Bitwa o Moskwę cz. 1 (Operacja “Tajfun”)

Bitwa o Moskwę cz. 1 (Operacja "Tajfun")

22 czerwca 1941 roku, o godzinie 3:15 nad ranem, rozpoczęła się operacja Barbarossa – niemiecki atak na Związek Radziecki, który Joseph Goebbels zapowiadał jako „masowy atak w największym stylu, chyba najbardziej gwałtowny, jaki widziała historia”. Przez kolejne miesiące Wehrmacht odnosił serię oszałamiających zwycięstw, a celem głównego uderzenia miała być Moskwa. Operacja „Tajfun” rozpoczęta 30 września 1941 roku miała powalić stalinowskie imperium. Hitler postrzegał wojnę na Wschodzie nie tylko w kategoriach militarnych, ale i kolonialnych.

Thumbnail

„Ziemie rosyjskie to nasze Indie” – mówił, planując przekształcenie podbitych terytoriów w strefę niemieckiego osadnictwa i eksploatacji. Historyk Andrew Roberts w książce „Wicher wojny” wskazywał jednak, że jednym z najważniejszych celów ataku na Rosję było pozbawienie Wielkiej Brytanii nadziei na znalezienie sojusznika. Hitler liczył, że osamotniona Anglia zostanie zmuszona do zawarcia pokoju. Podobnie twierdził profesor Ian Kershaw, pisząc, że Hitler miał maszerować na Londyn przez Moskwę.

Pierwszym miesiącom kampanii towarzyszyły masowe zbrodnie. Niemcy mordowali komunistów i Żydów na okupowanych terenach, a do niewoli trafiały setki tysięcy żołnierzy sowieckich. Urzędnik Xaver Dorsch raportował z Mińska, że niemal 150 tysięcy jeńców stłoczono na terenie wielkości placu Wilhelm w Berlinie. „Jeńcy są upchnięci tak ciasno, że ledwo mogą się ruszyć i muszą wypróżniać się tam, gdzie stoją” – opisywał.

Część z nich nie jadła od sześciu dni, a głód doprowadził ich do śmiertelnej apatii. W tym czasie Hitler przebywał w swojej kwaterze w Wilczym Szańcu w Prusach Wschodnich. Początkowo tryskał dobrym humorem, ale z czasem warunki w wilgotnych bunkrach dawały mu się we znaki. Narzekał na bagnisty teren i klimat, a także na komary, które były prawdziwą plagą tego miejsca.

Jego sekretarka Christa Schroeder opisywała w listach nogi „całe w bąblach” i mężczyzn chodzących w moskitierach, by chronić karki przed owadzim „kłóciem”. Niemieckie wojska dotarły pod Smoleńsk już w lipcu 1941 roku, eliminując 700 tysięcy żołnierzy sowieckich. Do Moskwy brakowało im zaledwie 300 kilometrów, ale przez dwa miesiące Grupa Armii Środek musiała czekać na uzupełnienia, odpierając sowieckie ataki. Wtedy zapadła jedna z najbardziej kontrowersyjnych decyzji Hitlera – oddelegowanie jednostek pancernych pod Leningrad i Kijów, co opóźniło atak na Moskwę o kilka tygodni i wywołało spór z generałami.

Generałowie, szczególnie Franz Halder, apelowali o uderzenie w stronę Moskwy, gdzie Sowieci koncentrowali główną masę wojsk. Hitler jednak postrzegał wojnę w kategoriach ekonomicznych – liczył na zdobycie przemysłowego Leningradu i Zagłębia Donieckiego oraz odcięcie dostaw ropy z Kaukazu. Alfred Jodl twierdził, że Hitler czuł „instynktowną awersję do pójścia drogą Napoleona”, a Moskwa zawsze przyprawiała go o niepokój. Ostatecznie dyktator zastrzegł, że zajęcie sowieckiej stolicy musi poczekać.

