funkcjonariuszy PZPR był to zawodowy koniec, ale nie dla Millera. On zmienił formę, nie zmieniając instynktów. Cztery lata po upadku komunizmu postkomunistyczna lewica wraca do władzy, a Miller zajmuje pozycję, z której widzi rzeczy niewidoczne dla innych.

Z tego okresu pochodzi jedna z historii, która nigdy nie została w pełni wyjaśniona. W 2001 roku do Sejmu wchodzą ugrupowania, których nikt poważnie nie brał pod uwagę: Samoobrona Andrzeja Leppera i Liga Polskich Rodzin. I wtedy historia mogła potoczyć się w dwie różne strony. Na Millerze ciążyło ogromne zadanie: przeprowadzenie Polski do Unii Europejskiej.

Wymagało to przeprowadzenia referendum, a Polacy musieli powiedzieć “tak” w wystarczającej liczbie, aby wynik był wiążący. Gdy Polska wstępowała do UE, Miller był w Dublinie z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. To miał być jego tryumf, największy dzień życia. Zamiast tego kilka miesięcy później podał się do dymisji.

Powód? Afera Rywina. Do gabinetu Adama Michnika, redaktora naczelnego “Gazety Wyborczej”, przyszedł Lew Rywin i złożył propozycję korzystną dla gazety w zamian za łapówkę. To wydarzenie doprowadziło do powołania pierwszej w historii III RP sejmowej komisji śledczej, a następnie do czegoś, czego nikt się nie spodziewał.

Ujawniono listy osób z kręgów politycznych, urzędniczych i medialnych, które miały kontakt z Rywinem. Okazało się, że sprawa sięga znacznie głębiej, a w jej centrum stoi sam premier. Powstały dwa raporty, które wskazywały na różnych winnych i różne kręgi odpowiedzialności. W tym samym czasie Polska wysyłała żołnierzy na wojnę w Iraku, co było ogromną odpowiedzialnością.

Doszło do tego wiele mniejszych afer, które w normalnych czasach byłyby jednodniowymi newsami, ale w tej atmosferze stały się dowodami w wielkim procesie o korupcję państwa. Rząd, który startował z 40-procentowym poparciem, w ciągu dwóch lat stał się rządem oblężonej twierdzy. A potem nadszedł grudzień 2003 roku i katastrofa. Śmigłowiec z Millerem na pokładzie rozbił się w lesie.

Obu silnikom odmówiły posłuszeństwa. To cud, że ktoś przeżył. Ale dla Millera najgorsze miało dopiero nadejść. To nie awaria silników była najgroźniejszym momentem w jego politycznym życiu, ale to, co wydarzyło się później.

W polityce styl przywództwa prawie nigdy nie jest prawdziwym powodem buntu. Prawdziwym powodem są sondaże. Styl jest tylko pretekstem, szukanym po fakcie, bo brzmi lepiej niż strach przed utratą mandatu. W marcu 2004 roku posłowie SLD doszli do wniosku, że jeśli wystartują pod tym szyldem i z tym przywódcą, najprawdopodobniej nie wrócą do Sejmu.

Dlatego postanowili działać. Zarazem cynicznie, bo kalkulując, i zarazem autentycznie, bo każde z nich miało własne powody. Ludzie nie działają z jednego motywu. To, co wydarzyło się wokół Millera, to historia o tym, jak polityk, który przeprowadził kraj przez najważniejszy przełom, zostaje zapomniany.

Bo gdyby napisać to w scenariuszu filmowym, scenarzysta dostałby od redaktora uwagę, że to zbyt symboliczne. Zazwyczaj polityk, który doprowadza kraj do wielkiego historycznego progu, dostaje od historii wybaczenie. Ale w polskiej pamięci zbiorowej twarz Millera zniknęła z dnia 1 maja 2004. Ludzie zapamiętują historie o ludziach, nie o państwach.

Miller zniknął z pierwszych stron gazet. A potem przyszedł czas, gdy koledzy, którym pomógł, zaczęli udawać, że go nie znają. To nie była krytyka opozycji ani rysunki w prasie, ale moment, gdy ludzie, którym kiedyś pomagałeś, zaczynają zachowywać się, jakbyś nigdy nie istniał. To boli bardziej niż najgorsza obelga.

Miller wrócił jednak. Nie od razu, nie pięknie, nie w blasku fleszy. Powoli przestał być symbolem skandalu, stając się kimś, kto widział wszystko od środka. Wracał wielokrotnie: na listy wyborcze, do nowych koalicji, do nowych ugrupowań.

I za każdym razem to samo: ulotna nadzieja, a potem wynik gorszy od oczekiwań. Mimo to nigdy nie został politykiem jednego wizerunku. Większość ludzi po drugiej czy trzeciej takiej transformacji przestaje wiedzieć, kim jest. On nie.

W 2015 roku doprowadził lewicę do wyniku, po którym nie znalazła się ona w parlamencie. Ani jeden lewicowy poseł nie wszedł do Sejmu. A mimo to Miller przetrwał. Został w polityce, bo zrozumiał fundamentalną zasadę polskiej polityki po 1989 roku: system opiera się na lojalności wobec jednego człowieka, na twardym zarządzaniu i przekonaniu, że skoro już się rządzi, to ludzie pozostaną lojalni.

To działa doskonale, dopóki lider wygrywa, a rozpada się w kilka tygodni, gdy zaczyna przegrywać. Bo w takim systemie nikt nie ma powodu, by zostać dla idei. Miller zrozumiał, że polityk nie może traktować polityki jak moralnej bajki. Jeśli traktujesz zdradę jak osobistą tragedię, ona cię zniszczy.

Jeśli traktujesz ją jak prawo systemu, możesz grać dalej. Jego historia nie ma ładnego zakończenia. Ale to właśnie dlatego wciąż budzi emocje. Bo w polityce nic nie trwa wiecznie poza pojedynczym mechanizmem: jedni odchodzą po porażce, inni po skandalu, a jeszcze inni po prostu czekają na kolejny zwrot, wiedząc, że ten zwrot zawsze nadejdzie.

I to jest pierwsza gorzka prawda tej historii. W polityce styl przywództwa prawie nigdy nie jest prawdziwym powodem buntu. Prawdziwym powodem są sondaże. Styl to tylko wymówka, szukana po fakcie, bo brzmi lepiej niż strach przed utratą mandatu.

A jeśli ktoś chce wyciągnąć z tej opowieści jakąś naukę, niech zapamięta jedno zdanie: polityk, który myśli, że system potrzebuje go bardziej, niż on potrzebuje systemu, już przegrał. Miller nie przegrał, bo przetrwał wszystko. Ale czy to zwycięstwo?

Odpowiedź na to pytanie wciąż pozostaje otwarta.