Marszałek Fedor von Bock, dowodzący Grupą Armii Środek, dysponował sześcioma armiami z 14 dywizjami pancernymi, 9 dywizjami zmotoryzowanymi i 44 dywizjami piechoty. Plan zakładał rozerwanie sowieckiego frontu na szerokości ponad 600 kilometrów i otwarcie dróg na Moskwę. Von Bock podzielił zgrupowanie na trzy części – północną, centralną i południową – a główne uderzenie miały przeprowadzić grupy pancerne generałów Guderiana, Hotha i Hoepnera, dysponujące 1700 czołgami. Marszałek chciał najpierw unicestwić sowieckie armie wokół Moskwy, by nie zostać okrążonym w zrujnowanym mieście, jak Napoleon w obliczu zimy.

Operację trzeba było przeprowadzić bardzo szybko, bo Grupa Armii Środek nie odtworzyła w pełni swojego potencjału po dwóch miesiącach postoju. Barbarossa wyniszczała Wehrmacht – do 30 września Niemcy stracili 534 tysiące żołnierzy, a z Rzeszy przybyło tylko 385 tysięcy uzupełnień. Najgorzej było w drugiej grupie pancernej, gdzie sprawnych było tylko 50 procent pojazdów. Z 747 czołgów Guderiana aż 557 znajdowało się w naprawach.

Logistyka zawodziła – potężna machina wojenna pochłonęła w trzy miesiące milion ton benzyny, a sowieckie drogi i wydłużające się trasy dowozu powodowały, że jednostki frontowe miały tylko 65 procent dziennego zapotrzebowania. Mimo to morale niemieckiego żołnierza szybowało, a von Bock liczył, że w cztery tygodnie zdoła dotrzeć do sowieckiej stolicy. Sowieci w rejonie Moskwy dysponowali 15 armiami, ale ich przeciwwaga była w dużej mierze „papierowa”. Dywizje miały poważne niedobory amunicji, paliwa, żywności i odzieży, trapiły je dezercje i niskie morale.

Ogromna część jednostek była formowana pospiesznie z cywilów – studentów, robotników, urzędników, a nawet muzyków i aktorów. Często szły na front w cywilnych ubraniach, uzbrojone tylko w karabiny, nierzadko niesprawne lub zdobyczne. Na 849 czołgów tylko 94 stanowiły nowoczesne KW i T-34. 30 września 1941 roku o godzinie 5:00 nad ranem rozpoczęła się operacja „Tajfun”.

Pogoda była piękna, drogi suche, a drzewa mieniły się złocistymi kolorami. Pierwsze skrzypce grał 24. korpus zmotoryzowany generała Geyra von Schweppenburga, który miesiąc wcześniej zamknął w okrążeniu pięć sowieckich armii pod Kijowem. Uderzenie zaskoczyło Sowietów zupełnie – dopiero co identyfikowali oddziały Guderiana pod Kijowem, a ci już nacierali w kierunku Tuły.

W ciągu doby czwarta dywizja pancerna dotarła do Orła, 250 kilometrów od pozycji wyjściowych. Miasto nie było w ogóle bronione, a pierwszym pojazdem, jaki zobaczyli niemieccy czołgiści, był miejski tramwaj. Pasażerowie, myśląc, że widzą sowieckie czołgi, wesoło machali rękami. Guderian, jadąc tuż za swoimi oddziałami, napotkał pułkownika Heinricha Eberbacha i ganił go za zatrzymanie.

„Zatrzymać? Panie generale, my jesteśmy rozpędzeni i nas nie da się zatrzymać” – odpowiedział Eberbach. Miał rację – 24. korpus pancerny z marszu zmiażdżył kontratak trzech sowieckich brygad pancernych pod Orłem.

2 października rozpoczęła się druga część operacji – generalne uderzenie. Niemcy okrążyli trzy sowieckie armie w rejonie Briańska i cztery w rejonie Wiaźmy. W ciągu jednego tygodnia utworzyli dwa wielkie kotły, w których zamknęli siedem armii. Walki w kotle wiaźmińskim trwały 11 dni.

Niemcy wzięli do niewoli prawie 700 tysięcy jeńców, poległo około 332 tysiące sowieckich żołnierzy, zdobyto lub zniszczono ponad 1200 czołgów i ponad 5 tysięcy dział. Straty niemieckie były 17 razy niższe i wynosiły 55 tysięcy ludzi. Sowieckie kontrataki były chaotyczne i nieskoordynowane. 6 października do rejonu Wiaźmy przysłano Konstantego Rokossowskiego, ale po przybyciu odkrył, że nie ma kim dowodzić – jego nowo odtworzona 16.

armia sama wpadła w kocioł. Zdołał się wyrwać z resztkami 18. dywizji strzeleckiej i wycofać do Możajska. W celu ratowania sytuacji Iwana Koniewa zastąpił Georgij Żukow, odwołany spod Leningradu.

Ten, przerażony pogromem, nakazał rozstrzeliwać dezerterów i tych, którzy wycofywali się bez rozkazu. Wśród walczących pod Briańskiem był też 22-letni dowódca czołgu ze 159. Brygady Pancernej. Został ciężko ranny w bitwie z niemieckimi czołgami, a gdy leżał w szpitalu, owładnęła nim obsesja stworzenia karabinu zdolnego powstrzymać Niemców.

Ten człowiek nazywał się Michaił Kałasznikow. Gdy Niemcy przesuwali się w stronę Moskwy, na Kremlu wybuchła panika. Sowieci w największej tajemnicy przewieźli ciało Lenina z mauzoleum do Kujbyszewa. Tysiące ludzi uciekało, a drogi były zablokowane przez samochody partyjnych bonzów.

Na rogatkach miasta NKWD zawracało uciekinierów strzałami w powietrze, a opornych aresztowano i skazywano na łagry. Na dworcach dochodziło do regularnych strzelanin z milicją i NKWD. Cywile mieli broń znalezioną lub odebraną siłą, a robotnicy napadali na auta uciekających partyjniaków. Przestała działać cała infrastruktura miejska – nie jeździły tramwaje i metro, zamknięto muzea, teatry i kina.

Nie było gazet, zniknęli milicjanci, zastąpieni przez sędziwych starców. Studentów, milicjantów i robotników wcielano do jednostek pospolitego ruszenia, dając im polskie karabiny bez nabojów i butelki z benzyną. Większość nigdy wcześniej nie trzymała broni, a ci ludzie w ciągu następnych dni zginęli pod Wiaźmą i Briańskiem. Coraz gorzej było z zaopatrzeniem.

Nie można było niczego kupić, brakowało opału, mydła, żyletek i papierosów. Ludzie palili meble, by się ogrzać, a na parapetach sadzili cebulę i marchew. Dochodziło do rozruchów i okradania sklepów nawet za dnia. NKWD, szukając dywersantów, strzelało nawet do przypadkowych ludzi stojących w kolejkach.

W październiku w Moskwie aresztowano 130 tysięcy ludzi. Miasto utulał „czarny śnieg” – to popiół z Łubianki, gdzie masowo palono akta. Rozstrzelano ostatnich przywódców niebolszewickiego proletariatu, w tym sędziwego Christiana Rakowskiego i Mariję Spiridonową. Zamordowano także żonę marszałka Tuchaczewskiego, Ninę, oraz Olgę Kamieniewą, siostrę Trockiego.

NKWD przygotowywało siatkę partyzancką i mapę punktów do wysadzenia. 15 października Stalin wydał rozkaz, by zaminować wszystko, czego nie da się ewakuować – obiekty przemysłowe, gmachy, wodociągi, tory kolejowe. Powołano też specjalną jednostkę OMSBON, brygadę zmotoryzowaną specjalnego przeznaczenia, w skład której weszło między innymi 800 sportowców. Duch Moskwy upadał w oczach.

Czerwonoarmiści odmawiali służby i dezerterowali. Do NKWD trafiały skargi dyrektorów fabryk, bo nikt nie odbierał towarów zalegających na składach. Dyrektorów aresztowano za sabotaż, a spóźnianie się do pracy karano rozstrzelaniem. W niektórych fabrykach dochodziło do buntów – proletariat z okrzykiem „precz z sowiecką władzą, niech żyje stary dobry Hitler” rzucał się na przedstawicieli władzy.

Robotnicy odmawiali demontowania maszyn, mówiąc, że mają zostać, by mogli pracować dla Niemców. Ludzie palili portrety i książki Lenina i Stalina, wyrzucali sowieckie medale i dyplomy. Niektórzy, usłyszawszy plotkę, że Hitler chce się napić w Moskwie herbaty, wystawiali na parapetach samowary, pastowali podłogi i piekli powitalne ciasta. Zdarzało się, że po kryjomu malowano swastyki na murach.

„Niemcy to przyzwoici ludzie, wspierają sztukę” – mówili niektórzy Rosjanie na ulicach. 16 października 1941 roku zaczęło się od trzeszczenia szczekaczek, a potem głosem Jurija Lewitana, słynnego spikera sowieckiego radia. Nagle głos się urwał, a z głośników popłynęła melodia marsza. Przechodnie wzięli ją początkowo za sowiecki marsz lotników, ale tekst był w innym języku.

Gdy po chwili ciszy przetoczyły się niemieckie słowa o „towarzyszach rozstrzelanych przez reakcję komunistów”, ludzie zrozumieli, że to „Horst-Wessel-Lied”, słynny marsz NSDAP. Niemcy byli tak blisko, że zagłuszyli moskiewskie radio. Trwało to minutę lub dwie – jedną z najdziwniejszych chwil, jakie poznała Moskwa. W końcu marsz się urwał i Lewitan dokończył audycję, oznajmiając, że sytuacja w okolicach Moskwy uległa znacznemu pogorszeniu.

Rząd sowiecki ewakuował się do Kujbyszewa, około 1000 kilometrów na wschód. Wiaczesław Mołotow groził Żukowowi rozstrzelaniem, jeśli nie utrzyma Moskwy. Odwołany Koniew panicznie bał się oskarżenia o zdradę, a szef NKWD Ławrientij Beria cedził: „Niemcy wystrzelają nas jak kuropatwy”. Sam Stalin jechał na dworzec Kurski i przechadzał się po peronach, wahając się, czy opuścić stolicę.

Ostatecznie zdecydował się zostać. Przerażony niemieckimi postępami dyktator próbował porozumieć się z Niemcami za pośrednictwem Bułgarii. Kazał Berii dowiedzieć się, czego oczekuje Rzesza, i był gotów oddać kraje bałtyckie, Ukrainę i Białoruś, byleby powstrzymać to, co zdawało się nieuniknione. Stalin wyglądał jak wrak człowieka – nie dbał o wygląd, postarzał się, non stop palił.

Nikita Chruszczow wspominał, że Stalin stał się „niskim mężczyzną o zmęczonej, wynędzniałej twarzy”, a jego oczy straciły dawną stanowczość. W tamtych tygodniach Stalin, „wiarołomny syn kościoła”, zaczął błagać o pomoc Boga. Przeprosił się z metropolitą Sergiuszem, kazał zamknąć antyreligijne organizacje i zezwolił na praktyki religijne. Do samolotu polecił wsadzić ikonę Matki Boskiej i trzy razy okrążyć Moskwę.

Wypuszczał też z aresztów ludzi zamęczonych niemal na śmierć – każdy dowódca wojskowy był na wagę złota. Wśród nich był Wasilij Bałandin, zastępca ludowego komisarza przemysłu lotniczego, który następnego dnia po wyjściu z więzienia stawił się do pracy. 7 listopada 1941 roku odbyła się defilada na pamiątkę rewolucji październikowej. Część maszerujących żołnierzy pognano z placu Czerwonego prosto na front.

Paradę nazwano później „defiladą strachu”. Stalin odwoływał się już nie do tradycji ojczyzny proletariatu, lecz do świętej Rusi – mówił o Aleksandrze Newskim, Dymitrze Dońskim, Kutuzowie i Suworowie. Pod koniec przemówienia, stojąc na wyludnionym mauzoleum Lenina, nieco nieśmiało zaapelował: „Za naszą sowiecką ojczyznę, za naszą wolność i niepodległość – naprzód, do zwycięstwa! “.

Moskwa wciąż czekała na niemieckie czołgi, ale to one miały wkrótce stanąć w ogniu pod stolicą.